Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balea. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2015

Ciasteczkowa perełka od Balea

Będąc zeszłej jesieni w DM, chciałam kupić sobie jakiś nowy balsam do ciała w tubce z Balea. Balsam z letniej edycji sprawdził się u mnie doskonale, więc nie miałam oporów przed zakupem innej wersji. Niestety, zapachy zimowej edycji nie przypadły mi do gustu, więc musiałam poszukać czegoś innego. Moim oczom ukazał się balsam do ciała Balea z olejkiem migdałowym. Opakowanie wyglądało zwyczajnie (nie tak kolorowo jak np. żele), więc sięgnęłam po niego bez przekonania i nie sądziłam, że aż tak zawróci mi w głowie!  
Od producenta:
Opakowanie: Duża tubka wykonana z matowego plastiku, dzięki czemu łatwo trzyma się ją w dłoniach, z zakrętką na „klik”. Na etykiecie widnieją migdały i orzechy marula skąpane w olejku oraz wszelkie niezbędne informacje od producenta.

Konsystencja: Kremowa.
Kolor: Biały.

Zapach: Ciasteczkowy, maślany.

Skład:
 
Moja opinia: Pierwsze, co przykuło moją uwagę w tym balsamie to zapach! Boże, jak ten balsam pachnie!!! Ja wyczuwam w nim maślane, słodkie ciasteczka :D W sumie pachnie bardzo podobnie do szamponu i odżywki do włosów z linii profesjonalnej Balea Oil Repair (w ciemnych, brązowych tubkach), ale jest o wiele przyjemniejszy. Zapach jest intensywny i przez kilka godzin (!) utrzymuje się na ciele.
Konsystencja jest kremowa, więc bez problemu aplikuje się ją na skórę. Jest ona również bogata pod względem składu, ponieważ posiada 40%-ową zawartość oleju migdałowego i słonecznikowego. Z tego też względu balsam pozostawia po sobie lekko „olejkowaty” film (właściwie to bardziej pasuje tu określenie „olejkowata warstewka”). Nie jest tłusty, ale jest cały czas wyczuwalny na ciele, więc najlepiej poczekać chwilę na wchłonięcie i dopiero ubrać się w piżamy (raczej nie polecam stosować balsamu w dzień).
Balsam przeznaczony jest do suchej i wymagającej skóry, czyli akuratnie do mojej. Produkt naprawdę na długo nawilża, odżywia i zmiękcza skórę. Nie ma mowy o żadnych suchych miejscach czy podrażnieniach.
Niedawno z wielkim żalem skończyłam ten balsam. Oszczędzałam go jak tylko mogłam, ponieważ na etykiecie widnieje napis, że produkt pochodzi z edycji limitowanej. Żałowałam, że kupiłam tylko jedną sztukę, bo byłam pewna, że już więcej nie pojawi się na półkach w DM. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się od jednej dziewczyny mieszkającej w Niemczech, że balsam pojawia się sezonowo na jesień co rok! :D Ja raczej w tym roku nie wybiorę się już do Niemiec, ale jeśli Wy macie okazję, to kupujcie go w ciemno!;)
Podsumowując, uważam, że balsam sprawdzi się tak naprawdę u każdego, nawet u posiadacza normalnej skóry, ale trzeba mieć na uwadze bogatą konsystencję, bo nie każdemu może spodobać się „warstewka”, którą pozostawia po sobie. Jednak ciasteczkowy zapach wygrywa wszystko i można przymknąć na to oko;) Szkoda, że balsam jest dostępny sezonowo, ale gdy za rok uda mi się na jesień pojechać do DM, to obowiązkowo zakupię kilka sztuk!

Dostępność: DM, online.
Pojemność: 200 ml
Cena: 1,75

Lubicie balsamy Balea? Które jeszcze balsamy z DM możecie polecić ?

poniedziałek, 16 lutego 2015

Mój ostatni szampon Balea ze "starą" babeczką :P

Przygotowując się do pisania poniższej recenzji, zauważyłam na internetowej stronie DM-u, że Balea znowu zmieniła nieco szatę graficzną niektórych produktów, a co gorsza/lepsze, zastąpiła niektóre wersje nowymi zapachami. W związku z tym, nie sądzę, żeby recenzja nawilżającego szamponu Balea z mango i aloesem do włosów suchych i zniszczonych przydała się większemu gronu osób, ale może znajdzie się garstka, która ma ten produkt w swoich zapasach i przeczyta, czego mniej więcej będzie mogła się po nim spodziewać.
 
