Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żel pod prysznic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żel pod prysznic. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 kwietnia 2015

Magnolie i pistacje od Dove

Ze wszystkich orzechów jadalnych, jakie znam, ubóstwiam pistacje <3 I gdyby nie fakt, że są cholernie drogie, to pewnie raczyłabym się nimi codziennie. Niestety, na taki luksus pozwalam sobie raz na jakiś czas, żeby nie powiedzieć, że raz na ruski rok.
Kwiaty magnolii są piękne, pomimo, że zostały obdarzone znienawidzonym przeze mnie kolorem. Nie znam ich naturalnego zapachu, ale aromat magnolii, na który napotykam w różnych kosmetykach (a nawet w płynie do płukania tkanin! :P), wprowadza mnie w stan niewyjaśnionej błogości...
Co ma piernik do wiatraka? Ano to, że jestem w trakcie zużywania odżywczego żelu pod prysznic Dove krem pistacjowy z magnolią. Od dawna byłam go bardzo ciekawa, bo połączenie dwóch tak odmiennych zapachów wydawało mi się niemożliwe do zrealizowania. A jak było w rzeczywistości? Zapraszam dalej;)
Od producenta: Odżywczy żel pod prysznic – Krem pistacjowy z magnolią – Wyjątkowe doznanie, które odżywia i rozpieszcza. 

Opakowanie: Wąska, poręczna butelka wykonana z porządnego plastiku (na bokach butelki jest on twardy, natomiast z przodu i z tyłu jest miękki, dzięki czemu nie ma problemów z wydobyciem zawartości). Zakrętkę też ma porządną - czasami muszę wspomagać się drugim kciukiem, żeby unieść zatrzask. 
Ogólnie podoba mi się (w miarę skromny) design opakowania, przedniej etykiety, a nawet zakrętki, która jest kolorystycznie adekwatna do całości;)

Konsystencja: Delikatna, lekko kremowa.
Kolor: Jasny pistacjowy.

Zapach: Pistacjowo-magnoliowy.

Skład: Aqua, Sodium Hydroxypropyl Starch Phosphate, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidoprpyl Betaine, Lauric Acid, Petrolatum, Sodium Cocoyl Glycinate, Sodium Lauroyl Isethionate, Glycerin, Helianthus Annuus Oil, Parfum, Pistacia Vera Seed Extract, Magnolia Liliflora Flower Extract, Sorbitol, Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Sodium Chloride, Propylene Glycol, Propanediol, Sodium Isethionate, Stearic Acid, Sodium Palmitate, Sodium Stearate, Sodium Palm Kernalate, Tetrasodium EDTA, Tetrasodium Etidronate, Citric Acid, DMDM Hydantoin, Sodium Benzoate, Methylisothiazolinone, BHT, Zinc Oxide, Alumina, Alpha-Isomethyl Ionone, Benzyl Alcohol, Benzyl Salicylate, Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Coumarin, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool, CI 19140, CI 42090, CI 77891. 

