Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mydło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mydło. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 czerwca 2014

Łagodne mydełko do rąk dla wrażliwców

Jeszcze do niedawna nie zwracałam szczególnej uwagi na właściwości mydeł do rąk. Przy zakupie zawsze kierowałam się wyłącznie zapachem i ceną, a potem dziwiłam się, że moja skóra jest przesuszona, podrażniona czy, co gorsza, niedomyta. Wszystko się zmieniło, od kiedy nasiliły się u mnie problemy dermatologiczne dłoni, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. Każdorazowy kontakt z „ładnie pachnącym” mydełkiem nasilał objawy uczuleniowe. Zainteresowałam się wtedy łagodniejszymi produktami myjącymi i zaczęłam szukać swojego wybawcy. I tak oto doszło do spotkania z lekarskim mydłem w kostce Isana Sensitive.


Od producenta:

Opakowanie: Mydło zapakowane jest w prostokątny, papierowy kartonik z niezbędnymi informacjami od producenta.

Konsystencja: Kostka. Przez prawie cały okres stosowania nie łamie się i nie rozwarstwia, jest zbita.
Kolor: Biały.

Zapach: Brak.

Wydajność: 1-1,5 miesiąca.

Skład: Sodium Palmate, Sodium Cocoate, Aqua, Glycerin, Sine Adipe Lac, Glyceryl Stearate SE, Cera Alba, Lauryl Methyl Gluceth-10 Hydroxypropyldimonium Chloride, Sodium Chloride, Tetrasodium Etidronate.

Moja opinia: Właśnie takiego mydła szukałam! Niby najzwyklejsze mydełko pod słońcem a spełniło (prawie) wszystkie moje oczekiwania. Przede wszystkim, w żadnym stopniu nie podrażniało skóry moich dłoni ani dodatkowo jej nie przesuszyło. Nie powtórzyłabym za producentem, że mydło intensywnie przywraca skórze właściwą strukturę, bo od tego są dermatologiczne maści i inne specyfiki, więc myślę, że „lekarskie” jest tylko z nazwy. Mydło cały czas miało zbitą konsystencję, nie rozleciało się na kawałki ani nie zamieniło się w jedną wielką papkę, jak to zazwyczaj bywa pod koniec żywota zwykłych mydełek w kostce. Pieniło się średnio. Jedyny minus tego produktu to brak zapachu, ale jestem w stanie to wybaczyć, bo albo chcemy mieć pachnące dłonie, albo zdrowe dłonie. Wiem, że na wielu konsumentach to mydełko może nie zrobić żadnego wrażenia, ale jeśli ktoś ma problematyczną skórę dłoni, niezależnie od pory roku, to na pewno je doceni, bo może okazać się ostatnią deską ratunku, tak jak to było w moim przypadku.
 

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 100 g
Cena: 1,79 zł


Używacie łagodnych mydełek do rąk? Polecacie któreś szczególnie?:)

piątek, 30 maja 2014

Denko 3-4/2014

Zapraszam Was na kolejne dwumiesięczne denko. Faktycznie, jakoś tak lepiej się czuję, jak mam dwa miesiące „zbieractwa”, bo nie muszę aż tak spieszyć się z recenzjami :P Niestety i tym razem nie wyrobiłam się ze wszystkimi, ale „relaaaax, take it easy” – da się to nadrobić :D
 
Aby denko było bardziej czytelne, postanowiłam wprowadzić małą kolorystyczną legendę:

produkt, do którego z chęcią powrócę
produkt, do którego nie wiem czy powrócę
produkt, do którego nie powrócę

1. Odżywczy szampon do włosów DeBa: Bardzo wydajny i tani szampon, który okazał się być średniakiem. Konsystencja była do bani, większość szamponu lądowała w wannie. No i ten zapach Domestosu… :D Recenzja tutaj.

2. Odżywka do włosów Garnier Ultra Doux z olejkiem awokado i masłem karite: Bardzo dobra odżywka, dzięki której przestałam wstydzić się moich włosów. Poprawiła ich kondycję, nadała im miękkości. Należy jednak uważać z ilością i częstotliwością jej stosowania, bo podejrzewam, że mogłaby obciążać włosy. Recenzja tutaj.

3. Kremowy żel pod prysznic Kult lilia wodna & trawa cytrynowa: Będzie osobna recenzja.

4. Kremowy żel pod prysznic Balea kokos & nektarynka: Kłóciłabym się z tym, że miał kremową konsystencję. Żel jak żel, ale zapach był genialny! Idealne połączenie zapachowe! Jak na razie, jest to mój faworyt (zaraz po zeszłorocznym mango) wśród żeli z Balea. Recenzja tutaj.
5. Perfumy La Rive Spring Lady: edit: Miała być osobna recenzja, ale zapomniałam cyknąć fotki flakonika zanim zużyłam jego zawartość:( Co do samego flakonika, to miał bardzo niefrasobliwą nakrętkę. Perfumy były idealne na wiosnę, pachniały rześko, konkretnie zieloną herbatą. To pierwsze perfumy z La Rive, które przypadły mi do gustu, a nie miały słodkiego zapachu. Tradycyjnie, nie utrzymywały się zbyt długo na skórze. Przypuszczam, patrząc na tekturowe opakowanie, że jest to odpowiednik perfum Elizabeth Arden Green Tea.

6. Antyperspirant Fa Sport Invisible Power: Najlepszy antiperspirant, jaki kiedykolwiek używałam. Serio! Chronił mnie przez cały dzień. Drażniący był jedynie intensywny zapach, ale do przeżycia. Jestem ciekawa czy kolejny egzemplarz okazałby się równie skuteczny. Recenzja tutaj.

7. Antyperspirant Nivea Energy Fresh: Nadszedł czas, aby w końcu przyznać to publicznie, choć ciężko mi o tym pisać (autentycznie :P) – mój ukochany antyperspirant w kulce przestał na mnie działać:( W sumie, to zastanawiam się, czy tak naprawdę kiedykolwiek działał na mnie pozytywnie, oprócz przepięknego zapachu trawy cytrynowej… Był bardzo wydajny, stosowałam go codziennie, ale niestety nie radził sobie z ochroną:( Będę mieć do niego duży sentyment, jednak ciężko spisać mi go na straty… Może dam mu jeszcze kiedyś szansę… Tak na marginesie, zmienili zakrętkę ze szklanej na plastikową. Mogliby przerobić całe opakowanie na plastik, bo ciężka to cholera do noszenia ze sobą :P Bardzo stara recenzja tutaj.

