Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kula do kąpieli. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kula do kąpieli. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 maja 2013

Kwietniowy Garbage 2013

Koniec starego i początek nowego miesiąca to zdecydowanie najbardziej ulubiony i wyczekiwany przeze mnie okres w blogosferze. Z każdej strony jestem zasypywana śmietnikowymi recenzjami, przez co nie nadążam z ich przeglądaniem i komentowaniem. Jak można podniecać się zawartością śmietnika? :O Ano można! Jestem tego najlepszym przykładem :D 
Mój kwietniowy Garbage prezentował się następująco:


Prysznico-wanna:
1. Żel pod prysznic Isana kwiat maku: Przyjemny świeży zapaszek, idealny na wiosnę. Szkoda, że tak słabo wydajny. Jestem na TAK, chociaż pewnie więcej go nie kupię - pochodził z edycji limitowanej, a poza tym mam mnóstwo innych żeli do zużycia. Recenzja tutaj.
2. Żel pod prysznic BeBeauty Spa Bali ekstrakt z owoców egzotycznych: Żel, który pachniał "egzotyczną" gruszką. A przede wszystkim, do cholery, był peelingiem (choć bardzo słabym), którego nienawidzę! Jestem na zdecydowane NIE. Recenzja tutaj
3. Musująca kula do kąpieli Body Club limonka & kawa: Fajny bajer do wanny. Bardzo chemiczny zapach limonki, bo o kawie nic mi nie było wiadomo... MOŻE wypróbuję inne wersje zapachowe. Recenzja tutaj.

Twarzo-głowa:
4. Krem Eveline Extra Soft Allergique: Stosowałam go jedynie do twarzy. Nie sądziłam, że będzie aż tak mega wydajny! Starczył mi dokładnie na 6 miesięcy! Można go zużyć do samego końca, dzięki funkcjonalnemu opakowaniu. Niestety, chwilowe uczucie ściągniętej skóry towarzyszyło mi przez cały okres jego aplikowania, dlatego raczej NIE kupię go ponownie. Recenzja tutaj, pochodząca jeszcze z początku prowadzenia bloga, której do tej pory nikt nie chciał skomentować :P
5. Nawilżająca odżywka do włosów Alterra (granat & aloes): Wielkie rozczarowanie. Obciążała włosy i odpychała zapachem. Niestety jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Higiena rączek i paszek:
6. Zimowe mydło do rąk Isana czar kominka: Przepięknie i intensywnie pachnące przyprawami korzennymi mydło. Zapach, choć krótkotrwały, to idealny na zimę. Szkoda, że nie miało kremowej konsystencji, bo słabo się pieniło. Jak widać na załączonym obrazku, posłuchałam rady i zaznaczałam sobie poziom zużycia, dzięki czemu korzystałam z niego tylko ja, a nie moje współlokatorki:] Jestem na TAK. Na pewno kupię ponownie, o ile uda się je dorwać za rok - niestety edycja limitowana:( Recenzja tutaj.
7. Antyperspirant NIVEA Invisible Clear: Nie brudził ubrań, delikatnie pachniał. Spełniał swoje zadanie. Jestem na TAK.

Miniaturki:
8. Preparat do demakijażu twarzy i oczu 3 w 1 Vichy: Natychmiastowo zmywał jedynie eyeliner, z tuszem trzeba było pomęczyć się dłużej, choć i tak nie robił tego dokładnie. Ciężko było wydobyć resztki z plastikowego opakowania - skutek: przecięty kciuk. Jestem na NIE.
9. Płyn micelarny do demakijażu oczu i wrażliwej skóry twarzy Vichy: Była to moja pierwsza przygoda z micelem i przyznam się, że bardzo przyjemna. Dobrze usuwał resztki makijażu oczu (demakijażu dokonuję za pomocą mleczka), choć stosowałam go głównie do twarzy. Bardzo fajnie ją oczyszczał i odświeżał. Przyjemnie pachniał mentolem. Jestem na TAK. Bardzo chętnie spróbowałabym pełnowymiarowej wersji, choć domyślam się, że jest droga.
10. Perfumy Christina Aguilera (nie wiem niestety jaka wersja): Zapach kobiecy, niezbyt intensywny. Niczym szczególnym nie wyróżniał się, nie przypadł mi do gustu. Szkoda, że nie było aplikatora, bo otwór był jednak duży. Jestem na NIE.

Próbki:
Słowem wstępu. Niektóre blogerki uważają, że nie powinno się recenzować próbek. Owszem, pisanie o efektach czy wydajności byłoby skazane na pośmiewisko, ale moim zdaniem nawet po jednorazowym użyciu można wyrobić sobie pewne zdanie na podstawie danej cechy produktu, która od razu zachęci lub zniechęci nas do zakupu pełnowymiarowego kosmetyku.

