Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masło do ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą masło do ciała. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 kwietnia 2015

Słodko-mdląca cytryna za 75 zł

Gdyby nie jeden ze znanych tanecznych programów, nie wiedziałabym jak wygląda ex-żona jednego ze znanych dziennikarzy telewizyjnych. Gdyby nie blogi, nie wiedziałabym, że owa pani stworzyła własną markę kosmetyczną. O tym, że kosmetyki wypuszczone pod szyldem Kingi Rusin, są podobno w 100% naturalne, charakteryzują się specyficznym zapachem i kosmiczną ceną naczytałam się już wielokrotnie. Jednak dopiero dzięki zeszłorocznej wygranej w konkursie u Strawberry mogłam przekonać się o tym na własnej skórze, testując otulające masło do ciała Pat&Rub. 
Od producenta: Masło do ciała ma konsystencję tortowego kremu. Bogactwo i wysokie stężenie maseł i olejków roślinnych sprawiają, że nawet bardzo sucha skóra, staje się znakomicie nawilżona i uelastyczniona. Efekt zauważalny jest po pierwszym użyciu. Słodki ekoaromat rozleniwia. Do używania od stóp do dekoltu.

Opakowanie: Produkt znajduje się w okrągłym pudełeczku z odkręcanym wieczkiem. Opakowanie zostało wykonane z lekkiego i matowego plastiku. Zawartość została dodatkowo zabezpieczona sreberkiem. 
Etykieta w kolorze karmelowym nawiązuje do jednego z (rzekomych) zapachów masła. Zamieszczone zostały na niej informacje od producenta oraz skład, zarówno w tradycyjnej formie (po łacinie), jak i rozszerzonej (opis działania poszczególnych składników). Na opakowaniu, które posiadam, widnieje również znaczek informujący o tym, że produkt został wypuszczony na 5. urodziny firmy jako edycja limitowana, jednak po jakimś czasie wszedł do oferty na stałe.

Konsystencja: „Tortowego kremu”.
Kolor: Waniliowy.

Zapach: Według producenta mieszanka karmelu, cytryny i wanilii.

Skład:
Moja opinia: Zacznijmy od pozytywów. Bardzo podoba mi się opakowanie tego masła. Niby nic specjalnego, zwykłe i tradycyjne pudełeczko, ale jednak przypadło mi do gustu dzięki temu, że jest lekkie (pomimo dużej pojemności) i matowe, dzięki czemu nie wyślizguje nam się z dłoni. To pudełeczko przypomina mi opakowania maseł do ciała z Bielendy, a konkretniej tę przezroczystą część. Sreberko zabezpieczające przed wścibskimi łapskami oczywiście zawsze jest na tzw. propsie;)
Drugim pozytywnym aspektem jest zdecydowanie konsystencja. Producent twierdzi, że posiada ona formę tortowego kremu i w sumie mogę się z tym zgodzić. Konsystencja jest co prawda maślana, ale przy tym bardzo delikatna, coś właśnie w stylu masy tortowej;) Dzięki tej delikatności aplikacja masła jest bezproblemowa, gładko sunie ono po skórze. Trzeba tylko uważać, aby nie przesadzić z ilością nakładanego produktu, bo wtedy trochę dłużej trwa rozsmarowywanie go na ciele. Masło dość szybko się wchłania, co akurat dla mnie jest bardzo komfortowe, bo od razu można założyć piżamy.
Trzecią, a zarazem ostatnią, pozytywną nowiną są właściwości pielęgnacyjne. Masło jest naprawdę skuteczne! Bardzo dobrze nawilża ciało na długie godziny, skóra jest gładziutka i gdyby umiała mówić, to pewnie powiedziałaby, że jest zadowolona :P W dodatku nic mnie po aplikacji masła nie uczula, nie wyskakują mi żadne czerwone plamy (jak to czasem bywa), więc skład chyba rzeczywiście jest wysoce naturalny.
A teraz czas na hejty :P Chociaż konsystencja jest ogólnie na plus, to masło zostawia po sobie wyczuwalny film na skórze. Nie jest on na szczęście tłusty czy lepki, ale jednak cały czas czuję, że mam coś na ciele:/ Za pewne jest to kwestia składu.
Kolejny minus to cena. Nie chcę nikogo urazić, ale chyba trzeba upaść na głowę, żeby regularnie kupować to masło (i inne produkty tej firmy…). Ja wiem, że często są promocje, ale dla mnie wydawanie kilkudziesięciu złotych na jeden kosmetyk pielęgnacyjny, który wcale nie jest genialny czy zjawiskowy, jest grubą przesadą.
No i najgorszy dla mnie aspekt w tym maśle (a wydawałaby się, że ceny z kosmosu to już nic nie przebije :P) to jego zapach:/ Specjalnie czekałam na okres jesienno-zimowy, aby otworzyć to masło (tyle miesięcy żyłam w niewiedzy :P) i aby „otulić” się jego zapachem, a tu takie rozczarowanie! Gdzie ten karmel droga Kingo, no gdzie?:[ Już na pierwszy rzut oka moja wyobraźnia nie potrafiła ogarnąć takiej mieszanki zapachowej. Jak się potem okazało, nawet mój nos nie jest w stanie jej ogarnąć. Wąchając zawartość opakowania wyczuwalna jest głównie cytryna. Po aplikacji na skórę zapach cytryny zostaje przełamany jakąś słodką nutą, może nawet jest to ta rzekoma wanilia, ale jest to tak mdlący zapach, że z miejsca robi mi się niedobrze:/ Zapach jest na tyle intensywny i długotrwały, że przechodzi nawet na piżamy:/ Wiem, że niektórym osobom to nie przeszkadza i lubią zapach tego masła (btw, ani jednego negatywnego komentarza na oficjalnej stronie sklepu :]), ale ja nie mogę go zdzierżyć:( I płakać mi się chce na widok tego, ile mi go jeszcze zostało :P Najchętniej odstawiłabym je z powrotem do zapasów, ale nie mogę, bo data ważności zbliża się ku końcowi…