8. Pianka do golenia Isana z aloesem: edit: Zupełnie nie spodziewałam się tak przyjemnego zapachu, nieprzypominającego w żadnym stopniu aloesu (na moje szczęście) :P Pod tym względem zdetronizował piankę brzoskwiniową. Niestety, tak samo jak ona, zawiódł mnie niepraktycznym atomizerem, który od połowy zawartości przerobił piankę na formę płynną.

9.  Krem intensywnie nawilżający Nivea Soft: Będzie osobna recenzja.
10. Oczyszczający płyn micelarny L’Oreal Ideal Soft: To moje drugie zużyte opakowanie. Gdybym napisała po nim recenzję, to posypałyby się same superlatywy. Ba, micel ten znalazł się nawet w gronie kosmetycznych ulubieńców 2013! Teraz kończę trzeci egzemplarz i nie wiem, czy nie będzie ostatnim…

11. Maska anty-stres Ziaja: Kupiona, bo była w promocji:] Twarz staje się po niej gładka i aksamitna, jednak na krótką chwilę. O działaniu antystresowym nie ma mowy, nawet po wyczerpującym dniu… Mam jeszcze jedną saszetkę, więc zobaczymy czy zmienię zdanie o działaniu tej maseczki. 

12. Karmelowe masełko do ust Nivea: Jak dla mnie bubelek! Zamiast nawilżać, wysuszał. Zamiast pachnieć karmelem, pachniał maślanymi ciasteczkami. W dodatku masełko nie chciało się wchłaniać i bieliło usta. A jakby tego było mało, to opakowanie doprowadzało mnie do szału… Recenzja tutaj.

13. Patyczki do uszu Carea: To chyba moje pierwsze patyczki z Biedry. Do uszu były ok, a przy korekcie makijażu sprawdzały się o wiele lepiej niż te z innych firm. Nie ukrywam, że skusiłam się na nie przez pudełeczko z „odskakującym” wieczkiem :D No i przez wizerunek Rzymu… achh :D Wersji z miastami niestety już nie ma, a szkoda, bo chciałam upolować jeszcze New York :D Tak czy siak, kupię jeszcze wersję standardową.
14. Zmywacz do paznokci BeBeauty (różowy): Polubiłam się z nim. Dobrze zmywał ciemne lakiery, z brokatami też sobie radził. Przyjemnie pachniał (jak na zmywacz). Był to mój pierwszy zmywacz z pompką i jak na razie ostatni, bo nie chcę znowu się rozczarować. Na początku pompka sprawdzała się idealnie, jednak podczas podróży opakowanie zaczęło przeciekać i połowa zawartości zalała mi kosmetyczkę:[ [Biedronka/5,95 zł]

15. Mydełko do rąk Palmolive mięta & eukaliptus: Mydełko było małe i niewydajne. Zawierało w sobie fajne drobinki peelingujące, przez które zdecydowałam się na zakup. Niestety, ta wersja zapachowa zbyt mocno kojarzyła mi się z zapachem szaletu z dworca PKP… [Drogerie Polskie/1,69 zł w promocji]

16. Nawilżające chusteczki pielęgnacyjne babydream aloes & rumianek (80 szt.): Niestety, rzuciłam się na dwupak jak szczerbaty na suchary:/ Pomimo, iż za każdym razem szczelnie zamykałam opakowanie (o ile ta przezroczysta naklejka niczego nie przepuszcza…), chusteczki były suche. Pierwsza połowa opakowania (ta od góry) była średnio nawilżona, ale druga połowa to był już totalny suchy wiór! Chusteczki zużyłam zgodnie z planowanym przeznaczeniem, czyli do demakijażu dłoni, gdy pobrudziłam się podkładem czy korektorem i tutaj dawały radę, ale wkurzało mnie to, że po chwili robiły się suche:/ Nie myślcie nawet o ścieraniu nimi kurzu z mebli :P [Rossmann/2x80 szt. w cenie 6,99 zł w promocji]
  

Znacie coś? Podzielacie moją opinię? ;)

niedziela, 13 października 2013

Pomarańczowa rewolucja

Nigdy nie lubiłam mydeł w kostce. Bo się wyślizgują z ręki i trzeba bawić się w wyławianie ich ze zlewu lub z torby podróżnej. W domu mojego Ukochanego królują tylko takie mydła, natomiast w moim domu używa się głównie mydeł w płynie. I jak tu pogodzić konflikt interesów na przyszłość?:P Twierdziłam, że nie przekonam się do kostek i nie będzie dla nich miejsca w mojej własnej łazience. Łazienka, łazienką, ale musiałam się w nie zaopatrzyć kiedy wyjeżdżałam na kilkanaście dni podczas tegorocznych wakacji. Szukałam najtańszego i na takie trafiłam w Rossmannie, a że było w promocji, no to oczywiście wzięłam. Było kilka wariantów zapachowych do wyboru, ale zdecydowałam się na mydło w kostce Alterra pomarańcza. I to była rewolucja!


Od producenta:
Kliknij, aby powiększyć;)
Opakowanie: Mydełko znajduje się w małym kartoniku, na którym można znaleźć wszelkie informacje po polsku i po niemiecku - jak kto woli :P 

Kształt: Prostokąt, lekko wybrzuszony. Dobrze trzyma się je w dłoni. Strasznie podobają mi się te literki na środku :D
Kolor: Pomarańczowy.

Zapach: Cudowny zapach pomarańczy, który był wyczuwalny jeszcze w opakowaniu! Co najważniejsze - podczas używania niweluje wszelkie nieprzyjemne zapachy i długo utrzymuje się na dłoniach, czego ostatnio ciągle brakowało mi w wersjach płynnych.