Od producenta:
[Moje & translatora Wujka Gugla tłumaczenie:] Wspaniała miękkość, lekkość i jedwabisty połysk: Nawilżający szampon do pielęgnacji włosów Balea doda im błyszczącego, promiennego wyglądu - aż do końcówek.
Podarowanie nawilżenia. Nawilżanie suchej skóry głowy: Nawilżający szampon Mango + Aloes z efektem antywysuszającym nadaje zniszczonym włosom zdrowy, promienny wygląd - bez narzekań na niego. Każdego dnia.
*Pielęgnacyjna formuła z ekstraktem z mango i aloesu dostarczy włosom i skórze głowy intensywnego nawilżenia.
*Kompleks z witaminą B3 i prowitaminą B5 pielęgnuje i uelastycznia włosy. 
*Szczególnie łagodna formuła bez silikonów.
Stosowanie: Wmasować w wilgotne włosy. Dokładnie spłukać.
Zgodność skóry: Testowany dermatologicznie.

Opakowanie: Płaska, plastikowa butelka z zakrętką na zatrzask - typowe dla zwykłych szamponów Balea. Na etykiecie znajduje się głowa tej samej babeczki, co na innych wersjach zapachowych (jeszcze stara szata graficzna), oraz owoc mango wraz z kawałkiem aloesu. Dla zainteresowanych więcej szczegółów dotyczących produktu znajduje się na etykiecie z tyłu opakowania.

Konsystencja: Rzadka.
Kolor: Transparentny.

Zapach: Mango.

Wydajność: Średnia.

Skład:
Moja opinia: Po strasznym jagodowym szamponie z Balea, wersja z mango i aloesem była dla mnie i mojej skóry głowy niczym wybawienie. Od razu zaznaczę, że nie było to jakieś mega wielkie odkrycie bez którego moje włosy nie potrafią odtąd żyć, ale produkt można spokojnie zaklasyfikować do tych, które nie wyrządzą krzywdy ani włosom, ani skórze.
Jego minusem jest na pewno plątanie włosów oraz to, że włosy w dotyku stają się szorstkie. Niby nie powinno mi to aż tak bardzo przeszkadzać, bo po każdym myciu i tak stosuję jeszcze odżywkę, ale skoro szampon ma intensywnie nawilżać włosy, to ja tego w ogóle nie zauważyłam. Szampon dobrze oczyszcza włosy i nie powoduje ich szybkiego przetłuszczania się, więc powinien się sprawdzić u osób, które nie mają większych wymagań do tego typu produktów. Na szczęście nie wywołuje podrażnień.
Szampon ma rzadką konsystencję, więc dosyć szybko się go zużywa. Dobrze się pieni. Pachnie soczystym, prawdziwym mango, a zapach na długi czas utrzymuje się na włosach. Aloesu w nim nie wyczuwam.
Podsumowując, jest to zwykły, dobrze oczyszczający szampon, ale bez właściwości nawilżających, które obiecywał producent. Przez efekt szorstkich włosów nie sądzę, żebym do niego powróciła, zwłaszcza, że ta wersja szamponu zniknęła ze strony Balea na poczet nawilżającej wersji z brzoskwinią i kokosem (i to z "nową" babeczką na etykiecie :P)...  

Dostępność: DM, sklepy z chemią niemiecką
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €

Miałyście ten szampon lub macie go jeszcze zachomikowanego w swoich zapasach?;> 

Ps. Szampon wygrałam jakiś czas temu w rozdaniu u Szarony (tak samo jak poprzednio recenzowany produkt);)

piątek, 16 stycznia 2015

Swędzący sekret od Balei

Kiedy zobaczyłam ten produkt na jednym z dolnych regałów w niemieckim DM-ie, byłam przekonana, że jest on przeznaczony dla mężczyzn. To nie powstrzymało mnie jednak, żeby powąchać jego zawartość i… przeżyć miłe zaskoczenie, że nie kojarzy się wcale a wcale z typowymi męskimi żelami pod prysznic. Najzwyczajniej w świecie zmyliła mnie etykieta (czarny design). Okazało się, że żel pod prysznic Balea Black Secret wanilia & pomarańcza wchodzi w skład zimowej edycji limitowanej i, wg mnie, wyróżnia się najprzyjemniejszym zapachem z trzech dostępnych wersji, dlatego na dwie pozostałe tym razem się nie skusiłam.
Od producenta:
Der frische Duft der Balea Black Secret Dusche nach Vanille und Orange verführt Ihre Sinne und sorgt für ein einmaliges Duscherlebnis. Die feuchtigkeitsspendende Pflegeformel bewahrt die Feuchtigkeitsbalance der Haut und schützt vor dem Austrocknen. Tauchen Sie in den Zauber von Früchten und Blüten ein!