Dostępność: Sklep on-line Pat&Rub, Sephora
Pojemność: 250 ml
Cena: 75 zł

Miałyście do czynienia z produktami firmy Pat&Rub? Co myślicie o ich zapachach i cenach?


niedziela, 9 marca 2014

Jak skutecznie zniechęcić się do pielęgnacji ciała na kilka miesięcy?

Nigdy nie lubiłam po kąpieli smarować całego swojego ciała mazidłami. Nadal tego nie lubię i myślę, że to się już nie zmieni, ale od kiedy prowadzę swojego bloga, staram się dbać o pielęgnację skóry. Jeszcze kilka miesięcy temu czyniłam to regularnie dzięki ładnie pachnącym umilaczom w postaci kremów, balsamów czy maseł. Ta regularność spadła na psy (nie obrażając tych cudnych stworzeń) odkąd zaopatrzyłam się w granatowe masło do ciała z Bielendy do skóry normalnej.


Od producenta: 
Opakowanie: Masło znajduje się w poręcznym, wysokim pudełeczku wykonanym z matowego plastiku. Bardzo mi to odpowiada, bo mając na dłoniach jeszcze niewchłonięte masło, bez problemu możemy zakręcić wieczko. Co ciekawe, opakowanie składa się z dwóch plastikowych pojemniczków: w przezroczystym znajduje się masło, a różowe osłania to pierwsze. Po co? Nie wiem, nie pytajcie :P Zdecydowanym plusem jest obecność sreberka zabezpieczającego wścibskie paluchy klientów.
Pudełeczko dodatkowo zostało opakowane tekturką z wszystkimi możliwymi informacjami od producenta.

Konsystencja: Typowa dla masła do ciała.
Kolor: Bladoróżowy.

Zapach: Trudny do zidentyfikowania, ale do soczystego i słodkiego granatu to on na pewno nie należy. Długo utrzymuje się na ciele i ubraniach.

Wydajność: Normalna - myślę, że masło spokojnie starczyłoby na miesiąc.

Skład: 
Moja opinia: Pomimo, iż jestem posiadaczką skóry suchej, nie jestem zawiedziona działaniem tego masła. Daje dobre nawilżenie do kilku godzin, po jego użyciu skóra jest gładziutka. Konsystencja jest typowo maślana, łatwo się ją rozprowadza, ale jeśli ktoś ma długie paznokcie, to może trafić go szlag, bo masło zbiera się pod nimi. Produkt dosyć szybko się wchłania, ale pozostawia na skórze film. Nie uczula pomimo zawartości parafiny. 
Producent popłynął jednak z dwiema kwestiami przy opisie produktu. Po pierwsze, masło na pewno nie koi ani nie łagodzi podrażnień naskórka. Nie jest to produkt leczniczy, więc nie wiem skąd wziął się taki pomysł. A po drugie, zapach nie jest ani piękny, ani w żadnym stopniu nie przypomina tropików. Może nie jest on naszprycowany chemią, ale nie jest to zapach granatu! Zapach jest nieprzyjemny, i pomimo tego, iż nie jest słodki, to jest strasznie mdły. Jak dla mnie, masło po prostu śmierdzi:/ Najgorsze jest to, że zapach długo utrzymuje się na skórze oraz na ubraniach – po użyciu masła i po założeniu czystej, świeżej piżamy (oczywiście po wchłonięciu masła) przesiąka ona tym smrodkiem i sami pachniemy tak, jakbyśmy byli spoceni i nosili jedną piżamę przez miesiąc:/ Na początku smarowałam się tym masłem codziennie, ale z dnia na dzień zapach stał się na tyle irytujące, że dopiero po kilku miesiącach zdecydowałam się "zmęczyć" ten produkt do samego dna. 