Działanie: Takie niepozorne mydełko, a ile radochy mi sprawiło :D Po ostatniej wpadce z zagranicznym mydłem obawiałam się, że znowu trafię na jakiegoś gluta. Nic podobnego. Mydełko do samego końca miało twardą konsystencję, nie połamało się ani nie rozciapciało. Ani razu nie wyślizgnęło mi się z dłoni, no aż chciało się je ciągle trzymać :P Nie pieniło się zbytnio, ale też nie podrażniło i nie wysuszyło mojej skóry. I ten obłędny zapach!:) To pomarańczowe (pod względem koloru i zapachu) mydełko zrewolucjonizowało moje podejście do mydeł w kostce i na pewno będę sięgać po kolejne!

Wydajność: Starcza na miesiąc codziennego (wielokrotnego) używania.

Składniki:

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 100 g
Cena: 1,99 zł (w promocji 1,59 zł)


Jeśli jeszcze nie miałyście okazji wypróbować tego mydełka, to bardzo je wszystkim polecam, a najbardziej zagorzałym przeciwniczkom mydeł w kostce!;)

sobota, 17 sierpnia 2013

Wspomnienie z Wysp Kanaryjskich...

Która z nas nie marzyła o egzotycznych wakacjach na słynnych Wyspach Kanaryjskich? Ano, na przykład ja. Moje marzenia o dalekich podróżach jakoś nigdy nawet nie zahaczały o wyspy, znane mi jedynie ze słyszenia. W zeszłym miesiącu moja wiedza poszerzyła się nie tylko o nazwę jednej z owych wysp, ale również o jeden produkt kosmetyczny, który można tam nabyć. Jako wspomnienie z podróży otrzymałam naturalne mydełko z mleka koziego z Fuerteventury:)


Od producenta: Polecam zajrzeć na stronę producenta (tutaj), na której poznacie dokładną historię mydełka, dowiecie się, jakie właściwości posiada kozie mleko oraz dlaczego niektóre firmy produkujące mydło robią nas w bambuko...

Opakowanie: Mydełko było owinięte w zwykły papierek, aczkolwiek było tak precyzyjnie zapakowane, że mnie urzekło :D 
Dołączona była również fioletowa etykieta, na przedzie której widnieje wizerunek kozy, nazwa mydełka, informacja o 100% naturalności, a z tyłu znajduje się skład, strona producenta i numer partii.
Konsystencja: Mydełko w formie prostokątnej kostki, które prezentuje/prezentowało się następująco:

na "sucho:

na mokro:

po 2-tygodniowym używaniu:
Kolor: Beżowy.

Zapach: Lawendowy. Z tego, co zauważyłam na zdjęciu zamieszczonym na stronie producenta, dostępne są jeszcze mydełka o zapachu cytryny, aloesu, wanilii i cynamonu. Czterech pozostałych aromatów nie potrafię odczytać - kiepska jakość :P
Niestety, zapach wyczuwalny jest jedynie przy wąchaniu mydełka (bardziej pachniało w papierku). Trochę olejków ulatnia się podczas mycia, ale zapach nie utrzymuje się na skórze.

Działanie: Mydełko nie wysuszyło mojej skóry, co wydaje się być oczywistą kwestią przy tak naturalnym składzie. Nie wywołało u mnie żadnego uczulenia, ale przy kontakcie z zerwanym naskórkiem, czułam pieczenie, czego nie powodowała np. sama woda:/ Mydełko zaskoczyło mnie negatywnie pod względem konsystencji. Ja wiem, że mydło musi być śliskie, ale to było nadmiernie obślizgłe już od pierwszego użycia. Wyczuwałam jakąś dziwną maź, co za pewne było efektem któregoś ze składników. Niestety, po kilkukrotnym użyciu, ładne mydełko przerodziło się w wielkiego gluta:/ Fragmenty mydełka tak bardzo lepią się do moich dłoni, że nawet po, wydawałoby się, ich dokładnym roztarciu, spłukaniu wodą i powycieraniu rąk ręcznikiem, nadal wyczuwalne są "gluty":/ Po prostu czuję się tak, jakbym miała niedomyte ręce. Na dokładkę, ledwo wyczuwalny zapach lawendy nie usuwa "zapachu" zanieczyszczeń...

Wydajność: Słaba. Starcza na jakieś 2,5-3 tygodnie.


Pojemność: ? (mydełko było małe i lekkie, więc przypuszczam, że mogło ważyć ok. 50 g)
Dostępność: Wyspy Kanaryjskie :P Albo strona producenta;)
Cena: ?

czwartek, 27 czerwca 2013

Po raz kolejny oliwka

Tyle razy obiecywałam sobie, że nie kupię już mydła ze Stonki, a tym bardziej oliwkowego. Niestety, w dniu, w którym skończyło mi się mydło, wymiotło z Rossa wszystikie mydła Isany. Poszłam do drugiego, a tam to samo. Nagła epidemia czy jak (chyba na promocję)? W każdym razie byłam już zmęczona lataniem po mieście, nie miałam też za wiele czasu, dlatego po drodze do mieszkania widniała już tylko Stonka. Wiedziałam, że mi sie to nie spodoba, ale nie było innego wyjścia - w końcu Neonowa nie będzie łaziła z brudnymi łapskami. Wersja z aloesem i lotosem strasznie mnie rozczarowała, dlatego nawet na nią nie patrzyłam. Pomimo, iż nie cierpię oliwek, zakupiłam mydło w płynie Linda z mleczkiem oliwkowym  ponieważ byłam przekonana, że współlokatorka posiada to samo, a ładnie pachniało. Po analizie porównawczej okazało się, że przelewała jedynie jakieś nieznane mydło do starego opakowania po stonkowej oliwce.


Od producenta: Łagodne, kremowe mydło w płynie Linda, dzięki specjalnie wyselekcjonowanym składnikom, doskonale myje i pielęgnuje skórę. Zawarte w jego składzie gliceryna i lanolina wykazują właściwości kojące oraz łagodzące. Mleczko oliwkowe wygładza i zmiękcza skórę, pozostawiając ją delikatną w dotyku. Kompleks witamin A, E, F wywiera korzystny wpływ na skórę suchą, szorstką i łuszczącą się. Mydło przeznaczone jest do codziennego użytku. 

Opakowanie: Plastikowe, okrągłe. Posiada pompkę, która nie radzi sobie z wydobywaniem resztek zawartości. Po raz n-ty została zmieniona etykieta.

Kolor: Zielony.

Konsystencja: Gęsta, kremowa.