[Moje i wujka Gugla tłumaczenie:] Świeży zapach Balea Czarny Sekret wanilii i pomarańczy uwodzi zmysły i pozwala na unikalne doświadczenie pod prysznicem. Formuła pielęgnacyjna zachowuje równowagę nawilżenia skóry i chroni ją przed wysychaniem. Zanurz się w magii owoców i kwiatów!

Opakowanie: Standardowe dla żeli z Balea: wąska plastikowa butelka z zakrętką na zatrzask. Etykieta zachowana w kolorystyce czarno-pomarańczowej. Na obrazku widzimy kwiat wanilii oraz pasek obranej pomarańczy.

Konsystencja: Kremowa, rzadka.
Kolor: Pomarańczowy.

Zapach: Waniliowo-pomarańczowy.

Skład:

Moja opinia: Pierwsze, co rzuca się w oczy, to jak już wspominałam czarny design opakowania. Jest to taki niestandardowy wygląd dla etykiet Balei, dlatego od razu przykuwa uwagę. Buteleczka jest taka sama jak przy każdym żelu z tej firmy, więc nawet nie będę się o niej rozpisywać.
Jeśli chodzi o sam zapach, to jest odurzający… Tak, aromat pomarańczy i wanilii całkowicie mnie odurza, czy to biorąc prysznic, czy tylko wąchając zawartość opakowania. Właściwie, to bardziej przebija się nuta pomarańczy (która od razu skojarzyła mi się z zimową wersją żelu Original Source), ale jeśli się skoncentrujemy, to wyczujemy również wanilię (ta sama sytuacja, co przy wersji z kokosem i nektarynką od Balea).
I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że strasznie swędziała mnie po nim skóra! Za każdym razem, gdy myłam się tym żelem, efekt był taki sam. Specjalnie zrobiłam sobie od niego kilkanaście dni przerwy, żeby rozwiać swoje wątpliwości i niestety świąd powracał po nim jak bumerang :( Pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego po stosowaniu żelu z tej firmy i zupełnie nie wiem dlaczego, ponieważ składy są zazwyczaj podobne. W każdym razie, cieszę się, że żel dobija już dna, bo wraz z nim skończy się moja męczarnia. Jeśli macie wrażliwą skórę, to uważajcie, proszę, na niego!

Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,55 €


Znacie ten żel? Jakie są Wasze wrażenia? Czy tylko mnie tak urządził? :(

poniedziałek, 14 lipca 2014

Szampon-winowajca "istnej masakry" na głowie

Przy okazji recenzowania pewnej odżywki do włosów wspominałam o szamponie-winowajcy, który zmasakrował moje włosy. Przyszedł w końcu czas na jego bliższe przedstawienie, choć uważam, że w ogóle na to nie zasłużył. Na szczęście, jagodowy szampon do włosów Balea pochodził z edycji limitowanej, ale jeśli przypadkiem macie jeszcze do niego dostęp, to bądźcie ostrożne!

Od producenta:
[Moje & translatora Wujka Gugla tłumaczenie:]
Twoje przygoda pielęgnacji włosów ze słodko-owocowym zapachem jagód: limitowana edycja od Balea.
Urzekająca przygoda zapachowa. Owocowo pachnąca pielęgnacja dla pięknych, jedwabiście lśniących włosów: Balea Szampon Blaubeere oczyszcza włosy delikatnie, ale dokładnie. Formuła z ekstraktem z jagód pielęgnuje zniszczone włosy i nadaje im życiowy połysk - do końcówek. Słodko-owocowy aromat dojrzałych jagód urzeka zmysły i pozwala nam marzyć, być może o spacerze po lesie?
*Pielęgnacyjna formuła z cennym ekstraktem jagodowym odżywia włosy i skórę głowy.
*Kompleks z witaminą B3 i prowitaminą B5 pielęgnuje i uelastycznia włosy – każdego dnia bez obciążania.
*Szczególnie łagodna formuła bez silikonów.
Stosowanie: Wmasować w wilgotne włosy. Dokładnie spłukać.
Zgodność skóry: Testowany dermatologicznie.