11. Krem nawilżający z mocznikiem Emoleum do skóry suchej, bardzo suchej i atopowej: Czułam lekkie ściągnięcie skóry twarzy, więc nie dam mu pełnowymiarowej szansy. Jestem na NIE.
12. Masło do ciała Tutti Frutti karmel & cynamon: Przyjemna konsystencja, znacznie lepsza od orangutana. Niestety spotkałam się z tym, czego się obawiałam i co w ostateczności powstrzymywało mnie od dotychczasowego zakupu - pachniał zbyt intensywnie, za słodko:( MOŻE skuszę się na niego w zimie.
13. Szampon łopianowy włosy tłuste z tendencją do łupieżu Herbal Care Farmona: Śmierdział zielskiem, więc zdecydowanie nie dla mnie. Nie starczył na umycie całej głowy (7 ml), więc musiałam wspomóc się innym szamponem. Miał gęstą konsystencję. Jestem na NIE.
14. Balsam odżywczy do ciała oliwkowy Herbal Care Farmona: Pomimo mojej niechęci do oliwki, była to całkiem przyjemna aplikacja. Dobrze się rozsmarowywał i nawilżył kawałek skóry, który nim posmarowałam. Raczej NIE kupię, bo wolę inne zapachy. 
15. Balsam mineralny nawilżająco-regenerujący Aqualia Thermal Vichy: Bardzo fajny balsam, który zużyłam do posmarowania twarzy. Miał tłustą konsystencję, aczkolwiek bardzo łatwo można było ją rozprowadzić. Spowodował niesamowity efekt - czułam, że moja skóra była bardzo aksamitna i gładka. Troszkę przeszkadzał mi zapach, choć producent zapewnia, że balsam nie zawierał środków zapachowych. Jestem na TAK, choć pewnie nie będzie mi dane skorzystać z pełnowymiarowej wersji ze względu na cenę.

Kolorówka:
16. Konturówka do oczu Avon Blackest Black: Zakupiłam ją w celu podkreślania linii wodnej oka, ale nie nadawała się do tego zupełnie. Dzięki temu zaczęłam rysować kreski na powiekach, które niestety wychodziły zbyt grube, gdyż konturówki nie dało się temperować - była wykręcana. Kreski nie były zbyt trwałe i odbijały się niekiedy na górnych powiekach. Dlaczego mimo wszystko jestem na TAK? Bo była wygodna w użyciu - nie lubię temperować kredek. Recenzja tutaj
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak to działa :D Jeśli jesteście zainteresowane jak wygląda konturówka od środka, to spójrzcie poniżej :D
Byłam pewna, że zużyłam ją do końca, a jednak ostał się kawałeczek. Dało się nim jeszcze narysować kreski, a przy okazji wsadziłam go sobie do oka:] 
17. Żelowa kredka do oczu Avon Super Shock Black: Bardzo ją lubię, pomimo że niekiedy doprowadza mnie do szału. Bardzo dobrze podkreśla linię wodną, na powieki również się nadaje. Kreski są długotrwałe, aczkolwiek rozmazują się:( Temperowanie tej kredki to istna katorga! Rysik jest bardzo miękki (w końcu to "żelowa" kredka), przez co bardzo szybko ulega zmaltretowaniu w kontakcie z temperówką:(  Ogólnie jestem na TAK.

Używałyście powyższych produktów? Jakie macie o nich zdanie? Chętnie poczytam:)

sobota, 13 kwietnia 2013

Musująca limonka i kawa w wannie

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze posiadałam wannę, mogłam leżeć w niej godzinami, puszczać bańki mydlane, nurkować (wstrzymywać oddech pod wodą) oraz przekomarzać się zza kotary z innymi towarzyszami, czekającymi niecierpliwie, aż wynurzę się i opuszczę Krainę Relaksu, zwaną powszechnie "łazienką". Wrrróć! To było w dzieciństwie, którego czasy już niestety nigdy nie powrócą. Mam wrażenie, że wanna również... 
W późniejszym okresie następowały przeprowadzki to tu, to tam. Podczas mojego pięcioletniego studiowania, zmieniałam mieszkanie co roku. Tylko w dwóch z nich łazienka była wyposażona w wannę, ale... No i tu się zaczyna cała bolączka, bo: a) wanna przeciekała i zalewała łazienkę, b) reszta współlokatorów dostawała sraczki (dosłownie i w przenośni), więc o dłuższym przebywaniu sam na sam nie było mowy, c) po wyprowadzce trzeba było rozliczyć się z niedopłaty za wodę. Do obecnego mieszkania mogłabym przypisać te same punkty łazienkowe, gdyby nie fakt, że w zeszłym tygodniu przyszły majstry i naprawiły wannę. "Oł yeah!" - skakałam z radości na myśl o prawdziwej kąpieli, zamiast odwiecznego prysznica na stojąco lub, co gorsza, na kucaka. Miałam przed oczami ogrom różnorodnych, kolorowych i pięknie pachnących olejków, płynów i kul do kąpieli do momentu, gdy oprzytomniałam, że w dalszym ciągu punkty b i c nie ulegną zmianie.
Jeżdżąc czasem na weekendy do Mojego Ukochanego, mam możliwość skorzystania z wanny. Zazwyczaj i tak wykorzystuję ją w formie szybkiego prysznica, bo sama nie chcę nadużywać ani wody, ani cierpliwości pozostałych mieszkańców, wiecie jak to jest... Ostatnio jednak dałam się namówić na dłuższą kąpiel i w dodatku na użycie musującej kuli. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z takim specyfikiem kąpielowym (pomimo, że już jakiś czas temu zakupiłam zestaw trzech kul - promocja to promocja, brać trzeba :D), toteż bardzo byłam ciekawa jego efektu. Postanowiłam umilić sobie wieczór musującą kulą do kąpieli Body Club limonka & kawa.