Zapach: Delikatny, ale nie kojarzy się z oliwkami. 

Działanie: Co tu dużo pisać - zwyczajne mydło, które zmywa brud, ale nie radzi sobie zbyt dobrze z zatuszowaniem nieprzyjemnych zapachów. Sam produkt ma mało ciekawy zapach, który dodatkowo bardzo krótko utrzymuje się na dłoniach. Dobrze się pieni. Najważniejsze, że nie pozostawia efektu poklejonych rąk i nie wysusza skóry. Czy koi i łagodzi? Polemizowałabym z tymi zapewnieniami producenta.

Wydajność: Dobra.

Dostępność: Biedronka
Pojemność: 500 ml
Cena: 2,99 zł

Lubicie stonkowe mydła?

czwartek, 9 maja 2013

Bez bez bzu

Pomimo, że do tej pory miałam do czynienia jedynie z dwoma mydłami Isany, polubiłam je od początku ze względu na ich różnorodność zapachową. Po mango & pomarańczy oraz czarze kominka wiedziałam, że w mojej łazience zagości kolejne mydło tej firmy. Jedyną kwestią do zdecydowania był jego zapach. Widziałam, że do oferty weszła nowa wersja, ale wcale nie miałam na nią ochoty. 
Bez od zawsze źle mi się kojarzył. Nieważne czy był biały, czy fioletowy. Nie lubiłam, gdy ktoś go zrywał i przynosił mojej najukochańszej Prababci, która wsadzała go do wazonu i kładła na stół. Był to dla mnie na tyle intensywny i duszący zapach, że od razu ciężej mi się oddychało. Moja mama wiedziała, jakie wywołuje on u mnie reakcje, więc nigdy nie zabieraliśmy go do naszego domu. Do tej pory, gdy widzę u kogoś malutki słoiczek czy wazonik z bzem, już czuję się rozdrażniona.
Dlatego też od początku byłam "anty" nastawiona do tego rodzaju mydła. Mimo wszystko, ciekawość wygrała. Odkręciłam pompkę, powąchałam i... zakupiłam łagodne mydło o zapachu bzu & orchidei Isana

Od producenta:
Opakowanie: Standardowe opakowanie mydła Isany - przezroczyste, plastikowe z pompką. Takie lubię najbardziej.

Zapach: Obawiałam się, że zapach bzu będzie taki, jaki od zawsze mi się kojarzył, czyli intensywny i duszący, ale nic takiego nie miało miejsca!:) Zapach jest delikatny i przyjemny. Owszem, czuć bez, ale jest na tyle słaby, że ma się wrażenie jakby go w ogóle nie było. Na kwiatach tak się znam, że lepiej nie mówić, więc mogę tylko przypuszczać w związku z napisem na etykiecie, że mamy również do czynienia z nutą orchidei :P Niestety, zapach czuć jedynie w pojemniku i podczas mycia, gdyż na skórze jest bardzo słabo wyczuwalny i po kilku chwilach zanika zupełnie.

Kolor: Fioletowy. Nie przypominam sobie, abym wcześniej widziała gdzieś fioletowe mydło :D Denaturat, owszem, ale mydło? :P

Konsystencja: Za rzadka:/
Działanie: Choć wcześniej byłam niezadowolona z wielu mydeł, gdyż zazwyczaj uzyskiwałam po ich użyciu efekt poklejonych rąk, tak ten okazał się totalnym bublem. Najbardziej irytuje mnie w tym produkcie to, że nie usuwa brzydkich zapachów dłoni. Nie wsadzam łap byle gdzie, ale np. gdy umyję naczynia płynem, zapach detergentu utrzymuje się na dłoniach przez pół dnia, choćbym szorowała je mydłem kilkakrotnie:/ W drugiej kolejności denerwuje mnie zbyt rzadka konsystencja, która w większości ląduje w zlewie, a do tego w ogóle się nie pieni! Jakby tego było mało, mydło wysusza skórę rąk!:/ Lepiej będzie mi jednak bez bzu... Szkoda, że nie jest to edycja limitowana, bo po krótkim okresie czasu, nie musiałabym go już oglądać.

Wydajność: Słaba.

Podsumowując:
Zastanawiałam się czy jest sens robienia bilansu tego mydła, bo jego plusy wyszukiwałam właściwie na siłę - można je odnaleźć w większości tego typu produktów.
+ przezroczyste opakowanie z pompką
+ ciekawy kolor
+ przyjemny zapach (nuta bzu wyczuwalna w bardzo niskim stopniu)
+ niska cena
- za rzadka konsystencja
- nie pieni się
- nie usuwa brzydkich zapachów
- zapach bardziej wyczuwalny w opakowaniu niż na skórze
- wysusza dłonie
- słabo wydajne

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 500 ml
Cena: 3,99 zł

czwartek, 2 maja 2013

Kwietniowy Garbage 2013

Koniec starego i początek nowego miesiąca to zdecydowanie najbardziej ulubiony i wyczekiwany przeze mnie okres w blogosferze. Z każdej strony jestem zasypywana śmietnikowymi recenzjami, przez co nie nadążam z ich przeglądaniem i komentowaniem. Jak można podniecać się zawartością śmietnika? :O Ano można! Jestem tego najlepszym przykładem :D 
Mój kwietniowy Garbage prezentował się następująco:


Prysznico-wanna:
1. Żel pod prysznic Isana kwiat maku: Przyjemny świeży zapaszek, idealny na wiosnę. Szkoda, że tak słabo wydajny. Jestem na TAK, chociaż pewnie więcej go nie kupię - pochodził z edycji limitowanej, a poza tym mam mnóstwo innych żeli do zużycia. Recenzja tutaj.
2. Żel pod prysznic BeBeauty Spa Bali ekstrakt z owoców egzotycznych: Żel, który pachniał "egzotyczną" gruszką. A przede wszystkim, do cholery, był peelingiem (choć bardzo słabym), którego nienawidzę! Jestem na zdecydowane NIE. Recenzja tutaj
3. Musująca kula do kąpieli Body Club limonka & kawa: Fajny bajer do wanny. Bardzo chemiczny zapach limonki, bo o kawie nic mi nie było wiadomo... MOŻE wypróbuję inne wersje zapachowe. Recenzja tutaj.