Moja opinia: Na początku zaznaczę, że jest to mój pierwszy żel z firmy Dove i dalej nie rozumiem tego, jak ja mogłam przez tyle lat zwlekać z zakupem jakiegokolwiek wariantu zapachowego tej marki :D Tak na marginesie - na jednej wersji się nie skończy :D
Kilka słów na temat opakowania napisałam powyżej, więc od razu przejdę do konsystencji, która jest niepowtarzalna! Do tej pory wszelkie żele, które śmiały nazywać swoją konsystencję „kremową”, nie miały z nią za wiele wspólnego. Tutaj konsystencja jest kremowa, ale nie jest ona bardzo gęsta. Jest właśnie lekka i raczej zbliżona do balsamu czy mleczka. Jest bardzo przyjemna w dotyku i dosłownie pieści nasze ciało pod prysznicem, co oczywiście umila wieczorną rutynę. W kontakcie z wodą tworzy bardzo delikatną piankę, która kojarzy mi się w widokiem spienionego mleka;) Co prawda, ja preferuję dużą ilość piany, bo wtedy mam pewność, że ciało jest dobrze umyte, ale wierzę, że produkt z Dove również sobie z tym radzi (wiecie, nie tarzam się na co dzień w błocie, więc ciężko mi sprawdzić, ile brudu pozbyłam się podczas kąpieli :P).
W dalszych kwestiach pielęgnacyjnych – skóra po umyciu jest aksamitna i odpowiednio nawilżona, więc spokojnie można odpuścić sobie wszelkiego rodzaju mazidła:)
W kwestii zapachu podziały się różne rzeczy… Ogólnie, jeśli chodzi o zapach magnolii, to był on taki sam, jak we wspomnianych na wstępie innych kosmetykach „magnoliowych”, czyli wspaniały :D Co do zapachu pistacji, to chciałabym napisać, że odzwierciedla rzeczywistość, ale niestety nie mogę… „Pistacje”, które spotykamy w żelu pachną jak nadzienie czekoladek o smaku „pistacjowym” (wiecie, takie z bombonierek). Zresztą, jest to chyba nagminne w innych „pistacjowych” kosmetykach, nad czym strasznie ubolewam, bo czyż nie miło byłoby umyć się takimi prawdziwymi orzeszkami? ;>
Powiem Wam, że im dłużej używam tego żelu, tym zapach staje się dziwniejszy :P Kiedy pierwszy raz go powąchałam, skwitowałam go jako: „piękny i słodki”. Natomiast, kiedy pierwszy raz go użyłam, zaleciało mi trochę skisłym mlekiem :| Serio :P Za drugim razem aromat był już lepszy, ale zauważyłam, że najwidoczniej zapach żelu zmienia się podczas kontaktu ze skórą, tzn. w opakowaniu nadal pachnie słodko i bardzo intensywnie, ale przy aplikacji pachnie już bardziej mlecznie i delikatniej. Co najciekawsze, po zużyciu połowy zawartości przestałam wyczuwać zapachu magnolii i zostały mi jedynie sztuczne pistacje:/ Ze względu na bardzo słodki zapach może się on „przejeść” (aktualnie jestem na tym etapie, a dokładniej po zużyciu 3/4 żelu), dlatego nie polecam zakupu większej pojemności. Jeszcze na koniec dodam, że zapach nie utrzymuje się zbyt długo na skórze.
Podsumowując, żel urzekł mnie swoją delikatną i przyjemną w dotyku konsystencją. Zapach również urzeka, ale głównie w opakowaniu i to jeszcze na początku, gdy zużycie jest minimalne. Mimo różnych zawirowań aromatowych chętnie wypróbuję inne warianty – świeższe i mniej słodkie.   

Dostępność: drogerie, markety
Pojemność: 250 ml
Cena: do ok. 12 zł (?)

 Lubicie żele z Dove? Którą wersję zapachową możecie mi polecić? :)


wtorek, 10 lutego 2015

Ananasowe żelki czyli karnawał w Rio :D

Jesteście miłośnikami egzotyki, lasów tropikalnych albo chociaż gadających papug? Jeśli tak - to świetnie! Jeśli nie - nie szkodzi! Obstawiam, że do większości z Was przemówią te niesamowite kolory żelu pod prysznic Fruit Kiss Exotic Passion bez względu na upodobania klimatyczne. W każdym razie, ja myślami jestem już w Ameryce Południowej, chociażby na karnawale w Rio... :D
Od producenta: Żel pod prysznic Fruit Kiss o urzekającym owocowym zapachu to moc przyjemności podczas kąpieli. Żel wzbogacony został w witaminę E, która znana jest ze swoich właściwości antyutleniających. delikatna formuła żelu z cennymi perełkami łagodnie myje i pielęgnuje Twoje ciało, a odpowiednio dobrany, fascynujący zapach sprawia, że kąpiel dostarcza niezapomnianych doznań.   

Opakowanie: Przezroczysta buteleczka wykonana z twardego plastiku, posiadająca zakrętkę na zatrzask z wgłębieniem na kciuka. Na etykiecie widnieją barwni przedstawiciele egzotyki w postaci papugi, motyla i jaskrawej roślinności. 

Konsystencja
: Żelowa, gęsta, z zatopionymi drobinkami. 
Kolor: Żel - żółty, drobinki - czerwone.

Zapach: Ananasowy.