Opakowanie: Lekko wyprofilowane, plastikowe. Miało słabą zakrętkę - wieczko zdążyło mi się urwać :P Kolorem adekwatne do koloru zawartości. Jeśli chodzi o etykietę, to w odróżnieniu od żeli pod prysznic, jest ona papierowa i naklejana. Ta babeczka (a raczej jej głowa :P) wygląda tandetnie.  To znaczy, babeczka jest niczego sobie, ale umieszczenie głowy na etykiecie jest dość dziwne:/ Tak, wiem, że to szampon do włosów na głowie (:P), ale cała ta etykieta kojarzy mi się z niemieckimi familijnymi szamponami albo zdjęciami z podręczników do nauki niemieckiego :P Ech… nie ma to jak etykiety żeli Balea :D

Konsystencja: Rzadka, przezroczysta.
Kolor: Niebieski! :D

Zapach: Podobno jagodowy :P

Wydajność: Średnia.

Skład: 
Moja opinia: Jedyne, co mi się w tym szamponie spodobało, to jego niska cena i niebieski kolor (tak przy okazji, to po raz pierwszy spotkałam się z niebieskim szamponem :D). Zapach sztucznych „jagód” był dla mnie za słodki, już prędzej kojarzył mi się z gumą balonową. Konsystencja szamponu była bardzo rzadka, co przekładało się na jego średnią wydajność.
Przechodząc do działania, był to bubel nad bublami!:/ Szampon podrażnił skórę mojej głowy – swędziała strasznie! :/ Plątał włosy, robiły się straszne kołtuny, które ciężko było rozczesać. Najgorsze w nim było jednak to, że zrobił mi z włosów jeszcze większe siano niż było na co dzień! Włosy stały się bardzo suche, bardzo zniszczone, zmatowione i pozbawione blasku:/ Był to najgorszy szampon do włosów, na jaki natrafiłam (nawet sławetny Timotei  nie miał tylu wad co on)! Wyrządził mi niezłą masakrę na głowie, więc nie obeszło się bez wizyty u fryzjera i ścięcia sporej ilości włosów!:( Szamponu nie używałam codziennie, mimo iż takie miał przeznaczenie. Czytałam większość pozytywnych opinii na jego temat, więc nie wiem czy tylko ja mam takiego pecha, czy wersja jagodowa była do bani, czy cała seria „jeden Tag shampoo” jest do bani, czy też wszystkie szampony z Balei nie będą mi odpowiadać? Nie wiem, ale będąc w DMie, omijam szerokim łukiem regał z produktami do włosów...

Dostępność: DM, sklepy z chemią niemiecką
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €

Miałyście do czynienia z szamponami Balea z serii "jeden Tag"? Jakie macie zdanie na ich temat? 

czwartek, 29 maja 2014

Idealne połączenie i rozdzielenie zapachowe od Balea

Istnieje wiele zapachów, których nie toleruję w kosmetykach. Jednym z nich jest kokos. No po prostu nie lubię go i już, a mój nos wykrzywia się już przy pierwszym węchu. Czasami jednak bywa tak, że pewne okoliczności przyćmiewają umysł człowieka i mimo wszystko kupuje on produkt, którego zapach nie do końca mu odpowiada. Tak było ze mną podczas mojej zeszłorocznej wizyty w niemieckim DM-ie, gdzie zaopatrzyłam się w kremowy żel pod prysznic Balea kokos & nektarynka. Nie spieszyło mi się do jego zużywania, ale kiedy trafił już do mojej łazienki, to żałowałam, że nie zabrałam go tam wcześniej…


Od producenta: 
[Moje tłumaczenie:] Rozkoszuj się swoim codziennym rytuałem: Balea Prysznic& Krem rozpieszcza zmysły delikatnym zapachem i nadaje skórze gładkość w dotyku.
Rozpieszcza & pielęgnuje: Balea Prysznic& Krem z pielęgnującym mleczkiem i ekstraktami z kokosa, i nektarynek sprawia, że skóra jest miękka i aksamitna, a egzotycznym zapachem wywołuje rozpieszczenie zmysłów. Innowacyjna formuła nawilżająca Polyfructolu zachowuje głównie wilgoć i chroni skórę przed wysuszeniem. Szczególnie delikatny dla pielęgnacji skóry - idealny do codziennego prysznicu.
PH przyjazne dla skóry. Przetestowany dermatologicznie.