Twarzo-głowa:
4. Krem Eveline Extra Soft Allergique: Stosowałam go jedynie do twarzy. Nie sądziłam, że będzie aż tak mega wydajny! Starczył mi dokładnie na 6 miesięcy! Można go zużyć do samego końca, dzięki funkcjonalnemu opakowaniu. Niestety, chwilowe uczucie ściągniętej skóry towarzyszyło mi przez cały okres jego aplikowania, dlatego raczej NIE kupię go ponownie. Recenzja tutaj, pochodząca jeszcze z początku prowadzenia bloga, której do tej pory nikt nie chciał skomentować :P
5. Nawilżająca odżywka do włosów Alterra (granat & aloes): Wielkie rozczarowanie. Obciążała włosy i odpychała zapachem. Niestety jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Higiena rączek i paszek:
6. Zimowe mydło do rąk Isana czar kominka: Przepięknie i intensywnie pachnące przyprawami korzennymi mydło. Zapach, choć krótkotrwały, to idealny na zimę. Szkoda, że nie miało kremowej konsystencji, bo słabo się pieniło. Jak widać na załączonym obrazku, posłuchałam rady i zaznaczałam sobie poziom zużycia, dzięki czemu korzystałam z niego tylko ja, a nie moje współlokatorki:] Jestem na TAK. Na pewno kupię ponownie, o ile uda się je dorwać za rok - niestety edycja limitowana:( Recenzja tutaj.
7. Antyperspirant NIVEA Invisible Clear: Nie brudził ubrań, delikatnie pachniał. Spełniał swoje zadanie. Jestem na TAK.

Miniaturki:
8. Preparat do demakijażu twarzy i oczu 3 w 1 Vichy: Natychmiastowo zmywał jedynie eyeliner, z tuszem trzeba było pomęczyć się dłużej, choć i tak nie robił tego dokładnie. Ciężko było wydobyć resztki z plastikowego opakowania - skutek: przecięty kciuk. Jestem na NIE.
9. Płyn micelarny do demakijażu oczu i wrażliwej skóry twarzy Vichy: Była to moja pierwsza przygoda z micelem i przyznam się, że bardzo przyjemna. Dobrze usuwał resztki makijażu oczu (demakijażu dokonuję za pomocą mleczka), choć stosowałam go głównie do twarzy. Bardzo fajnie ją oczyszczał i odświeżał. Przyjemnie pachniał mentolem. Jestem na TAK. Bardzo chętnie spróbowałabym pełnowymiarowej wersji, choć domyślam się, że jest droga.
10. Perfumy Christina Aguilera (nie wiem niestety jaka wersja): Zapach kobiecy, niezbyt intensywny. Niczym szczególnym nie wyróżniał się, nie przypadł mi do gustu. Szkoda, że nie było aplikatora, bo otwór był jednak duży. Jestem na NIE.

Próbki:
Słowem wstępu. Niektóre blogerki uważają, że nie powinno się recenzować próbek. Owszem, pisanie o efektach czy wydajności byłoby skazane na pośmiewisko, ale moim zdaniem nawet po jednorazowym użyciu można wyrobić sobie pewne zdanie na podstawie danej cechy produktu, która od razu zachęci lub zniechęci nas do zakupu pełnowymiarowego kosmetyku.

11. Krem nawilżający z mocznikiem Emoleum do skóry suchej, bardzo suchej i atopowej: Czułam lekkie ściągnięcie skóry twarzy, więc nie dam mu pełnowymiarowej szansy. Jestem na NIE.
12. Masło do ciała Tutti Frutti karmel & cynamon: Przyjemna konsystencja, znacznie lepsza od orangutana. Niestety spotkałam się z tym, czego się obawiałam i co w ostateczności powstrzymywało mnie od dotychczasowego zakupu - pachniał zbyt intensywnie, za słodko:( MOŻE skuszę się na niego w zimie.
13. Szampon łopianowy włosy tłuste z tendencją do łupieżu Herbal Care Farmona: Śmierdział zielskiem, więc zdecydowanie nie dla mnie. Nie starczył na umycie całej głowy (7 ml), więc musiałam wspomóc się innym szamponem. Miał gęstą konsystencję. Jestem na NIE.
14. Balsam odżywczy do ciała oliwkowy Herbal Care Farmona: Pomimo mojej niechęci do oliwki, była to całkiem przyjemna aplikacja. Dobrze się rozsmarowywał i nawilżył kawałek skóry, który nim posmarowałam. Raczej NIE kupię, bo wolę inne zapachy. 
15. Balsam mineralny nawilżająco-regenerujący Aqualia Thermal Vichy: Bardzo fajny balsam, który zużyłam do posmarowania twarzy. Miał tłustą konsystencję, aczkolwiek bardzo łatwo można było ją rozprowadzić. Spowodował niesamowity efekt - czułam, że moja skóra była bardzo aksamitna i gładka. Troszkę przeszkadzał mi zapach, choć producent zapewnia, że balsam nie zawierał środków zapachowych. Jestem na TAK, choć pewnie nie będzie mi dane skorzystać z pełnowymiarowej wersji ze względu na cenę.

Kolorówka:
16. Konturówka do oczu Avon Blackest Black: Zakupiłam ją w celu podkreślania linii wodnej oka, ale nie nadawała się do tego zupełnie. Dzięki temu zaczęłam rysować kreski na powiekach, które niestety wychodziły zbyt grube, gdyż konturówki nie dało się temperować - była wykręcana. Kreski nie były zbyt trwałe i odbijały się niekiedy na górnych powiekach. Dlaczego mimo wszystko jestem na TAK? Bo była wygodna w użyciu - nie lubię temperować kredek. Recenzja tutaj
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak to działa :D Jeśli jesteście zainteresowane jak wygląda konturówka od środka, to spójrzcie poniżej :D
Byłam pewna, że zużyłam ją do końca, a jednak ostał się kawałeczek. Dało się nim jeszcze narysować kreski, a przy okazji wsadziłam go sobie do oka:] 
17. Żelowa kredka do oczu Avon Super Shock Black: Bardzo ją lubię, pomimo że niekiedy doprowadza mnie do szału. Bardzo dobrze podkreśla linię wodną, na powieki również się nadaje. Kreski są długotrwałe, aczkolwiek rozmazują się:( Temperowanie tej kredki to istna katorga! Rysik jest bardzo miękki (w końcu to "żelowa" kredka), przez co bardzo szybko ulega zmaltretowaniu w kontakcie z temperówką:(  Ogólnie jestem na TAK.