Skład:
Moja opinia: Miałam opory przed zakupem tego żelu ze względu na niemiłe doświadczenia zapachowe z jedną z poprzednich wersji Fruit Kiss, o której pisałam w tym poście. Jednak ze względu na to, że wszystkie inne właściwości pozytywnie mnie zaskoczyły, postanowiłam dać drugą szansę tej serii i nie zawiodłam się! No ale zacznijmy po kolei :D
Opakowanie przypadło mi do gustu przede wszystkim ze względu na przezroczystość. W kwestii genialnej etykiety uważam, że Biedro tym razem mocno dała radę i chyba zaczęła się wzorować na żelach z Balei;)
Zapachowo nie jest to do końca moja bajka, ale i tak jestem w stanie zrelaksować się pod prysznicem (a to dopiero :D). Zapach jest owocowy, słodki i przypomina mi ananasowe żelki :D Utrzymuje się dość długo na skórze i w łazience :D Przyznam, że pod względem zapachowym bardziej spodobała mi się wersja zielona z limonką, ale decydując się tylko na jeden egzemplarz, rozsądek postawił na konsystencję. A jest ona naprawdę gęsta i przyjemna w dotyku. Jak widzicie na zdjęciu, zawiera w sobie małe czerwone drobinki (wg producenta perełki), które przez moment dają wrażenie bardzo delikatnego peelingu. Zanim zaczniecie zastanawiać się nad tym, czy jest to peeling czy też nie, to drobinki zdążą się już rozpuścić (dla mnie jest to akurat idealna opcja, bo ja nie lubię "drapaków" pod prysznicem). Wydaje mi się, że w wersji żelu sprzed 2 lat, o której przed chwilą wspomniałam, tamte drobinki szybciej się rozpuszczały i były delikatniejsze, ale mogę się mylić, bo pamięć już nie ta :P
Gęsta konsystencja nie daje zbyt dużej piany, ale bardzo dobrze pielęgnuje ciało. Skóra jest mocno nawilżona, wygładzona i właściwie nie ma potrzeby używania balsamu. Do tego żel nie wywołuje podrażnień (co jeszcze bardziej mnie ucieszyło po ostatniej wpadce z Baleą). 
Cóż więcej można rzec? Żel jest świetny i kosztuje śmieszne pieniądze! W zeszłym tygodniu widziałam go u siebie jeszcze taniej, bo za 3,49 zł :D Nie sądziłam, że żel z Biedronki jest w stanie pobić Baleę, ale w tym przypadku tak właśnie jest! Biedro, oby tak dalej! I mimo mojego postanowienia o tegorocznym uszczupleniu żelowych zapasów, chyba dokupię jeszcze jedną buteleczkę (czy zakup pozostałych wersji w moim wykonaniu byłby już przesadą? ;>) tego żelu, bo boję się, że ten produkt okaże się jednak sezonowy...

Dostępność: Biedronka
Pojemność: 300 ml
Cena: 4,99 zł

Poznałyście już ten żel? Czy ta seria pojawiła się już w Waszych Biedro?

piątek, 16 stycznia 2015

Swędzący sekret od Balei

Kiedy zobaczyłam ten produkt na jednym z dolnych regałów w niemieckim DM-ie, byłam przekonana, że jest on przeznaczony dla mężczyzn. To nie powstrzymało mnie jednak, żeby powąchać jego zawartość i… przeżyć miłe zaskoczenie, że nie kojarzy się wcale a wcale z typowymi męskimi żelami pod prysznic. Najzwyczajniej w świecie zmyliła mnie etykieta (czarny design). Okazało się, że żel pod prysznic Balea Black Secret wanilia & pomarańcza wchodzi w skład zimowej edycji limitowanej i, wg mnie, wyróżnia się najprzyjemniejszym zapachem z trzech dostępnych wersji, dlatego na dwie pozostałe tym razem się nie skusiłam.
Od producenta:
Der frische Duft der Balea Black Secret Dusche nach Vanille und Orange verführt Ihre Sinne und sorgt für ein einmaliges Duscherlebnis. Die feuchtigkeitsspendende Pflegeformel bewahrt die Feuchtigkeitsbalance der Haut und schützt vor dem Austrocknen. Tauchen Sie in den Zauber von Früchten und Blüten ein!

[Moje i wujka Gugla tłumaczenie:] Świeży zapach Balea Czarny Sekret wanilii i pomarańczy uwodzi zmysły i pozwala na unikalne doświadczenie pod prysznicem. Formuła pielęgnacyjna zachowuje równowagę nawilżenia skóry i chroni ją przed wysychaniem. Zanurz się w magii owoców i kwiatów!