Opakowanie: Plastikowe, podłużne - tradycyjne dla żeli pod prysznic Balea. Wersja z kokosem i nektarynką jest w kolorystyce biało-niebieskiej, z kawałkiem kokosa, nektarynek i listków, spływających po wodzie i mleczku (domniemam: kokosowym) :P

Konsystencja: Miała być kremowa, a dla mnie nie różniła się niczym od innych, żelowych wersji Balea.
Kolor: Można było spodziewać się po zakrętce niebieskiego koloru (zazwyczaj kolor zakrętki odpowiada kolorowi zawartości produktu z Balea), ale żel okazał się być brzoskwiniowy.

Zapach: Kokosowo-nektarynkowy (więcej szczegółów w „mojej opinii”).

Wydajność: Standardowa, choć ja akurat oszczędzałam zawartość :P

Skład:

Moja opinia: Pomimo, iż jego właściwości były akurat zwyczajne (pienił się, mył ciało, nie podrażniając go), to już teraz wiem, że recenzowany żel trafi do moich kosmetycznych ulubieńców 2014 roku! W życiu bym się nie spodziewała, że tak bardzo polubię się z „kokosowym” kosmetykiem. Jego zapach był niezwykły! Po raz pierwszy spotkałam się z czymś takim, że potrafiłam wyczuć w zapachu żelu pod prysznic zarówno jego osobne składniki, jak i ich połączenie. Dużą rolę odgrywa tu pewnie nasza świadomość, bo wystarczy pomyśleć sobie „chcę poczuć tylko kokosa” albo „chcę poczuć tylko nektarynkę” i tak się dzieje (a przynajmniej tak było w moim przypadku :D)! Zapach kokosa w tym żelu był akurat znośny, bo na moje szczęście bardziej wyczuwalna była nektarynka (a może tylko taką selekcję nakazywałam swojej świadomości? :P). Sam zapach utrzymywał się na skórze, a dodatkowo wypełniał całą łazienkę! Serdecznie polecam ten produkt miłośnikom owocowych i słodkich zapachów, zwłaszcza że nie jest to edycja limitowana!:)

Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €

wtorek, 11 marca 2014

Okiem Omnomnoma #1

Dziewczyny! Dzisiaj zostawiam Was z nietypowym recenzentem, który zadebiutował przeszło rok temu (ale ten czas zapiernicza…!) za sprawą tej recenzji. Czytelniczki, które są ze mną od niedawna, mogły zapoznać się z jego wizerunkiem w tym poście. Dzisiejsze spotkanie inauguruje pierwszą w historii bloga serię recenzji pt. „Okiem Omnomnoma”! Przywitajcie go gromkimi brawami! :D


Witajcie ludziska, Ciasteczkowy Potwór Was dzisiaj ściska!


Jako że za oknem piękna wiosenna pogoda a na blogu Neonowej panuje jeszcze zima, postanowiłem dać o sobie znać w postaci małej recenzji.


Jak wpadłem na żel pod prysznic firmy Balea pewno już wiecie z powyższego filmiku - kilka siniaków, stłuczeń, ale wynagrodziły mi to zdobyte ciasteczka :) Przeszło mi nawet przez myśl, by owe ciacha rozdać w konkursie, jednak pokusa była większa i zostały "one" wchłonięte zanim pomysł wpadł do futrzastej głowy. Jak wypadła recenzja ciastee.... yyyym Balei przez Ciachowego Potwora? Ano zatem od samiutkiego początku...