Od producenta: Musująca kula do kąpieli Body Club. Wrzuć kulę do wanny z ciepłą wodą, a Twoja kąpiel stanie się niesamowitą przygodą.

Opakowanie: Kula zapakowana jest w dwie folie. Pierwsza z nich stanowi etykietę koloru limonkowego, zawierającą najpotrzebniejsze informacje, jak chociażby powyżej opisany sposób użycia. Podoba mi się również zdjęcie limonek (za którymi przepadam) oraz ziarenek kawy (której nie pijam). Etykietę najlepiej jest przeciąć nożyczkami. Gdy ją zdejmiemy, naszym oczom ukazuje się kula zapakowana w drugą, tym razem przezroczystą folię.

Rozmiar: Kula jest wielkości piłki tenisowej.
Kolor: Jasnopomarańczowy. 

Zapach: Jest intensywny, bardzo chemiczny i wyczuwalny również przez opakowanie. Zarówno przed, jak i po rozpuszczeniu, czułam wyłącznie zapach limonki. Nie wiem, gdzie zapodziała się kawa...

Konsystencja: Jakby ją tu określić... Właściwie jest to połączenie ziarenek proszku zbitych w formie kuli, które rozpuszczają się podczas kontaktu z wodą. 

Sposób użycia: Tak, jak możemy wyczytać z informacji od producenta, kulę należy wrzucić do wanny z ciepłą wodą. Wiem, że niektórzy dzielą kulę na części, aby nie była ona jednorazowa, ale ja wrzuciłam ją w całości. Nie nalewałam też zbyt dużo wody, bo wiedziałam, że nie będę zbyt długo leżakować. Chciałam zrobić zdjęcia, ale Mój Chłopak wpadł na pomysł, żeby nakręcić filmik. Ciężko było nam powstrzymać się od śmiechu, ale na szczęście udało się!;) Oto filmowy debiut bloga w reżyserii Mojego Chłopaka, który pełnił również funkcję operatora. W rolach głównych wystąpiły: Kula i Moja Dłoń :D No tak, nie zapominajmy o Wannie :D

Czas musowania: Ok. 1 minuty (operator miewa czasem ADHD i nie dokręcił końcówki :P).

Działanie: Kula zabarwiła wodę na pomarańczowo-brunatny kolor (zdjęcie zostało troszkę rozjaśnione ze względu na ciemne światło w łazience), niezbyt przyjazny dla oczu.
Na szczęście, nie zabarwiła wanny. W swoim składzie kula zawierała naturalne oleje z pestek winogron i awokado, co było wyczuwalne w zmianie konsystencji wody. Nie wytworzyła się żadna piana, czego uprzednio miałam świadomość. Kula dobrze nawilżyła, a właściwie naoliwiła skórę. Po kąpieli nie czułam potrzeby smarowania się balsamem. Zapach utrzymywał się przez całą kąpiel, na ciele pozostawał przez ok. 15 minut, natomiast ręcznik pachniał najdłużej :P Ogólnie byłam zadowolona z użycia kuli, pomimo bardzo chemicznego aromatu. Wiem, że niektórzy nie przepadają za takim "umilaczem", bo spodziewają się wielce fajerwerek. Dla mnie była to zupełna nowość i choć uwielbiam pianę w czasie kąpania, to jej brak w tym przypadku mi nie przeszkadzał. Kule polecam tym, którzy lubią intensywne zapachy oraz oleistą wodę podczas długiej kąpieli.

Dostępność: Kaufland, Natura
Pojemność: 165 g
Cena: 3,99 zł (w Naturze były za 7,99! :O)

Lubicie długą kąpiel w wannie (o ile macie taką możliwość)? Używacie kul do kąpieli? Polecacie którąś szczególnie?:)