Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perfumy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perfumy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 czerwca 2013

Have fun!

Jakiś czas temu chciałam odpocząć od swoich ulubionych perfum i poszukać czegoś zupełnie innego. Będąc w jednym z hipermarketów, z ciekawości wąchałam zawartości flakoników, które swoim designem przykuły moje oczęta. A że był to okres oszczędzania na czym tylko się dało (ech... to były czasy :P), zainteresowałam się tańszymi zapachami. Gdy ujrzałam kartonik perfum Have Fun La Rive, czym prędzej wyciągnęłam z niego buteleczkę. Chciałam, żeby zapach mi się spodobał. Chciałam zabrać je ze sobą do domu. Chciałam nadal mieć dobre zdanie o produktach La Rive. W napięciu oczekiwałam na werdykt mojego nosa i... victoria! Wróciliśmy do domu we dwójkę.


Od producenta: Zapach dla młodych i szalonych kobiet, uwielbiających atmosferę nocnych klubów. Przywraca wspomnienia z letnich wieczorów. Cóż... młoda jestem (jeszcze), szalona (zdarza się), do nocnych klubów nie uczęszczam, a lata nie mogę się doczekać;) 

Opakowanie: 
Pudełko: Bardzo podobają mi się opakowania perfum La Rive. I choć nie lubię makulatury w przypadku kosmetyków, tak tutaj z żalem rozstaję się z tekturowymi pudełkami. Zapachowi Have Fun towarzyszy długowłosa piękność o kolorach niczym z Parady Równości:] Efekt twarzyczki jest zbliżony do trójwymiarowego. Taki mini hologramik, w którym odbija się nawet cień mojej łepetyny;> Co ciekawe, kartonik jest bardzo praktyczny. Flakonik nie wala się (jak to zazwyczaj bywa) po pudełku dzięki pewnemu trickowi. Takie małe wygięcia, a tak upraszczają żywot! :D 
Flakonik: Właściwie "flakon", bo jest duży, szklany i ciężki (standard w przypadku La Rive), przez co nie zabierałam go ze sobą w podróż (wyjątkiem była wyprawa ze sklepu do domu :P). Kształtem przypomina mi serce. Tym razem flakon jest spłaszczony, dzięki czemu wygodnie trzyma się go w dłoni. Pod koniec użytkowania zacięła się pompka (kolejny standard) :/ Kolorystyka flakonu również jest ciekawa - przechodzi od czerwieni poprzez fiolet do niebieskiego. Frajda jest większa, jak przystawia się go pod światło (najlepiej dzienne, przy oknie) :P 
Zapach: Bardzo przyjemny, kwiatowo-owocowy. Słodki, ale powiedziałabym, że z lekką nutką goryczy, gdyż w Love Dance (poprzednik, którego używałam i o którym możecie poczytać tutaj) wyczuwalna była tylko i wyłącznie słodycz. 

Na Have fun składają się: 
- nuta głowy: truskawka, czarna porzeczka, cytryna, jabłko i malina;
- nuta serca: piwonia, frezja, jaśmin i róża;
- nuta bazy: ambra, drzewo sandałowe i piżmo.

Dwukrotnie spotkałam się w sieci z porównaniami Have Fun do perfum Escada Moon Sparkle. Szczerze mówiąc, nie orientuję się jak pachną te drugie. W ogóle byłam zdziwiona, że damskie zapachy La Rive są podróbkami (nie obrażając polskiego producenta - tu też był szok, że jest to rodzima firma) perfum z wyższych półek. W sumie nie powinno mnie to dziwić, gdyż jedna ze znanych mi męskich wersji jest odpowiednikiem La Coste. Jeżeli coś pachnie podobnie, to po co przepłacać?;) Odpowiedź znajdziecie poniżej.

Trwałość: Wiedziałam, że zapachy La Rive nie należą do najtrwalszych, ale jednak zaczęło mi to przeszkadzać. Perfumy było czuć jedynie w trakcie aplikacji i do około godziny po. Mam świadomość, że za tak niską cenę nie mogę wymagać zbyt wiele, ale do jasnej ciasnej - dlaczego męski La Rive jest intensywniejszy i pachnie przez kilka godzin? Wrrrr :P Psikając się kilkakrotnie w ciągu dnia i nie ciesząc się aromatem zbyt długo postanowiłam, że daję sobie spokój z zapachami tej firmy (pewnie tylko do czasu, bo kusi mnie co najmniej jeszcze jedna wersja :P) i następnym razem zainwestuję w coś porządniejszego!