Od producenta:
Nicht verstehen… Neonowa mówi, żebyście zajrzeli tutaj i zamiast „soczystym brazylijskim mango” wstawili „świeżym hawajskim ananasem” ^^

Opakowanie na pierwszy rzut oka nie budzi zastrzeżeń. Jako że lubię ananasy, już malutki plus za grafikę informującą o tym, iż po otwarciu powinien "zaatakować" mnie owy owoc. Czy zaatakował nokautująco? Co prawda, dawno nie pałaszowałem ananasa, ale jego zapach jest dosyć charakterystyczny. Na pierwszy mój węch ananasa nie stwierdziłem. Kokos, jako drugi owoc zamknięty w żelu, też mi się nie skojarzył. Może to wina mojego upadku przez opakowanie i zapachy się zmiksowały :P
Z otwarciem wieczka nie było najmniejszych problemów, jak i z jego zamknięciem - testy zderzeniowe wykazały, iż pomimo zdrowego huknięcia przeze mnie o produkt Balei, nic się nie ulało. To samo tyczy się opakowania i jego wytrzymałości przy otwieraniu ciastek :P Spokojnie zatem - jeśli przydarzyłby się upadek opakowania w łazience, akcja z mopem (jeśli macie kafelki) nie będzie potrzebna.

Wróćmy do zapachu
Po drugim hauście do mego noska i zamkniętych ocząt ujawniła się hawajska wyspa i ja na hamaku z drinkiem ze słomką w otwartym kokosie. Coś zatem z tego kokosa jest :P Bojąc się, że odpłynę z tym hamakiem na zbyt głębokie wody, przestałem testować zapach. Oceniam go pozytywnie, choć meszka mi nie urywa.

Kolej na kolor i konsystencję zawartości. 
Po ulaniu ukazuje się zielonkawy kolor, podobny jakby do jakiegoś żrącego kwasu o niewiadomym pochodzeniu. Przetestowałem żel na gąbce Balbince - żyje do dziś, czyli nie powinnien podrażniać skóry.

Czas na test terenowy... Po którymś tam z kolei użyciu nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził jak się ma trwałość zapachu po wojażach terenowych. Wynik: troszkę go czułem, natomiast Moja Druga Połowa Ciacha po poproszeniu o wypowiedzenie się czy coś czuje, dała wynik negatywny – stwierdzam, że nos do żeli do ciała to mam tylko ekhmmm... ja ^^

Wydajność Balei: Przyznam sie bez bicia, że nie używałem go nader często, ale ślepo mogę strzelać, iż na miesiąc powinien starczyć.

Skład:

Wrażenia z samego użytkowania są takie, jak przy większości używanych żeli. Ja osobiście czekam na taki, który przy użyciu wyrzuci mnie na drugą stronę Księżyca. Zasłyszałem też o jakiś hejtach na ten produkt wśród środowiska blogowego. Nie pytajcie o szczegóły, bo sam w tym nie siedzę :P Jaką zatem opinię wystawić jako ten nieznający się, ale czasem też testujący, zwierz? Osobiście nie podpadł mi w niczym, no… może poza paroma siniakami, dlatego z czystym sumieniem daje w rankingu od 0 do 5 mocne 4.

Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €

Jeśli Neonowa się zgodzi, to mogę w konkursie udostępnić Wam jedno opakowanie ciasteczek z jakimś bonusem ode mnie;), także wszelkie marudzenia przesyłajcie do Niej.


Miłego dnia i całuchy od Waszego Potwora Ciastkowego! Omnomnom…


Ps. Neonowa napisała wcześniej recenzje dwóch pozostałych żeli Balea z letniej limitowanej edycji. O mango pochodzącym prosto z Brazylii poczytacie tutaj, natomiast o dziwacznej marakuji - tutaj.

piątek, 6 grudnia 2013

Filozoficzna rozkmina nad żelem Balea z Fidżi

Odwiedzając na wakacjach niemiecki DM (o zakupach i refleksjach z nimi związanych pisałam tutaj), zakupiłam kilka kosmetyków do mycia ciała, w tym całą ówczesną edycję limitowaną żeli. Bardzo lubię kolor niebieski, marakuję również, dlatego byłam przekonana, iż żel pod prysznic Balea Fiji Passionfruit automatycznie stanie się moim faworytem. A tu taki klops...
Od producenta:
Producent nie wysilił się przy opisie wakacyjnej limitki, zastosował opcję ctrl+c i ctrl+v, zamieszczając ten sam tekst na opakowaniu każdej wersji żelu. Wstawił jedynie właściwe nazwy zapachów.
Jeśli należycie do tych, które „Ich verstehe nicht”, to zapraszam do brazylijskiego opisu (tutaj). Nie zapomnijcie tylko zamienić mango na marakuję :P