Używałyście powyższych produktów? Jakie macie o nich zdanie? Chętnie poczytam:)

sobota, 30 marca 2013

Czar kominka jak bańka mydlana

Podejrzewam, że tak samo jak ja macie już serdecznie dość mroźnej aury, która nie chce nas za cholerę opuścić. Bynajmniej takie zimowe widoki zauważalne są w moim rejonie, gdzie wczoraj spadło sporo śniegu, a i tej nocy ma jeszcze prószyć. Wiosna chyba strzeliła focha, więc póki jeszcze nie przybyła, korzystam z okazji i dzisiaj zrecenzuję ostatni zimowy produkt, jaki pozostał w moich kosmetycznych zbiorach. Zimowe mydło do rąk Isana czar kominka, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi niestety z limitowanej wersji. Udało mi się zdobyć je w ostatniej chwili, potem czekało na swoją kolej, więc pomimo, że zima (kalendarzowa) się skończyła, nadal gości w mojej łazience.


Od producenta: "Czyści i pielęgnuje suche dłonie. Pielęgnacja podczas mycia dzień po dniu. Dzięki łagodnej formule z gliceryną ISANA mydło zimowe czar kominka dostarcza ekstra porcji pielęgnacji podczas zimnych pór roku. Skóra dłoni pozostaje miękka i sprężysta a dodatkowo otacza ją kompozycja zapachowa z zimowych przypraw i aromatycznych owoców." 

Opakowanie: Mydło znajduje się w plastikowym, przezroczystym opakowaniu z pompką, działającą bez zarzutów.

Etykieta: Dwie ośnieżone górskie chatki zdecydowanie wpisują się w zimowy klimat. Aż ma się ochotę usiąść przy zapalonym kominku;)

Zapach: Największy plus! Przed zakupem byłam bardzo ciekawa czy mydło będzie w stanie oczarować mnie swoim zapachem. I oczarowało! Podczas mycia rąk ulatnia się bardzo przyjemny, naprawdę zimowy zapach. Nie bez powodu na etykiecie jest napisane "czar kominka", gdyż zapach kojarzy mi się właśnie z grzanym winem:) Mydło pachnie bardzo korzennie. Jeśli ktoś pił kiedyś grzańca, to będzie w stanie wyobrazić sobie ten aromat;) Jest jednak pewien minus. Choć zapach jest intensywny podczas mycia, to bardzo krótko utrzymuje się na skórze:( Pryska niczym bańka mydlana...

Kolor: Bordowy.

Konsystencja: Żelowa, niezbyt gęsta. Niestety słabo się pieni:(
Działanie: Nie powtórzyłabym za producentem, że mydło świetnie pielęgnuje. Owszem, nie wysusza skóry dłoni, ale i tak trzeba je smarować kremem. Zresztą, na etykiecie możemy doczytać dalej "Po umyciu wetrzyj w dłonie krem do rąk ISANA". Bardzo sprytnie;>

Wydajność: Ha! Od kiedy (za czyjąś radą) zaczęłam zaznaczać czarnymi kreskami na etykiecie poziom zużycia mydła, wciąż je mam, mimo że niedługo upłynie miesiąc od kiedy zaczęłam je używać :D Czyli wychodzi na to, że mydła Isany są jednak wydajne, a współlokatorki już mnie nie wspomagają w ich zużywaniu :P

Podsumowując:
+ przezroczyste opakowanie z pompką
+ klimatyczna etykieta
+ piękny zapach
+ wydajność
- edycja limitowana :(
- słabo się pieni
- zapach na skórze szybko zanika :(

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 500 ml
Cena: 3,49 zł

Wszystkim blogerkom życzę wesołych, spokojnych i pogodnych Świąt Wielkiej Nocy!:):*

poniedziałek, 4 marca 2013

Lutowy Garbage 2013

Na początek - wow! Osiągnęłam pierwszą magiczną liczbę 50, zarówno w ilości postów, jak i obserwatorów! Dziękuję:* I oczywiście zapraszam do dalszego zaglądania, czytania, komentowania:)

Dzisiaj czas na garbagowy post. Prawie do końca miesiąca w mojej reklamówce przeznaczonej do przechowywania zużytych opakowań znajdowały się tylko dwie próbki. "Ale siara" - myślałam. Jednakże przez ostatnich kilka dni udało mi się wykończyć parę produktów. Nie będę usprawiedliwiać tego stanu rzeczy krótszym miesiącem (jak niektóre blogerki ;>), bo dwa dni to żadna różnica. Styczeń obfitował w wiele pustych opakowań, stąd w lutym pootwierałam dużo nowych produktów, z których niekoniecznie codziennie korzystałam. W dodatku, po zakończonej sesji pojechałam na tydzień do domu i nie zabierałam ze sobą prawie żadnych kosmetyków, bo  mój bagaż i tak był pokaźny. Czy moje tłumaczenia są wystarczające? :P


1. Próbka delikatnie myjącego mleczka do twarzy Madara: 

Kremowa, gęsta konsystencja o biało-żółtawym kolorze. Zużyłam je też do demakijażu oczu i dosyć dobrze sobie z tym poradziło.  Nie podrażniło mojej skóry, w końcu to "ecoface" :P Fajnie pachniało truflami :P Był to bonus do zamówienia, ale chętnie wypróbowałabym pełnowymiarowe opakowanie.









2. Próbka toniku do twarzy Madara:

Co za bubel! Próbka mogłaby być w jakiejś buteleczce, bo po przecięciu opakowania, połowa wylała mi się na rękę. Tonik walił alkoholem na kilometr! W sekundę pojawiło się uczucie ściągniętej skóry, dlatego od razu wylałam wszystko do zlewu. A niby taki "eco", pfff! Nie chcę go więcej!








3. Antyperspirant Fa Pink Passion:

Był jednym z moich ulubionych antyperspirantów. Z powodu  podrażnienia i wysuszenia skóry nie kupię go ponownie. A szkoda, bo zapach miał piękny:( Recenzja tutaj.