Dostępność: Hebe
Pojemność: 200 ml
Cena: 9,99 zł (w promocji)


Używałyście maseł do ciała z Bielendy? Podobały Wam się zapachy innych wersji?

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Ciało skąpane w mango

Do wielu kosmetyków nie mam na co dzień dostępu tylko z tego względu, że nie posiadam mobilnej możliwości znalezienia się w miastach, w których można je nabyć. Do jednych z takich produktów należą te z firmy The Body Shop. Mogłabym zamówić sobie któryś z nich przez internet, ale nie lubię kupować kota w worku. Bo ja muszę sobie wszystko obczaić, pomacać i poniuchać :D Jedyne, co mogłam wyczytać na temat TBS, to to, że warto zaopatrzyć się w ich masła do ciała, które, nie oszukujmy się, nie należą do najtańszych. Dzięki kwietniowemu rozdaniu (pisałam o nim tutaj) u Lili Naturalnej mogłam się przekonać czy faktycznie warto maziać się masłem do ciała Mango The Body Shop;)


Opakowanie: Masło znajduje się w małym, okrągłym pudełeczku wykonanym z plastiku.
Nie lubię mazideł w odkręcanych opakowaniach, stąd w tej kwestii wygrywają u mnie balsamy. Dobrze, że to swobodnie się odkręca i, pomimo posiadania tłustych łapek, bezproblemowo się też zakręca.
Strasznie podobają mi się ogromne owoce na etykietach, więc i wielkie mango przemówiło do mnie od razu :D Mam okazję przetestować miniaturowe masło, ale istnieją jeszcze standardowe (200 ml) opakowania – tam dopiero mango musi być olbrzymie :D Plusem jest również konkretna etykieta zamieszczona na spodzie pudełeczka. Choć wygląda na jedno-, jest trójwarstwowa.
Tak naprawdę nie interesuje mnie zbytnio to, co jest napisane na etykietach, ale po prostu nie lubię, jak jest mnóstwo informacji, a co gorsza, jak ciągle się odkleja, a przy okazji przykleja do moich rąk.
W moim pudełeczku zawartość nie była zabezpieczone sreberkiem, nie wiem, jak sytuacja wygląda w tych większych. Nieciekawy miałam widok, jak otworzyłam pudełeczko i ujrzałam jedynie połowę zapełnionego miejsca.
Oczywiście zdjęcie zostało zrobione po kilkukrotnym użyciu masła;) Widać jednak, że prawie 1/2 opakowania nie była w ogóle zapełniona:/
Wiem, że kosmetyki nigdy nie są wypełnione po brzegi, ale dziwnie to wyglądało, choć sądzę, że był to „jedynie” skutek dostarczenia przesyłki.

Konsystencja: Z wyglądu przypomina serek homogenizowany, ale w dotyku jest jak roztopione masełko.
Kolor: Jasny, brzoskwiniowy. A może mangowy? :P

Zapach: Przyznam się, że po pierwszym niuchnięciu zawartości byłam zawiedziona zapachem i nie miałam ochoty aplikować jej na skórę. Spodziewałam się mocnego, słodkiego zapachu mango, a czuć było jedynie delikatną nutę tego owocu. Dopiero później oprzytomniałam, że naturalne produkty nie mogą tak po prostu „walić” chemią na kilometr. Po kilku aplikacjach całkowicie zmieniłam swój stosunek do tego masełka i wielbię jego aromat! No co? Kobieta zmienną jest! :D Może i zapach w pudełku nie jest nachalny, ale po posmarowaniu skóry czuję się jakbym była „skąpana” w mango. Nie wiem natomiast czy zapach roznosi się wszędzie (nikt mnie jeszcze nie zapytał: „wow, co tak pachnie?” :P), ale na skórze jest nawet intensywny, a co najważniejsze - utrzymuje się do kilku godzin!:) Dodatkowo jest wyczuwalny na piżamach, ale nie tak mocno, żeby nie dało się zasnąć :P

Działanie: Masło bardzo łatwo rozsmarowuje się na ciele, szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu. Bardzo dobrze nawilża skórę, więc wystarczy jednorazowa aplikacja w ciągu dnia. W żaden sposób nie podrażniło mnie. Jeżeli jakieś mazidło posiada powyższe właściwości, a do tego fenomenalnie pachnie, nie wywołując mdłości ani duszności, to ja nie mam więcej pytań! Stwierdzam, że jest to chyba najlepsze masełko, jakie do tej pory miałam okazję używać i zdecydowanie warto je wypróbować! Bo z zakupieniem, to już inna kwestia…

Wydajność: Nie używam go regularnie, ale myślę, że takie małe opakowanie powinno starczyć na kilka-kilkanaście aplikacji całego ciała.