Wydajność: Starcza na bardzo długo. W końcu to prawie 1/10 litra perfum! :P 


Dostępność: Kaufland, Natura, Real, Rossmann,
Pojemność: 90 ml
Cena: 19,99 zł (w promocji; czasem można kupić jeszcze taniej, zwłaszcza w Kauflandzie)


Używałyście kiedyś zapachów La Rive? Jakie wersje podobały się Wam najbardziej?:)

czwartek, 2 maja 2013

Kwietniowy Garbage 2013

Koniec starego i początek nowego miesiąca to zdecydowanie najbardziej ulubiony i wyczekiwany przeze mnie okres w blogosferze. Z każdej strony jestem zasypywana śmietnikowymi recenzjami, przez co nie nadążam z ich przeglądaniem i komentowaniem. Jak można podniecać się zawartością śmietnika? :O Ano można! Jestem tego najlepszym przykładem :D 
Mój kwietniowy Garbage prezentował się następująco:


Prysznico-wanna:
1. Żel pod prysznic Isana kwiat maku: Przyjemny świeży zapaszek, idealny na wiosnę. Szkoda, że tak słabo wydajny. Jestem na TAK, chociaż pewnie więcej go nie kupię - pochodził z edycji limitowanej, a poza tym mam mnóstwo innych żeli do zużycia. Recenzja tutaj.
2. Żel pod prysznic BeBeauty Spa Bali ekstrakt z owoców egzotycznych: Żel, który pachniał "egzotyczną" gruszką. A przede wszystkim, do cholery, był peelingiem (choć bardzo słabym), którego nienawidzę! Jestem na zdecydowane NIE. Recenzja tutaj
3. Musująca kula do kąpieli Body Club limonka & kawa: Fajny bajer do wanny. Bardzo chemiczny zapach limonki, bo o kawie nic mi nie było wiadomo... MOŻE wypróbuję inne wersje zapachowe. Recenzja tutaj.

Twarzo-głowa:
4. Krem Eveline Extra Soft Allergique: Stosowałam go jedynie do twarzy. Nie sądziłam, że będzie aż tak mega wydajny! Starczył mi dokładnie na 6 miesięcy! Można go zużyć do samego końca, dzięki funkcjonalnemu opakowaniu. Niestety, chwilowe uczucie ściągniętej skóry towarzyszyło mi przez cały okres jego aplikowania, dlatego raczej NIE kupię go ponownie. Recenzja tutaj, pochodząca jeszcze z początku prowadzenia bloga, której do tej pory nikt nie chciał skomentować :P
5. Nawilżająca odżywka do włosów Alterra (granat & aloes): Wielkie rozczarowanie. Obciążała włosy i odpychała zapachem. Niestety jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Higiena rączek i paszek:
6. Zimowe mydło do rąk Isana czar kominka: Przepięknie i intensywnie pachnące przyprawami korzennymi mydło. Zapach, choć krótkotrwały, to idealny na zimę. Szkoda, że nie miało kremowej konsystencji, bo słabo się pieniło. Jak widać na załączonym obrazku, posłuchałam rady i zaznaczałam sobie poziom zużycia, dzięki czemu korzystałam z niego tylko ja, a nie moje współlokatorki:] Jestem na TAK. Na pewno kupię ponownie, o ile uda się je dorwać za rok - niestety edycja limitowana:( Recenzja tutaj.
7. Antyperspirant NIVEA Invisible Clear: Nie brudził ubrań, delikatnie pachniał. Spełniał swoje zadanie. Jestem na TAK.