Opakowanie:
Względem kształtu jest takie samo dla całej serii, więc tak czy siak zapraszam do posta o wersji mango (patrz wyżej) :P
Przy etykiecie natomiast zaczyna się jazda… Zacznijmy od nazwy żelu - „Passionfruit”. I teraz rozlegają się brawa dla Neonowej, która dopiero przy pisaniu recenzji zorientowała się, że to jednak nie o kwiat pasji cały czas chodziło:] Nazwa „Passion flower” już kilkakrotnie przewinęła się w jej żelowej karierze, więc postawiła na przyzwyczajenie i tym razem nie rozróżniła literek.
Po pierwszym oriencie Neonowa zaczęła rozkminiać dalej. Zasięgnęła informacji od Wujka Gugla, który przetłumaczył jej, iż „Passionfruit” ze szwabskiego oznacza „marakuję”. 
Skoro część werbalną mamy opanowaną, to przejdźmy do części wizualnej. No i co my tu widzimy? Marakuja obecna, ok. Ale co do cholery robi tam pomarańcza i to coś przypominające w przekroju arbuza, lecz arbuzem nie będące, a zowiące się guawą (tak apropos, Balea miała swego czasu odrębny żel o takim zapachu)? No dobra, jak już muszą tam być, to niech będą... 
Ok, owoce mamy za sobą. Zostały jeszcze kwiatki. Ten u góry, po prawej stronie, ze śmiesznym środkiem, to jest właśnie kwiat pasji. I w tym momencie Neonowa doznała totalnego mętliku. „Czyżby jednak kwiat pasji miał coś wspólnego z marakują?” – zastanawiała się, nie dając za wygraną. No popatrzcie same (/sami, bo podobno jakieś facety tutaj również zaglądają :D) – kwiat pasji to kwiatek, a owoc pasji to marakuja. Czy jest to zatem jedna roślina? Neonowa rozpaczliwie skontaktowała się z Ciocią Wikipedią, która to załamała ją całkowicie, informując, iż passiflora + marakuja = „męczennica jadalna” :] 
Neonową z tego wszystkiego rozbolała główka. Dodatkowo (jakby tego było mało) doznała smuteczku po autostwierdzeniu, że jej rozumek jest wielkości rozumku Kubusia Puchatka i nie chciała już spoglądać w stronę dwóch pozostałych kwiatków z etykiety, które na pierwszy rzut oka są identyczne, a jednak tak bardzo się różnią…

Konsystencja: Średniogęsta, bardziej w kierunku „lejącej” (:P).
Kolor: Lazurowy. Szczerze mówiąc Neonowej gałki wyszły z orbit jak po raz pierwszy użyła tego żelu, bo jeszcze nigdy nie spotkała się z takim kolorem w jakimkolwiek kosmetyku. I tutaj nastąpił orient numer dwa, iż ogólnie kolor zawartości produktów z Balea odpowiada kolorom z etykiet, bądź kolorom zatyczek żeli z Balea. I like it! :D

Zapach: Miało być pięknie, miało być cudnie. Miało pachnieć marakują/kwiatem pasji a pachnie czym? Multiwitaminą! Kurde!:[ Nie znoszę tego zapachu, bo kojarzy mi się z sokiem wieloowocowym, który omijam szerokim łukiem, gdyż zawsze drapie mnie po nim w gardle:]  

Wydajność: Zwyczajna – żel zużyłam w przeciągu miesiąca.

Moja opinia: Zapowiadało się dobrze, gdyż wskazywały na to: ładne opakowanie (pomijając męczącą dla rozumku etykietę :P), smerfny kolor żelu, niska cena oraz „no bo to ta BALEA!” (tutaj następuje szał ciał:]). Spektakularny efekt końcowy przekreślił jednak nieprzyjemny dla mych nozdrzy zapach:/ Bo jaka to przyjemność myć się po całym dniu żelem (który w swoich właściwościach jest notabene zwyklaczkiem), kiedy unoszący się w całej łazience (i oczywiście tylko wtedy, bo po co zostawać na skórze dłużej?) zapach nam nie odpowiada i zamiast relaksować, męczy?:/

Skład:
Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €



Używałyście tego żelu? Jakie były Wasze wrażenia? Który żel z wakacyjnej limitki podbił Wasze serce najbardziej?;)