Skład:

Pojemność: 50 ml
Dostępność: The Body Shop
Cena: ? (Nie znam dokładnych cen, ale wiem, że pełnowymiarowe opakowanie kosztuje kilkadziesiąt złotych :O Muszę przyznać za to wielki minus, bo przeciętnego zjadacza chleba nie stać na tak dobre jakościowo mazidło:( Oczywiście z masłem do chleba sprawa jest o wiele prostsza :P)


Co sądzicie o masłach TBS? Czy, Waszym zdaniem, cena jest adekwatna? 

czwartek, 2 maja 2013

Kwietniowy Garbage 2013

Koniec starego i początek nowego miesiąca to zdecydowanie najbardziej ulubiony i wyczekiwany przeze mnie okres w blogosferze. Z każdej strony jestem zasypywana śmietnikowymi recenzjami, przez co nie nadążam z ich przeglądaniem i komentowaniem. Jak można podniecać się zawartością śmietnika? :O Ano można! Jestem tego najlepszym przykładem :D 
Mój kwietniowy Garbage prezentował się następująco:


Prysznico-wanna:
1. Żel pod prysznic Isana kwiat maku: Przyjemny świeży zapaszek, idealny na wiosnę. Szkoda, że tak słabo wydajny. Jestem na TAK, chociaż pewnie więcej go nie kupię - pochodził z edycji limitowanej, a poza tym mam mnóstwo innych żeli do zużycia. Recenzja tutaj.
2. Żel pod prysznic BeBeauty Spa Bali ekstrakt z owoców egzotycznych: Żel, który pachniał "egzotyczną" gruszką. A przede wszystkim, do cholery, był peelingiem (choć bardzo słabym), którego nienawidzę! Jestem na zdecydowane NIE. Recenzja tutaj. 
3. Musująca kula do kąpieli Body Club limonka & kawa: Fajny bajer do wanny. Bardzo chemiczny zapach limonki, bo o kawie nic mi nie było wiadomo... MOŻE wypróbuję inne wersje zapachowe. Recenzja tutaj.

Twarzo-głowa:
4. Krem Eveline Extra Soft Allergique: Stosowałam go jedynie do twarzy. Nie sądziłam, że będzie aż tak mega wydajny! Starczył mi dokładnie na 6 miesięcy! Można go zużyć do samego końca, dzięki funkcjonalnemu opakowaniu. Niestety, chwilowe uczucie ściągniętej skóry towarzyszyło mi przez cały okres jego aplikowania, dlatego raczej NIE kupię go ponownie. Recenzja tutaj, pochodząca jeszcze z początku prowadzenia bloga, której do tej pory nikt nie chciał skomentować :P
5. Nawilżająca odżywka do włosów Alterra (granat & aloes): Wielkie rozczarowanie. Obciążała włosy i odpychała zapachem. Niestety jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Higiena rączek i paszek:
6. Zimowe mydło do rąk Isana czar kominka: Przepięknie i intensywnie pachnące przyprawami korzennymi mydło. Zapach, choć krótkotrwały, to idealny na zimę. Szkoda, że nie miało kremowej konsystencji, bo słabo się pieniło. Jak widać na załączonym obrazku, posłuchałam rady i zaznaczałam sobie poziom zużycia, dzięki czemu korzystałam z niego tylko ja, a nie moje współlokatorki:] Jestem na TAK. Na pewno kupię ponownie, o ile uda się je dorwać za rok - niestety edycja limitowana:( Recenzja tutaj.
7. Antyperspirant NIVEA Invisible Clear: Nie brudził ubrań, delikatnie pachniał. Spełniał swoje zadanie. Jestem na TAK.

Miniaturki:
8. Preparat do demakijażu twarzy i oczu 3 w 1 Vichy: Natychmiastowo zmywał jedynie eyeliner, z tuszem trzeba było pomęczyć się dłużej, choć i tak nie robił tego dokładnie. Ciężko było wydobyć resztki z plastikowego opakowania - skutek: przecięty kciuk. Jestem na NIE.
9. Płyn micelarny do demakijażu oczu i wrażliwej skóry twarzy Vichy: Była to moja pierwsza przygoda z micelem i przyznam się, że bardzo przyjemna. Dobrze usuwał resztki makijażu oczu (demakijażu dokonuję za pomocą mleczka), choć stosowałam go głównie do twarzy. Bardzo fajnie ją oczyszczał i odświeżał. Przyjemnie pachniał mentolem. Jestem na TAK. Bardzo chętnie spróbowałabym pełnowymiarowej wersji, choć domyślam się, że jest droga.
10. Perfumy Christina Aguilera (nie wiem niestety jaka wersja): Zapach kobiecy, niezbyt intensywny. Niczym szczególnym nie wyróżniał się, nie przypadł mi do gustu. Szkoda, że nie było aplikatora, bo otwór był jednak duży. Jestem na NIE.