Miniaturki:
8. Preparat do demakijażu twarzy i oczu 3 w 1 Vichy: Natychmiastowo zmywał jedynie eyeliner, z tuszem trzeba było pomęczyć się dłużej, choć i tak nie robił tego dokładnie. Ciężko było wydobyć resztki z plastikowego opakowania - skutek: przecięty kciuk. Jestem na NIE.
9. Płyn micelarny do demakijażu oczu i wrażliwej skóry twarzy Vichy: Była to moja pierwsza przygoda z micelem i przyznam się, że bardzo przyjemna. Dobrze usuwał resztki makijażu oczu (demakijażu dokonuję za pomocą mleczka), choć stosowałam go głównie do twarzy. Bardzo fajnie ją oczyszczał i odświeżał. Przyjemnie pachniał mentolem. Jestem na TAK. Bardzo chętnie spróbowałabym pełnowymiarowej wersji, choć domyślam się, że jest droga.
10. Perfumy Christina Aguilera (nie wiem niestety jaka wersja): Zapach kobiecy, niezbyt intensywny. Niczym szczególnym nie wyróżniał się, nie przypadł mi do gustu. Szkoda, że nie było aplikatora, bo otwór był jednak duży. Jestem na NIE.

Próbki:
Słowem wstępu. Niektóre blogerki uważają, że nie powinno się recenzować próbek. Owszem, pisanie o efektach czy wydajności byłoby skazane na pośmiewisko, ale moim zdaniem nawet po jednorazowym użyciu można wyrobić sobie pewne zdanie na podstawie danej cechy produktu, która od razu zachęci lub zniechęci nas do zakupu pełnowymiarowego kosmetyku.

11. Krem nawilżający z mocznikiem Emoleum do skóry suchej, bardzo suchej i atopowej: Czułam lekkie ściągnięcie skóry twarzy, więc nie dam mu pełnowymiarowej szansy. Jestem na NIE.
12. Masło do ciała Tutti Frutti karmel & cynamon: Przyjemna konsystencja, znacznie lepsza od orangutana. Niestety spotkałam się z tym, czego się obawiałam i co w ostateczności powstrzymywało mnie od dotychczasowego zakupu - pachniał zbyt intensywnie, za słodko:( MOŻE skuszę się na niego w zimie.
13. Szampon łopianowy włosy tłuste z tendencją do łupieżu Herbal Care Farmona: Śmierdział zielskiem, więc zdecydowanie nie dla mnie. Nie starczył na umycie całej głowy (7 ml), więc musiałam wspomóc się innym szamponem. Miał gęstą konsystencję. Jestem na NIE.
14. Balsam odżywczy do ciała oliwkowy Herbal Care Farmona: Pomimo mojej niechęci do oliwki, była to całkiem przyjemna aplikacja. Dobrze się rozsmarowywał i nawilżył kawałek skóry, który nim posmarowałam. Raczej NIE kupię, bo wolę inne zapachy. 
15. Balsam mineralny nawilżająco-regenerujący Aqualia Thermal Vichy: Bardzo fajny balsam, który zużyłam do posmarowania twarzy. Miał tłustą konsystencję, aczkolwiek bardzo łatwo można było ją rozprowadzić. Spowodował niesamowity efekt - czułam, że moja skóra była bardzo aksamitna i gładka. Troszkę przeszkadzał mi zapach, choć producent zapewnia, że balsam nie zawierał środków zapachowych. Jestem na TAK, choć pewnie nie będzie mi dane skorzystać z pełnowymiarowej wersji ze względu na cenę.

Kolorówka:
16. Konturówka do oczu Avon Blackest Black: Zakupiłam ją w celu podkreślania linii wodnej oka, ale nie nadawała się do tego zupełnie. Dzięki temu zaczęłam rysować kreski na powiekach, które niestety wychodziły zbyt grube, gdyż konturówki nie dało się temperować - była wykręcana. Kreski nie były zbyt trwałe i odbijały się niekiedy na górnych powiekach. Dlaczego mimo wszystko jestem na TAK? Bo była wygodna w użyciu - nie lubię temperować kredek. Recenzja tutaj
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak to działa :D Jeśli jesteście zainteresowane jak wygląda konturówka od środka, to spójrzcie poniżej :D
Byłam pewna, że zużyłam ją do końca, a jednak ostał się kawałeczek. Dało się nim jeszcze narysować kreski, a przy okazji wsadziłam go sobie do oka:] 
17. Żelowa kredka do oczu Avon Super Shock Black: Bardzo ją lubię, pomimo że niekiedy doprowadza mnie do szału. Bardzo dobrze podkreśla linię wodną, na powieki również się nadaje. Kreski są długotrwałe, aczkolwiek rozmazują się:( Temperowanie tej kredki to istna katorga! Rysik jest bardzo miękki (w końcu to "żelowa" kredka), przez co bardzo szybko ulega zmaltretowaniu w kontakcie z temperówką:(  Ogólnie jestem na TAK.