Ps. Zachęcam Was do śledzenia na bieżąco mojego bloga, gdyż w nieodległym czasie pojawi się recenzja trzeciego, już ostatniego, wariantu żelu z wakacyjnej edycji limitowanej Balea. A powiem Wam, że będzie się działo! Oj, będzie!;)

piątek, 4 października 2013

#100 Brazylijskie mango

Zanim przejdę do recenzji, chcę zaznaczyć, że dzisiaj piszę dla Was setny post z czego niezmiernie się cieszę:) I kto by pomyślał, że przy tej szczególnej okazji padnie na recenzję żelu z osławionej już marki Balea. Ale spokojnie, dzisiaj obędzie się bez kontrowersji :P

Całkiem przypadkowo mango przewinęło się u mnie trzykrotnie podczas tegorocznych wakacji. Jeden kosmetyk w takiej właśnie wersji zapachowej wzbudził we mnie pozytywny odbiór a drugi wręcz przeciwnie. Głosem rozstrzygającym okazał się być żel pod prysznic Balea Brazil Mango z letniej edycji limitowanej. Jak myślicie, którą szalę przeważył?


Od producenta: 

Z niemieckiego pamiętam jedynie podstawowe zwroty, dlatego przy opisie wspomagałam się translatorem wujka gugla i ubrałam to w całość po swojemu :P

Egzotyczna przerwa – może zainspirować was świeżymi i owocowymi nutami zapachowymi, które zabiorą was do raju tego świata.
Odświeżenie & pielęgnacja: Zapraszamy was na szczególną chwilę. Tropikalno-owocowy zapach zainspirowany soczystym brazylijskim mango sprawia, że prysznic jest wyjątkowym doświadczeniem i pozwala daleko zawędrować waszym umysłom. Nawilżająca formuła pielęgnacyjna zachowuje równowagę wilgoci i chroni skórę przed wysuszeniem.
PH przyjazne dla skóry. Przetestowany dermatologicznie.

Opakowanie: Plastikowa, płaska i minimalnie rozszerzona po bokach butelka. Strasznie podoba mi się zakrętka, ponieważ jest wykonana z bardzo mocnego plastiku, przez co mam pewność, że zawartość żelu nie wyleje się samoczynnie. Za każdym razem muszę wspomagać się drugim kciukiem, aby otworzyć zakrętkę, więc potrzeba naprawdę dużej siły, żeby się złamała :P
Balea wzbudza nasze zainteresowanie przede wszystkim kolorowymi i ładnymi etykietami. Nie da się przejść obojętnie obok takiego designu, niezależnie od rodzaju żelu (jak również innych produktów tej firmy). Na limitowanej wersji brazylijskiej widzimy przekrojone mango, grejpfruta i jakieś niezidentyfikowane cuś (czyt. kwiat i liście :P). Podoba mi się też to, że kolor zakrętki jest adekwatny do koloru etykiety, a nawet koloru żelu.

Konsystencja: Średniogęsta.

Kolor: Pomarańczowy.

Zapach: O tak! Zapach prawdziwego (chyba :P), soczystego mango! Przepiękny! Słodki, ale z delikatnie wyczuwalną goryczą grejpfruta. Bardzo umilał mi prysznic po kilku średnio lub beznadziejnie pachnących żelach, jakie niestety mam w swojej „kolekcji”. Był orzeźwiający i idealnie sprawdził się w lecie. Przyznam, że jest to jak na razie pierwszy kosmetyk z Balea, który oczarował mnie swoim zapachem i po którego z wielką chęcią sięgnęłabym ponownie z aromatycznego powodu. Największa szkoda, że zapach przez bardzo krótki czas utrzymywał się na skórze, za to dosyć długo unosił się w łazience :P

Działanie: Nie zauważyłam tutaj żadnych nadzwyczajnych właściwości. Dobrze się pienił, nie podrażniał skóry i nie wysuszał jej, czyli robił to, co większość żeli, które miałam okazję używać. 

Wydajność: Standardowa. Wystarczył mi na jakiś miesiąc.

Skład: 

Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €

Która wersja żelu z letniej edycji limitowanej najbardziej przypadła Wam do gustu?

EDIT:
"Jakieś niezidentyfikowane cuś" okazało się być strelicją królewską (ang. Bird of Paradise) ;)