Próbki:
Słowem wstępu. Niektóre blogerki uważają, że nie powinno się recenzować próbek. Owszem, pisanie o efektach czy wydajności byłoby skazane na pośmiewisko, ale moim zdaniem nawet po jednorazowym użyciu można wyrobić sobie pewne zdanie na podstawie danej cechy produktu, która od razu zachęci lub zniechęci nas do zakupu pełnowymiarowego kosmetyku.

11. Krem nawilżający z mocznikiem Emoleum do skóry suchej, bardzo suchej i atopowej: Czułam lekkie ściągnięcie skóry twarzy, więc nie dam mu pełnowymiarowej szansy. Jestem na NIE.
12. Masło do ciała Tutti Frutti karmel & cynamon: Przyjemna konsystencja, znacznie lepsza od orangutana. Niestety spotkałam się z tym, czego się obawiałam i co w ostateczności powstrzymywało mnie od dotychczasowego zakupu - pachniał zbyt intensywnie, za słodko:( MOŻE skuszę się na niego w zimie.
13. Szampon łopianowy włosy tłuste z tendencją do łupieżu Herbal Care Farmona: Śmierdział zielskiem, więc zdecydowanie nie dla mnie. Nie starczył na umycie całej głowy (7 ml), więc musiałam wspomóc się innym szamponem. Miał gęstą konsystencję. Jestem na NIE.
14. Balsam odżywczy do ciała oliwkowy Herbal Care Farmona: Pomimo mojej niechęci do oliwki, była to całkiem przyjemna aplikacja. Dobrze się rozsmarowywał i nawilżył kawałek skóry, który nim posmarowałam. Raczej NIE kupię, bo wolę inne zapachy. 
15. Balsam mineralny nawilżająco-regenerujący Aqualia Thermal Vichy: Bardzo fajny balsam, który zużyłam do posmarowania twarzy. Miał tłustą konsystencję, aczkolwiek bardzo łatwo można było ją rozprowadzić. Spowodował niesamowity efekt - czułam, że moja skóra była bardzo aksamitna i gładka. Troszkę przeszkadzał mi zapach, choć producent zapewnia, że balsam nie zawierał środków zapachowych. Jestem na TAK, choć pewnie nie będzie mi dane skorzystać z pełnowymiarowej wersji ze względu na cenę.

Kolorówka:
16. Konturówka do oczu Avon Blackest Black: Zakupiłam ją w celu podkreślania linii wodnej oka, ale nie nadawała się do tego zupełnie. Dzięki temu zaczęłam rysować kreski na powiekach, które niestety wychodziły zbyt grube, gdyż konturówki nie dało się temperować - była wykręcana. Kreski nie były zbyt trwałe i odbijały się niekiedy na górnych powiekach. Dlaczego mimo wszystko jestem na TAK? Bo była wygodna w użyciu - nie lubię temperować kredek. Recenzja tutaj. 
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak to działa :D Jeśli jesteście zainteresowane jak wygląda konturówka od środka, to spójrzcie poniżej :D
Byłam pewna, że zużyłam ją do końca, a jednak ostał się kawałeczek. Dało się nim jeszcze narysować kreski, a przy okazji wsadziłam go sobie do oka:] 
17. Żelowa kredka do oczu Avon Super Shock Black: Bardzo ją lubię, pomimo że niekiedy doprowadza mnie do szału. Bardzo dobrze podkreśla linię wodną, na powieki również się nadaje. Kreski są długotrwałe, aczkolwiek rozmazują się:( Temperowanie tej kredki to istna katorga! Rysik jest bardzo miękki (w końcu to "żelowa" kredka), przez co bardzo szybko ulega zmaltretowaniu w kontakcie z temperówką:(  Ogólnie jestem na TAK.

Używałyście powyższych produktów? Jakie macie o nich zdanie? Chętnie poczytam:)

niedziela, 3 lutego 2013

Styczniowy Garbage 2013

Zauważyłam, że w blogowej sferze najbardziej lubię oglądać posty denkowe. To śmieszne, że tak bardzo cieszy mnie widok plastikowych opakowań :P Może jest tak dlatego, że mam pewność, iż dana blogerka w pełni (czasem nie) zużyła dany produkt i jej recenzja może być bardziej rzetelna, dzięki czemu zachęci/zniechęci mnie do jego zakupu.
Moje pierwsze zużycia w tym roku wprawiły mnie w osłupienie. Po raz pierwszy (od momentu założenia bloga) udało mi się wykończyć aż tyle kosmetyków! Jestem z siebie dumna :D Przynajmniej zmniejszyło to moje wyrzuty sumienia po styczniowych zakupach, które pojawiają się w następnym poście :P


Poniżej znajdziecie moje krótkie opinie na temat zawartości styczniowego garbagu:

1. Mydło w płynie Luksja (róża & mleko):


Jest to pierwsze mydło z Luksji, jakie miałam okazję wypróbować. Posiadało przyjemną kremową konsystencję. Pieniło się, zapach przeciętny. Niestety nie zauważyłam, że zawartość uzupełniacza wynosiła jedynie 400 ml. Standardowo, skończyło się błyskawicznie, więc słaba wydajność. Nie kupię ponownie.