Używałyście powyższych produktów? Jakie macie o nich zdanie? Chętnie poczytam:)

niedziela, 3 lutego 2013

Styczniowy Garbage 2013

Zauważyłam, że w blogowej sferze najbardziej lubię oglądać posty denkowe. To śmieszne, że tak bardzo cieszy mnie widok plastikowych opakowań :P Może jest tak dlatego, że mam pewność, iż dana blogerka w pełni (czasem nie) zużyła dany produkt i jej recenzja może być bardziej rzetelna, dzięki czemu zachęci/zniechęci mnie do jego zakupu.
Moje pierwsze zużycia w tym roku wprawiły mnie w osłupienie. Po raz pierwszy (od momentu założenia bloga) udało mi się wykończyć aż tyle kosmetyków! Jestem z siebie dumna :D Przynajmniej zmniejszyło to moje wyrzuty sumienia po styczniowych zakupach, które pojawiają się w następnym poście :P


Poniżej znajdziecie moje krótkie opinie na temat zawartości styczniowego garbagu:

1. Mydło w płynie Luksja (róża & mleko):


Jest to pierwsze mydło z Luksji, jakie miałam okazję wypróbować. Posiadało przyjemną kremową konsystencję. Pieniło się, zapach przeciętny. Niestety nie zauważyłam, że zawartość uzupełniacza wynosiła jedynie 400 ml. Standardowo, skończyło się błyskawicznie, więc słaba wydajność. Nie kupię ponownie.

Dostępność: Rossmann, Real, Astor
Cena: 3,69 zł (w promocji)
2. Mleczko do demakijażu BeBeauty (skóra normalna i mieszana):


Z sentymentem patrzę na to opakowanie, które nie będzie już dostępne, bo jak za pewne wiecie, w Stonce możemy spotkać już tylko nowe wersje. Mleczko odpowiada moim potrzebom, choć mogłoby być doskonalsze. W każdym razie  kupię je ponownie! Nie zmieniam firmy, bo chcę uniknąć podrażnień oczu. Recenzja tutaj
3. Patyczki do uszu:


Nie piszę "bagietki", bo znowu kogoś rozśmieszę :P Szkoda, że już się skończyły. Mimo, iż zakupione w supermarkecie, były dla mnie idealne! Miałam je od września. Oprócz czyszczenia uszu służyły mi do korekcji makijażu. Miały cieniutkie zakończenie. Dodatkowym walorem było opakowanie, które po przyciśnięciu, otwierało się w połowie, dzięki czemu nie trzeba było podnosić całej "klapy" i unikało się wysypywania patyczków. Pudełeczko sobie zachowałam i przesypałam do niego patyczki z innej firmy. Na pewno kupię ponownie!
Dostępność: Real
Pojemność: 200 sztuk
Cena: ok. 2 zł

4. Odżywka do włosów Timotei with Jericho Rose (Lśniący blask):


Poza ładnym zapachem nie zachwyciła mnie. Denerwowała mnie zakrętka (jak w całej serii) i bardzo słaba wydajność. Na pewno nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)
5. Perfumy Adidas Fruity Rhythm:


Zapach przeciętny. Ulatniał się po kilkunastu minutach! Wielkie rozczarowanie - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
6. Antyperspirant Dove Go Fresh (grapefruit & lemongrass):


Mleczny kolor i zapach spoconej trawy cytrynowej skutecznie zniechęcił mnie do tego produktu - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
7. Zimowy krem do rąk Cztery Pory Roku (bawełna norweska & imbir):


Jak na małą tubkę, był wydajny. Do samego końca irytował mnie zapach tabletek Strepsils:] Nawet szybko się wchłaniał. Nie rozgrzewał. Recenzja tutaj. Zmieniłam zdanie co do skuteczności - nie radził sobie jednak z bardzo suchą skórą, nawilżał na krótką chwilę, stąd na pewno nie kupię ponownie! 
8. Żel pod prysznic Original Source (Orange & Liquorice):