4. Balsam do ciała Naturia z kiwi:

Fajny, delikatny balsam. Pomimo, że krótkotrwale nawilżał skórę i wkurzała mnie niepraktyczna zakrętka, to dla samego zapachu może kupię ponownie. Recenzja tutaj.










5. Łagodzące mydło do higieny intymnej Green Pharmacy (szałwia): 

Zdarzyło się z 2-3 razy, że czułam przez nie podrażnienie. Samo w sobie było ok, ale nie podobał mi się zapach suszonych śliwek :P Nie kupię ponownie. Recenzja tutaj.










6. Żel pod prysznic Isana cranberry & white tee: 

Rozczarował mnie. Pachniał mało intensywnie, a do tego strasznie wysuszył moją skórę:( Nie kupię ponownie. Recenzja tutaj.










7. Odżywka do włosów Timotei with Jericho Rose (głęboki brąz):

Nie wiem po co ją kupiłam. Nic nie zrobiła z moimi farbowanymi włosami. Mało wydajna. No i ten smród! Bleee! Na pewno nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)






8. Mydło do rąk Isana mango & orange:

Mydło prawie idealne. Dobrze myło, pieniło się, nie kleiło rąk.  Najważniejsze, że zapach utrzymywał się bardzo długo na dłoniach. Nie podpasował mi jednak zapach multiwitaminy, ale myślę, że spróbuję innych wersji. Recenzja tutaj.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Mydło do rąk bliskie ideału?

Od dawna nie mogę natrafić na dobre mydło do rąk w płynie, które w pełni będzie mnie satysfakcjonować, czyli: dobrze myć, wytwarzać dużo piany, nie kleić skóry i ładnie pachnieć również po jego użyciu. Acha! Powinno być jeszcze wydajne, a ta cecha irytuje mnie najbardziej przy każdej wizycie w łazience. Porównując ilość mydła, jakie zużywa moja współlokatorka, zaczęłam się zastanawiać, z którą z nas jest coś nie tak. Sprawa ma się następująco: od połowy września do chwili obecnej zużyłam 4,5 opakowań mydła o pojemności 500 ml (poza jednym 400 ml wyjątkiem), a współlokatorka niecałe 1,5. Pomyślałam, że albo ja mam świra na punkcie czystych dłoni, albo ona nie dba o swoje. Patrząc racjonalnie: myję dłonie po każdym przyjściu do mieszkania (wiadomo, pozbywam się "miejskich" zarazków), po każdym skorzystaniu z toalety, po każdym myciu naczyń śmierdzącymi detergentami i po każdej innej sytuacji zabrudzenia rąk. Czy jest w tym coś dziwnego? Dla tych, którzy mają wątpliwości - nie posiadam obsesji, w której nie rozstawałabym się z tą czynnością przez 24 h w ciągu doby. A gdy już myję ręce, to najczęściej aplikuję na dłonie zawartość mydła z jednorazowego przyciśnięcia pompki, góra - dwukrotnego przy silniejszych zabrudzeniach. Zatem wniosek jaki mi się nasuwa jest jeden: dzielę pokój z kimś, kto nie myje rąk lub czyni to w minimalnym stopniu. Wniosek nr dwa: druga współlokatorka chyba podpieprza mi mydło:] Są pewne przesłanki, ale to nie one miały być tematem dzisiejszego postu...
Wracając do najnowszego mydlanego nabytku... ostatnio kupiłam zachwalane przez wiele blogerek mydło Isana, dostępne oczywiście w Rossmannie. Skorzystałam z promocji, co dodatkowo zachęciło mnie do zakupu. Nie zastanawiałam się długo nad wyborem i w koszyku wylądowała wersja mango & pomarańcza


Opakowanie: Standardowy plastikowy, przezroczysty pojemnik z pompką.

Kolor: Jasnopomarańczowy.

Konsystencja: Kremowa.

Zapach: Faktycznie, można wyczuć osobno mango i pomarańczę. Jednak w połączeniu przypominają mi zapach soku multiwitaminowego, za którym nie przepadam, stąd i intensywność zapachu mydła mnie drażni. Intensywność uznaję za zaletę jedynie dzięki temu, że zapach utrzymuje się na dłoniach przez długi czas. Pewnie utrzymywałby się dłużej, gdyby nie to, że od razu po każdym umyciu smaruję je kremem.

Działanie: Spełnia najważniejsze cechy: myje i nie klei dłoni. Daje poczucie świeżości i czystości.

Wydajność: Biorąc pod uwagę niuanse, o których pisałam na wstępie, już nie wiem jak mam oceniać wydajność zużywanych mydeł. Obecnie zawartości mam troszkę więcej jak połowę, ale obstawiam, że do końca miesiąca zużyję ją w całości. Dotychczas, gdy jedno mydło starczało mi na miesiąc, twierdziłam, że wydajność jest słaba. Teraz zmieniam zdanie i stwierdzam, że była/jest ona średnia.

Dlaczego twierdzę, że recenzowane mydło z Isany jest bliższe ideału, którego jednak wciąż poszukuję?
+ dobrze myje
+/- wytwarza średnią pianę
+ nie pozostawia poczucia poklejonych rąk
+ zapach utrzymuje się na długo po umyciu
+/- średnia wydajność
- drażniący zapach multiwitaminy

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 500 ml
Cena: 3,49 zł (w promocji)

Lubicie mydła z Isany? Jaka wersja zapachowa jest Waszą ulubioną? Czy możecie polecić mi jakieś idealne, Waszym zdaniem, mydło do rąk w płynie? Będę wdzięczna za wszelkie sugestie:)

niedziela, 3 lutego 2013

Styczniowy Garbage 2013

Zauważyłam, że w blogowej sferze najbardziej lubię oglądać posty denkowe. To śmieszne, że tak bardzo cieszy mnie widok plastikowych opakowań :P Może jest tak dlatego, że mam pewność, iż dana blogerka w pełni (czasem nie) zużyła dany produkt i jej recenzja może być bardziej rzetelna, dzięki czemu zachęci/zniechęci mnie do jego zakupu.
Moje pierwsze zużycia w tym roku wprawiły mnie w osłupienie. Po raz pierwszy (od momentu założenia bloga) udało mi się wykończyć aż tyle kosmetyków! Jestem z siebie dumna :D Przynajmniej zmniejszyło to moje wyrzuty sumienia po styczniowych zakupach, które pojawiają się w następnym poście :P


Poniżej znajdziecie moje krótkie opinie na temat zawartości styczniowego garbagu:

1. Mydło w płynie Luksja (róża & mleko):


Jest to pierwsze mydło z Luksji, jakie miałam okazję wypróbować. Posiadało przyjemną kremową konsystencję. Pieniło się, zapach przeciętny. Niestety nie zauważyłam, że zawartość uzupełniacza wynosiła jedynie 400 ml. Standardowo, skończyło się błyskawicznie, więc słaba wydajność. Nie kupię ponownie.