Dostępność: Rossmann, Real, Astor
Cena: 3,69 zł (w promocji)
2. Mleczko do demakijażu BeBeauty (skóra normalna i mieszana):


Z sentymentem patrzę na to opakowanie, które nie będzie już dostępne, bo jak za pewne wiecie, w Stonce możemy spotkać już tylko nowe wersje. Mleczko odpowiada moim potrzebom, choć mogłoby być doskonalsze. W każdym razie  kupię je ponownie! Nie zmieniam firmy, bo chcę uniknąć podrażnień oczu. Recenzja tutaj. 
3. Patyczki do uszu:


Nie piszę "bagietki", bo znowu kogoś rozśmieszę :P Szkoda, że już się skończyły. Mimo, iż zakupione w supermarkecie, były dla mnie idealne! Miałam je od września. Oprócz czyszczenia uszu służyły mi do korekcji makijażu. Miały cieniutkie zakończenie. Dodatkowym walorem było opakowanie, które po przyciśnięciu, otwierało się w połowie, dzięki czemu nie trzeba było podnosić całej "klapy" i unikało się wysypywania patyczków. Pudełeczko sobie zachowałam i przesypałam do niego patyczki z innej firmy. Na pewno kupię ponownie!
Dostępność: Real
Pojemność: 200 sztuk
Cena: ok. 2 zł

4. Odżywka do włosów Timotei with Jericho Rose (Lśniący blask):


Poza ładnym zapachem nie zachwyciła mnie. Denerwowała mnie zakrętka (jak w całej serii) i bardzo słaba wydajność. Na pewno nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)
5. Perfumy Adidas Fruity Rhythm:


Zapach przeciętny. Ulatniał się po kilkunastu minutach! Wielkie rozczarowanie - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
6. Antyperspirant Dove Go Fresh (grapefruit & lemongrass):


Mleczny kolor i zapach spoconej trawy cytrynowej skutecznie zniechęcił mnie do tego produktu - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
7. Zimowy krem do rąk Cztery Pory Roku (bawełna norweska & imbir):


Jak na małą tubkę, był wydajny. Do samego końca irytował mnie zapach tabletek Strepsils:] Nawet szybko się wchłaniał. Nie rozgrzewał. Recenzja tutaj. Zmieniłam zdanie co do skuteczności - nie radził sobie jednak z bardzo suchą skórą, nawilżał na krótką chwilę, stąd na pewno nie kupię ponownie! 
8. Żel pod prysznic Original Source (Orange & Liquorice):


Totalne zaskoczenie co do zapachu, który okazał się karmelowy :P Wszystko genialne oprócz marnej wydajności! Kupię ponownie, ale myślę, że dopiero za rok, by umilić sobie zimowe kąpiele;) Recenzja tutaj.
9. Masło do ciała Tutti Frutti (Liczi & Rambutan):


Przeżyłabym wszystkie jego mankamenty, ale czarne kropko-kreski były ponad moją cierpliwość! Wykończyłam je całe i nie zamierzam się z nim więcej użerać - nie kupię na pewno! Plusem było dobre nawilżenie i nawet wydajność, o której zmieniłam zdanie. Recenzja tutaj.
10. Szampon do włosów Elisse (włosy suche i zniszczone):


Totalne zaskoczenie! Bardzo tani i mega wydajny szampon! Przyjemny zapach. Polepszył stan moich włosów - przestały rozdwajać mi się końcówki!:) Na pewno kupię ponownie! Recenzja tutaj.
11. Błyszczyk AVON:


Ciężko wypowiadać mi się na jego temat, gdyż dostałam go od koleżanki tydzień temu. Spontaniczny "prezent", długo by tłumaczyć :P Stan dosłownie terminalny, bo użyłam go może parę razy - końcówka nie sięgała dna. Miał powiększać usta, czego oczywiście nie robił, za to nieprzyjemnie szczypał. Co gorsza - śmierdział jakby śliwką (nie wiem jaki pierwotnie miał zapach :P). Jedynym plusem był przyjemny pędzelek, co mnie zaskoczyło, bo dotychczas spotykałam się jedynie z aplikatorami w formie gąbek. Może wypróbowałabym inne wersje zapachowe.
12. Fluid VICHY Aerateint Pure (nr 23):


Zupełnie zapomniałam, że posiadam pełnowymiarową wersję! Przywiozłam ją sobie z domu, a tu zonk, bo okazało się, że resztki, które zostały na dnie, zaschły :P I na marne było wiezienie opakowania tyle kilometrów :P Krótka recenzja, co prawda próbki, znajduje się tutaj. Przyjęłabym go ponownie, jednak sama bym go nie zakupiła.
13. Żel pod prysznic Original Source (Lemon & Tea Tree):