Totalne zaskoczenie co do zapachu, który okazał się karmelowy :P Wszystko genialne oprócz marnej wydajności! Kupię ponownie, ale myślę, że dopiero za rok, by umilić sobie zimowe kąpiele;) Recenzja tutaj.
9. Masło do ciała Tutti Frutti (Liczi & Rambutan):


Przeżyłabym wszystkie jego mankamenty, ale czarne kropko-kreski były ponad moją cierpliwość! Wykończyłam je całe i nie zamierzam się z nim więcej użerać - nie kupię na pewno! Plusem było dobre nawilżenie i nawet wydajność, o której zmieniłam zdanie. Recenzja tutaj.
10. Szampon do włosów Elisse (włosy suche i zniszczone):


Totalne zaskoczenie! Bardzo tani i mega wydajny szampon! Przyjemny zapach. Polepszył stan moich włosów - przestały rozdwajać mi się końcówki!:) Na pewno kupię ponownie! Recenzja tutaj.
11. Błyszczyk AVON:


Ciężko wypowiadać mi się na jego temat, gdyż dostałam go od koleżanki tydzień temu. Spontaniczny "prezent", długo by tłumaczyć :P Stan dosłownie terminalny, bo użyłam go może parę razy - końcówka nie sięgała dna. Miał powiększać usta, czego oczywiście nie robił, za to nieprzyjemnie szczypał. Co gorsza - śmierdział jakby śliwką (nie wiem jaki pierwotnie miał zapach :P). Jedynym plusem był przyjemny pędzelek, co mnie zaskoczyło, bo dotychczas spotykałam się jedynie z aplikatorami w formie gąbek. Może wypróbowałabym inne wersje zapachowe.
12. Fluid VICHY Aerateint Pure (nr 23):


Zupełnie zapomniałam, że posiadam pełnowymiarową wersję! Przywiozłam ją sobie z domu, a tu zonk, bo okazało się, że resztki, które zostały na dnie, zaschły :P I na marne było wiezienie opakowania tyle kilometrów :P Krótka recenzja, co prawda próbki, znajduje się tutaj. Przyjęłabym go ponownie, jednak sama bym go nie zakupiła.
13. Żel pod prysznic Original Source (Lemon & Tea Tree):

Glut o zapachu cytrynowej galaretki. Skończył się w mgnieniu oka. Nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Cena: 6,99 zł (w promocji)
14. Atomizer Puma Jamaica (żółta):


Mój ukochany zapach! Nie wiem, które to już puste opakowanie. Niestety, pozostaje mi jedynie forma atomizera, bo bardzo ciężko zdobyć w Polsce perfumy 40 ml! Na pewno kupię ponownie, ale czekam na jakąś promocję :D
I to by było na tyle. Jak widzicie, wiele z w/w kosmetyków mnie rozczarowało, dlatego nie kupię ich ponownie. Jeszcze raz podkreślę, że jestem bardzo zadowolona z ilości zużyć. Chciałabym, żeby w kolejnych miesiącach było podobnie, choć podejrzewam, że ciężko będzie utrzymać ten poziom :P

środa, 26 grudnia 2012

Pink Christmas tree

W tym roku Mikołaj sprawił mi prawie wszystkie prezenty w moim ulubionym (]:->) różowym kolorze... Przede wszystkim nie spodziewałam się, że dostanę tyle kosmetyków! Ale jak na początkową  kosmetykoholiczkę przystało, ucieszyłam się z każdego:) 

Oto, co dostałam:

1. Zestaw La Rive Love Dance: perfumy + dezodorant


Czy ja przypadkiem nie pisałam ostatnio, że widziałam taki zestaw w sklepie, a do tego, że kupię sobie Love Dance dopiero wtedy, gdy wykorzystam całą linię La Rive? :> Mikołaj lubi płatać figle;)

2. Zestaw Adidas Fruity rhythm: perfumy + żel pod prysznic


3. Płyn do prostowania włosów Marion
4. Antyperspirant Nivea invisible
5. Żel pod prysznic Fa Pink Passion


Ja nie wiem, kiedy zużyję te wszystkie żele pod prysznic :P

6. Akcesoria kosmetyczne:

Tak wygląda etui:


A tak jego zawartość:



Dostałam jeszcze 4 prezenty, ale nie są kosmetyczne, więc ich nie zamieszczam. A Wy co dostałyście? Jesteście zadowolone?:)

czwartek, 13 grudnia 2012

Listopadowy Garbage

Trochę spóźniona notka o listopadowym garbagu. Myślałam, że uda mi się ją dodać na początku grudnia, ale z braku czasu czynię to dopiero dzisiaj. Moje zużycia z zeszłego miesiąca prezentują się następująco:


Cieszę się z garbagu, bo udało mi się zdenkować 3 rzeczy i (w końcu) wyrzucić jeden bubel. Resztę zużyłam "normalnie". A oto konkrety:

1. Fluid VICHY Aerateint Pure nr 23 Clair:

Fluid matujący stosuję od biedy, gdy zależy mi na zakryciu jakichś niedoskonałości, które niespodziewanie wyskoczą. Próbkę fluidu VICHY otrzymałam kiedyś od mamy. Ostatnio postanowiłam ją zużyć, bo co się miała marnować;) Ten rodzaj fluidu przeznaczony jest do skóry normalnej i mieszanej. Nie zawiera parabenów. Ma nie zatykać porów. Kolor fluidu jest bardzo jasny, zbliżony do naturalnego koloru skóry, dzięki czemu nie rzucał się w oczy (niestety tylko z daleka). Wysuszał moją skórę, więc starałam się go używać jak najmniej. Trwałość oceniono na 12 h. Faktycznie, długo był widoczny, dopóki wręcz nie umyło się twarzy. Na próbkach VICHY denerwują mnie dwie rzeczy. Po pierwsze brakuje daty ważności, po drugie mam wrażenie, że etykietki pisane są we wszystkich językach świata poza angielskim, którego strzępki są ledwo dostrzegalne. 



1 ml

Czy kupię ponownie? Próbkę zawsze chętnie wykorzystam.



2. Jabłkowe mydło w płynie Thasis:


Recenzja TUTAJ. Mydło było za mało wydajne. Starczyło mi na niecały miesiąc.












Czy kupię ponownie? NIE


3. Błyszczyk Essence:

W końcu zdecydowałam się go wywalić. No ileż można „wyskrobywać” coś z dna, jeśli już dawno niczego tam nie ma? Pamiętam tylko tyle, że miałam go bardzo długo, był z firmy Essence (o czym świadczy znaczek na zakrętce) i był przezroczysty. Szczoteczka zabarwiła się od malowania ust po użyciu colowej pomadki ochronnej (opisanej poniżej). Podobało mi się długie i smukłe opakowanie. Minusem było to, że przyjmując pozycję poziomą, zawartość błyszczyka bezczelnie wypływała sobie spod nakrętki.


Czy kupię ponownie? Może


4. Pomadka ochronna Laura Conti Crazy Cola:


Recenzja TUTAJ. Jest to moje pierwsze zużyte opakowanie. Tak jak wspominałam w recenzji, nie prezentuje się ono już tak atrakcyjnie po ściągnięciu etykietki. Pomadka jest bardzo wydajna, spełniła moje oczekiwania. Nadal wielkim minusem jest zacinająca się i wypaćkana zakrętka.










Czy kupię ponownie? TAK.