Dostępność: Rossmann, Real, Astor
Cena: 3,69 zł (w promocji)
2. Mleczko do demakijażu BeBeauty (skóra normalna i mieszana):


Z sentymentem patrzę na to opakowanie, które nie będzie już dostępne, bo jak za pewne wiecie, w Stonce możemy spotkać już tylko nowe wersje. Mleczko odpowiada moim potrzebom, choć mogłoby być doskonalsze. W każdym razie  kupię je ponownie! Nie zmieniam firmy, bo chcę uniknąć podrażnień oczu. Recenzja tutaj
3. Patyczki do uszu:


Nie piszę "bagietki", bo znowu kogoś rozśmieszę :P Szkoda, że już się skończyły. Mimo, iż zakupione w supermarkecie, były dla mnie idealne! Miałam je od września. Oprócz czyszczenia uszu służyły mi do korekcji makijażu. Miały cieniutkie zakończenie. Dodatkowym walorem było opakowanie, które po przyciśnięciu, otwierało się w połowie, dzięki czemu nie trzeba było podnosić całej "klapy" i unikało się wysypywania patyczków. Pudełeczko sobie zachowałam i przesypałam do niego patyczki z innej firmy. Na pewno kupię ponownie!
Dostępność: Real
Pojemność: 200 sztuk
Cena: ok. 2 zł

4. Odżywka do włosów Timotei with Jericho Rose (Lśniący blask):


Poza ładnym zapachem nie zachwyciła mnie. Denerwowała mnie zakrętka (jak w całej serii) i bardzo słaba wydajność. Na pewno nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)
5. Perfumy Adidas Fruity Rhythm:


Zapach przeciętny. Ulatniał się po kilkunastu minutach! Wielkie rozczarowanie - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
6. Antyperspirant Dove Go Fresh (grapefruit & lemongrass):


Mleczny kolor i zapach spoconej trawy cytrynowej skutecznie zniechęcił mnie do tego produktu - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
7. Zimowy krem do rąk Cztery Pory Roku (bawełna norweska & imbir):


Jak na małą tubkę, był wydajny. Do samego końca irytował mnie zapach tabletek Strepsils:] Nawet szybko się wchłaniał. Nie rozgrzewał. Recenzja tutaj. Zmieniłam zdanie co do skuteczności - nie radził sobie jednak z bardzo suchą skórą, nawilżał na krótką chwilę, stąd na pewno nie kupię ponownie! 
8. Żel pod prysznic Original Source (Orange & Liquorice):


Totalne zaskoczenie co do zapachu, który okazał się karmelowy :P Wszystko genialne oprócz marnej wydajności! Kupię ponownie, ale myślę, że dopiero za rok, by umilić sobie zimowe kąpiele;) Recenzja tutaj.
9. Masło do ciała Tutti Frutti (Liczi & Rambutan):


Przeżyłabym wszystkie jego mankamenty, ale czarne kropko-kreski były ponad moją cierpliwość! Wykończyłam je całe i nie zamierzam się z nim więcej użerać - nie kupię na pewno! Plusem było dobre nawilżenie i nawet wydajność, o której zmieniłam zdanie. Recenzja tutaj.
10. Szampon do włosów Elisse (włosy suche i zniszczone):


Totalne zaskoczenie! Bardzo tani i mega wydajny szampon! Przyjemny zapach. Polepszył stan moich włosów - przestały rozdwajać mi się końcówki!:) Na pewno kupię ponownie! Recenzja tutaj.
11. Błyszczyk AVON:


Ciężko wypowiadać mi się na jego temat, gdyż dostałam go od koleżanki tydzień temu. Spontaniczny "prezent", długo by tłumaczyć :P Stan dosłownie terminalny, bo użyłam go może parę razy - końcówka nie sięgała dna. Miał powiększać usta, czego oczywiście nie robił, za to nieprzyjemnie szczypał. Co gorsza - śmierdział jakby śliwką (nie wiem jaki pierwotnie miał zapach :P). Jedynym plusem był przyjemny pędzelek, co mnie zaskoczyło, bo dotychczas spotykałam się jedynie z aplikatorami w formie gąbek. Może wypróbowałabym inne wersje zapachowe.
12. Fluid VICHY Aerateint Pure (nr 23):


Zupełnie zapomniałam, że posiadam pełnowymiarową wersję! Przywiozłam ją sobie z domu, a tu zonk, bo okazało się, że resztki, które zostały na dnie, zaschły :P I na marne było wiezienie opakowania tyle kilometrów :P Krótka recenzja, co prawda próbki, znajduje się tutaj. Przyjęłabym go ponownie, jednak sama bym go nie zakupiła.
13. Żel pod prysznic Original Source (Lemon & Tea Tree):

Glut o zapachu cytrynowej galaretki. Skończył się w mgnieniu oka. Nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Cena: 6,99 zł (w promocji)
14. Atomizer Puma Jamaica (żółta):


Mój ukochany zapach! Nie wiem, które to już puste opakowanie. Niestety, pozostaje mi jedynie forma atomizera, bo bardzo ciężko zdobyć w Polsce perfumy 40 ml! Na pewno kupię ponownie, ale czekam na jakąś promocję :D
I to by było na tyle. Jak widzicie, wiele z w/w kosmetyków mnie rozczarowało, dlatego nie kupię ich ponownie. Jeszcze raz podkreślę, że jestem bardzo zadowolona z ilości zużyć. Chciałabym, żeby w kolejnych miesiącach było podobnie, choć podejrzewam, że ciężko będzie utrzymać ten poziom :P