Glut o zapachu cytrynowej galaretki. Skończył się w mgnieniu oka. Nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Cena: 6,99 zł (w promocji)
14. Atomizer Puma Jamaica (żółta):


Mój ukochany zapach! Nie wiem, które to już puste opakowanie. Niestety, pozostaje mi jedynie forma atomizera, bo bardzo ciężko zdobyć w Polsce perfumy 40 ml! Na pewno kupię ponownie, ale czekam na jakąś promocję :D
I to by było na tyle. Jak widzicie, wiele z w/w kosmetyków mnie rozczarowało, dlatego nie kupię ich ponownie. Jeszcze raz podkreślę, że jestem bardzo zadowolona z ilości zużyć. Chciałabym, żeby w kolejnych miesiącach było podobnie, choć podejrzewam, że ciężko będzie utrzymać ten poziom :P

sobota, 12 stycznia 2013

Tropikalny orangutan

Kolejny post miał być zupełnie o czymś innym, ale skoro tak prawie jednogłośnie byłyście ciekawe recenzji masła, to proszę;) Jednak już na wstępie ostudzę Wasz zapał - nie spodziewajcie się cudów :P

Już od dawna rozmyślałam nad zakupem masła do ciała. Chodziło za mną, chodziło, aż przyszło wraz z rossmannowymi promocjami. Spośród objętych promocją Perfecty i Farmony zdecydowałam się na te drugie. Miałam do wyboru trzy wersje masła: Mango & Brzoskwinia, Karmel & Cynamon oraz Liczi & Rambutan. Z racji tego, że zauważyłam coś różowego, od razu sięgnęłam po pomarańczowe. Po chwili zastanowienia odłożyłam je jednak z powrotem, gdyż skojarzyło mi się z jedynym masłem, jakim miałam do tej pory do czynienia - mango od Eveline. Stąd, chciałam spróbować innego zapachu. Takim sposobem w moim koszyku wylądował karmel. Znam peeling do ciała w tej wersji, więc wiedziałam, że zapachem to ja na pewno się nie rozczaruję. Ale tak łaziłam po tym Rossie, łaziłam, aż zobaczyłam, że mimo promocji, ta wersja masła jest akurat najdroższa, a obniżona cena niewiele różniła się od standardowej. Pomyślałam jednak, że jak będę miała na nie ochotę, to i tak je sobie kupię. Opcje powoli się kończyły, więc zaczęłam baczniej przyglądać się różowemu pudełeczku. Strasznie spodobał mi się tropikalny design na naklejce zamieszczonej na nakrętce, a że w głowie akurat uaktywniło mi się "Jesteś jak Katrina tropikalna", więc ostatecznie kupiłam masło Tutti Frutti o wdzięcznej nazwie "Liczi & Rambutan", cokolwiek miało to znaczyć :P 


Opakowanie: kusi wizualnie od samego początku. Masło zamknięte jest w małym, okrągłym, plastikowym pudełeczku. Jest ono przezroczyste, więc od razu widzimy kolor zawartości. Zakrętkę bardzo łatwo się odkręca. Z wykorzystaniem całej zawartości też nie będziemy mieli problemu, gdyż dno jest płaskie. Na etykiecie możemy przeczytać "Tropikalne szaleństwo, które wyzwala zmysły" i to ostatecznie zdecydowało o jego zakupie;)

Wspomniany tropikalny design
Kolor: na moje nieszczęście różowy.

Zapach: tego obawiałam się najbardziej. Ciekawość niestety zwyciężyła. Odkręciłam zakrętkę, ale moim oczom ukazała się przeszkoda uniemożliwiająca mi poniuchanie:


Sreberko. No tak, można było się tego spodziewać, jednak mój nos był zawiedziony :P No i niestety nie zmienił nastawienia, gdy dotarłam już do domu, wykąpałam się i postanowiłam po raz pierwszy odwinąć "przeszkodę"... Gdy tylko powąchałam masło, odrzuciło mnie do tyłu na pół metra i powiedziałam sobie "ooo nie, my to się nie zaprzyjaźnimy!" :| Owszem, zapach jest bardzo ładny, faktycznie egzotyczny, ale jego intensywność niemalże zwaliła mnie z nóg. Wiedziałam, że to może świadczyć jedynie o naszprycowaniu masła samą chemią :/ Już wtedy pożałowałam, że wyciągnęłam z koszyka karmel :( Zapach jest na tyle intensywny, że czuć go w całej łazience. Co ważne - przez kilka godzin utrzymuje się na skórze! Na ubraniach, niestety, nawet i kilkanaście, dlatego jeśli mogę Wam coś doradzić, to nie używajcie tego masła rano, gdy za chwilę zakładacie na siebie czyste ubranie, bo przesiąknie całkowicie! Już lepiej, żeby pachniały "tylko" piżamy...
Ciężko jest określić, jaki jest to zapach. Jedynie mogę zawierzyć etykiecie, że tak właśnie pachnie liczi i rambutan, powtarzam, cokolwiek miałoby to być :P Ale moja wiedza od tamtej pory troszkę się poszerzyła, gdy ku mojemu zaskoczeniu w kuchni zobaczyłam u współlokatorki takie dziwolągi:


Tak, moje Drogie, liczi jednak istnieje :P Nie wiem jak to się je, jak smakuje i jak pachnie (nie dało się wyczuć przez skorupę), ale przynajmniej wiem jak wygląda :P Orangutan Rambutan nadal pozostaje dla mnie nieodkrytą tajemnicą (bynajmniej "na żywo") :P
Jednak z perspektywy czasu (a używam tego masła codziennie po wieczornej kąpieli od dokładnie miesiąca, odliczając tydzień przerwy świątecznej, gdy nie zabierałam go ze sobą) mogę Wam powiedzieć, że zapach przestał mi nawet przeszkadzać, mój nos chyba się już do niego przyzwyczaił, a piżamy co tydzień wędrują na ploty do pralki;)

Konsystencja: tu był kolejny zonk. Negatywny. I w tym przypadku, mimo upływu czasu, nie zmienię zdania! Cały czas byłam święcie przekonana, że wszystkie masła mają taką samą konsystencję, jak wspomniane masło z Eveline albo chociaż podobną. Tamto mango było akurat rzadkie i przyjemne przy aplikacji. Po zdjęciu sreberka moim oczom ukazało się:


No masło. Bo co niby innego miało się ukazać? Paradoksalnie, konsystencji prawdziwie przypominającej kuchenne masło zupełnie się nie spodziewałam! Zabrzmiało, jakbym nie wiadomo, ile tych maseł zużyła, a do swojego jednorazowego doświadczenia może lepiej nie przyznawać się za głośno :P Cóż, masło, jak to masło, jest zbite, gęste i ciężkie w rozprowadzaniu, a tego nie cierpię :/ 
Myślałam, ze najgorsze jest to, że mając długie paznokcie, cała zawartość skrupulatnie się pod nie dostaje. Potem za każdym razem muszę czyścić je szczoteczką, bo sama woda zawartości nie zmyje. 
Następnie, myślałam, że gorzej być już nie może, gdy okazało się, że masło pozostawia po sobie różowy film :/ Najlepiej widać to na płatkach kosmetycznych... dlatego radzę Wam, żebyście po użyciu masła od razu umyły ręce, bo inaczej wszystko będziecie miały wytłuszczone i to na różowo... 
Najgorsze było jednak wciąż dopiero przede mną... Bo niby masło na skórze wygląda tak:


Ale, jeśli się dobrze przyjrzycie, w zawartości można jednak zobaczyć czarną kropeczkę. W pudełku jest ich całe mnóstwo! A z etykiety możemy się dowiedzieć, że są to "czarne drobinki", które "masują ciało". Bliżej prezentują się tak: 


Choć są to ziarenka, to nie są one, na szczęście, wyczuwalne w dotyku. Kupiłam w końcu masło, a nie peeling! Właściwości masujących jakoś nie zauważyłam i nie przejmowałabym się tymi kropkami, gdyby nie taki fakt: 


Po rozsmarowaniu masła i "kropeczek" na skórze pozostają nam czarne ślady! I tym sposobem zamiast masy dodatkowych piegów mamy na ciele kilkucentymetrowe krechy, przypominające (dosłownie) sadzę. Co prawda, na powyższym zdjęciu są to małe śladziki, bo jak na złość przy swatchu nie chciały się bardziej rozmazać :P Rzeczywistość normalnego używania jest jednak bardziej brutalna...

Działanie: Przynajmniej tu się nie zawiodłam. Masło naprawdę nawilża i odżywia skórę. Po miesiącu używania produktu na całym ciele nie zauważyłam, żeby jakaś jego część pozostawała sucha, co jest dla mnie największym plusem. Dodatkowo, skóra stała się wygładzona. Zaletą, jak i zaskoczeniem, jest również to, że pomimo tak chemicznego składu nie wystąpiły u mnie żadne podrażnienia!

Wydajność: za mała. Ale jeżeli smaruje się całe ciało, to nie ma się czemu dziwić, że takie pudełeczko nie wystarczy na długo.

Podsumowując:
+ zgrabne, przezroczyste opakowanie
+ ciekawy design
+ nawilżenie i pielęgnacja skóry
+ szybkie wchłanianie
- intensywność zapachu, który utrzymuje się też na ubraniach
- kolor (jak dla mnie :P)
- zbita, gęsta, "maślana" konsystencja zachodząca pod paznokcie
- pozostawianie tłustego, różowego filmu
- rozmazujące się drobinki
- cena (nawet obniżona)

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 250 ml
Cena: 9,99 zł (w promocji)