5. Emulsja do ciała Atoperal Baby:

Emulsję miałam już od bardzo dawna. Byłam do niej sceptycznie nastawiona. I tak jak sądziłam, nie okazała się moim wybawcą. Produkt ten (jak i cała seria) przeznaczony jest do pielęgnacji skóry dzieci i niemowląt z atopową, suchą i wrażliwą skórą. Niemowlęciem już nie jestem, ale jeśli kosmetyk ma być skuteczny u dzieci, to powinien być również odpowiedni dla dorosłych, a już zwłaszcza dla osób posiadających problematyczną skórę. No i tu się przeliczyłam. Konsystencja nie była za rzadka ani za gęsta. Zawartość była koloru białego, nie posiadała zapachu. Zawarte składniki (olej macadamia, polidokanol, gliceryna, alantoina i d-panthenol) miały za zadanie nawilżyć i wygładzić skórę, zlikwidować uczucie świądu, a także łagodzić podrażnienia i przyśpieszać regenerację naskórka. Wszystko ładnie pięknie, tylko gdzie te efekty, ja się pytam? Ok, skóra była nawilżona (powiedziałabym nawet, że natłuszczona, bo emulsja strasznie wolno się wchłaniała), ale nic poza tym. Nie wiem na jakiej podstawie produkt ten został dopuszczony do użytku i jacy dermatolodzy współpracowali przy jego produkcji, bo po ostatnim zastosowaniu przypomniałam sobie, dlaczego odstawiłam go na tak długo. Emulsja wywołała u mnie uczulenie! Skóra w wielu miejscach była czerwona i pokryta krostkami. Muszę się przyznać (choć jest mi wstyd), że nie zwróciłam uwagi, iż emulsja była przeterminowana od kilku miesięcy. Być może ten fakt wywołał podrażnienie, ale pamiętam, że za pierwszym razem (jak nie minęła jeszcze data ważności) emulsja też mi nie podeszła i dlatego schowana była głęboko w szafce. Tym razem błyskawicznie wylądowała w garbagu.

Apteka
200 ml

Czy kupię ponownie? Zdecydowanie NIE


6. Perfumy La Rive Love Dance:

Polubiłam perfumy La Rive za sprawą mojego chłopaka. Choć zapachy mają piękne, to gorzej z ich trwałością (bynajmniej w wersjach damskich). Mimo, że musiałam kilkakrotnie psikać się nimi w ciągu dnia, to perfumy były bardzo wydajne i miałam je przez kilka miesięcy. Zapach był bardzo słodki, ale ja właśnie lubię takie owocowo-cytrusowo-kwiatowe aromaty. W Love Dance można znaleźć następujące nuty: głowa – limonka, kokos, brzoskwinia;  serce – banan, ananas; baza - piżmo, ambra, drzewo sandałowe. Obłęd;) Flakonik w kolorze żółto-różowym był wysoki, szklany, co się wiązało niestety z jego wagą (nie lubiłam wozić ich ze sobą właśnie z powodu ciężkości). Sam „flakonik” wsadzony był w zafoliowane tekturowe pudełko (z wizerunkiem kobiety, co jest charakterystyczne dla całej linii), dzięki czemu miałam pewność, że nikt się nim wcześniej nie psikał. Jedynym minusem opakowania było to, że pod koniec użytkowania zacięła się pompka i trzeba było ją lekko obrócić, żeby wydobyć odpowiednią ilość perfum. Moje perfumy zostały zakupione w Kauflandzie, ale widziałam je również w Naturze, Rossmannie, Realu i Tesco. Cena jest bardzo niska, dlatego zakup się opłaca. Często można natrafić na promocje, ale podstawowa cena nie przekracza 23 zł. Nawet w poniedziałek widziałam zestaw perfumy + dezodorant wśród różnych kosmetycznych zestawów „odpowiednich” jako prezent pod choinkę.

Kaufland/19,99 zł (promocja)
90 ml

Czy kupię ponownie? TAK (ale dopiero, gdy skorzystam z innych wariantów;))


7. i 8. Żel pod prysznic i balsam do ciała Avril Lavigne Black Star:


Recenzja TUTAJ.









Czy kupię ponownie? Był to prezent, ale na balsam (i perfumy) z chęcią jeszcze się skuszę;)


9. Antyperspirant NIVEA Invisible Clear:


Wersja Invisible jest trzecią wersją antyperspirantu marki Nivea, jaki miałam okazję używać. Jest to moje drugie lub trzecie opakowanie. Wariant ten ma być przyjazny dla białych i czarnych ubrań. Nie zauważyłam jakiejś poprawy w swoich bluzkach, bo „aktualne” plamy istnieją już od dawna po poprzednich antyperspirantach i niestety nie da się ich sprać. Zapach był delikatny i nie przeszkadzał mi, ale nie ma porównania z moją ukochaną trawą cytrynową! Invisible kupiłam na wakacyjnej promocji w Niemczech, po przeliczeniu z € kosztował 7 zł z groszami.







Marktkauf
50 ml

Czy kupię ponownie? Pewnie tak.


poniedziałek, 10 grudnia 2012

Avril Lavigne nie tylko śpiewa...

Lubię Avril Lavigne. Jej muzykę, jak i ją samą. O tym, że nie tylko śpiewa, wiem nie od dziś. Avril posiada własną kolekcję modową Abbey Dawn (ubrania, buty, torby itp.) oraz własną linię perfum. I o tej drugiej właśnie dzisiaj będzie mowa;)
Mój chłopak podarował mi na tegoroczne urodziny zestaw Black Star Avril Lavigne. W zestawie tym znajdowały się: 


  • perfumy 15 ml
  • żel pod prysznic 50 ml
  • balsam do ciała 50 ml
Avril Lavigne Black Star 15ml Eau de Parfum Spray, 50ml Body Lotion & 50ml Shower Gel
Źródło: http://www.cheapsmells.com/productPaging.php?productId=122605

Od dawna chciałam mieć perfumy Avril, ale ich wysoka cena uniemożliwiała mi zakup. Dlatego tym bardziej ucieszyłam się z mini zestawu (mini pod względem pojemnościowym, ale maxi pod względem sercowym:)), który otrzymałam. Black Star jest pierwszą z trzech kosmetycznych linii Avril (potem były Forbidden Rose i Wild Rose). Cały zestaw jest w znienawidzonym przeze mnie kolorze różowym, ale Avrilce się wybacza;)
Perfumy zużyłam już dawno.

Pusty flakonik w kształcie diamentu ozdabia toaletową półkę w domu rodzinnym
Pomiędzy flakonikiem a czarną zakrętką znajduje się ozdobny srebrny pierścień z ćwiekami, co nadało mu rockowego pazura. Docelowo można go nosić na palcu jako pierścionek, jednakże na mnie był za duży. Ćwieki nie były ostre, ale dotykały pozostałych palców, co nie było komfortowe. Pierścień zatem został przy opakowaniu. Jeśli chodzi o sam zapach to był bardzo przyjemny, subtelny i kobiecy. Nuty zapachowe są następujące: linia głowy - mango, gruszka, czarna porzeczka; linia serca - jaśmin, różowy hibiskus, śliwka; linia podstawy - akordy ciemnej czekolady, wanilia, nuty piżmowe. Mnie się bardzo podobały.
Żelu pod prysznic i balsamu do ciała nie zużyłam już tak szybko. Oszczędzałam zawartość jak tylko mogłam, bo chciałam mieć je na dłużej, dlatego korzystałam z nich jedynie, gdy jechałam gdzieś na weekend. Ostatnio robiłam porządki w mojej wyjazdowej kosmetyczce i okazało się, że żel się skończył (nie wiem czemu nie wyrzuciłam opakowania, chyba z sentymentu :P), a pozostała jedynie odrobina balsamu, dlatego postanowiłam ostatecznie rozstać się z nim i go zdenkować. Cały zestaw miałam opisać w listopadowym garbagu, ale uznałam, że zasługuje on na osobną notkę;)
Żel pod prysznic miał gęstą konsystencję. Nie pienił się, więc trzeba było wycisnąć go więcej. Kolor żelu był pomarańczowy. Żel jak żel, nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia.
Jeśli chodzi o balsam to konsystencja była rzadsza, kolor mleczny. Postanowiłam, że będę polować na jego pełną wersję, bo dawał przyjemne uczucie po zastosowaniu na skórę. Dobrze nawilżał i działał kojąco. Największą jego zaletą było niewątpliwie to, że błyskawicznie się wchłaniał. Niestety posiadał też największą wadę - na drugi dzień skóra była wysuszona. Co prawda tylko w okolicach pach, ale jednak... Mimo to, nie zniechęciłam się. 
Choć kolor opakowań doprowadzał mnie do szału, to jednak najbardziej spodobały mi się na nich czarne gwiazdki. W ogóle lubię motywy gwiazdkowe;) 


Oczywiście, zarówno żel, jak i balsam, pachniały tak samo jak perfumy, więc jeśli komuś spodoba się zapach Black Star, to bez zastanawiania się może sięgać po cały zestaw:) Nie wiem, ile kosztował, bo jak zaznaczyłam, dostałam go w prezencie. Swego czasu można było go kupić w drogerii Laboo, bo widziałam w swoim mieście, ale nie skusiłam się wtedy sprawdzić ceny. Jak prezent to prezent;)