Opakowanie: Standardowe dla żeli z Balea: wąska plastikowa butelka z zakrętką na zatrzask. Etykieta zachowana w kolorystyce czarno-pomarańczowej. Na obrazku widzimy kwiat wanilii oraz pasek obranej pomarańczy.

Konsystencja: Kremowa, rzadka.
Kolor: Pomarańczowy.

Zapach: Waniliowo-pomarańczowy.

Skład:

Moja opinia: Pierwsze, co rzuca się w oczy, to jak już wspominałam czarny design opakowania. Jest to taki niestandardowy wygląd dla etykiet Balei, dlatego od razu przykuwa uwagę. Buteleczka jest taka sama jak przy każdym żelu z tej firmy, więc nawet nie będę się o niej rozpisywać.
Jeśli chodzi o sam zapach, to jest odurzający… Tak, aromat pomarańczy i wanilii całkowicie mnie odurza, czy to biorąc prysznic, czy tylko wąchając zawartość opakowania. Właściwie, to bardziej przebija się nuta pomarańczy (która od razu skojarzyła mi się z zimową wersją żelu Original Source), ale jeśli się skoncentrujemy, to wyczujemy również wanilię (ta sama sytuacja, co przy wersji z kokosem i nektarynką od Balea).
I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że strasznie swędziała mnie po nim skóra! Za każdym razem, gdy myłam się tym żelem, efekt był taki sam. Specjalnie zrobiłam sobie od niego kilkanaście dni przerwy, żeby rozwiać swoje wątpliwości i niestety świąd powracał po nim jak bumerang :( Pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego po stosowaniu żelu z tej firmy i zupełnie nie wiem dlaczego, ponieważ składy są zazwyczaj podobne. W każdym razie, cieszę się, że żel dobija już dna, bo wraz z nim skończy się moja męczarnia. Jeśli macie wrażliwą skórę, to uważajcie, proszę, na niego!

Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,55 €


Znacie ten żel? Jakie są Wasze wrażenia? Czy tylko mnie tak urządził? :(

niedziela, 21 grudnia 2014

Kwaśne orzeźwienie przez cały rok

Powoli kończy się pierwszy dzień astronomicznej zimy, a ja przychodzę do Was z powiewem lata i orzeźwiających drinków. Nie chcę odkładać tej recenzji do odległych upalnych dni następnego roku, bo do tego czasu z pewnością zapomnę o właściwościach opisywanego produktu. Na upartego mogę uargumentować recenzję żelu pod prysznic Mariella Rossi Cocktail „zbliżającym się” karnawałem;)
Od producenta: Kiedy ludzie myślą o Brazylii, wyobrażają sobie nie tylko lasy tropikalne i kilometry białych plaż, ale także brazylijski karnawał, jeden z najbardziej pasjonujących, kolorowych i niezwykłych świąt na świecie. Będąc kiedykolwiek w Brazylii nigdy nie zapomnisz o swoich tropikalnych letnich wieczorach, gorących rytmach i pysznych koktajlach. Nowy żel pod prysznic Mariella Rossi Cocktail dzięki swojemu oryginalnemu zapachowi odświeża skórę i zmysły oraz pozwala marzyć o brazylijskim koktajlu – Caipirinha. Używaj go każdego dnia i pozwól sobie odpłynąć w przyjemną podróż z zapachem tego fantastycznego miejsca.

Opakowanie: Wielka plastikowa butla, przypominająca swoim kształtem shaker do koktajli, z pompką.

Konsystencja: Rzadka, przezroczysta.

Kolor: Zielony.

Zapach: Orzeźwiający, a’la mojito.

Wydajność: Duża.

Skład: Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Sodium Chloride, PEG-7, Glyceryl Cocoate, Parfum, Sodium Benzoate, Citrid Acid, Glycol Distearate, Polyquaternium-7, Potassium Sorbate, Limonene, Hexyl Cinnamal, Laureth-4, CI 47005, CI 42090.

Moja opinia: Chociaż w denku zaznaczyłam, że nie wiem, czy wrócę do tego produktu, to dzisiaj dochodzę do wniosku, że jednak nie. I nie chodzi o to, że żel był zły, tylko o to, że ogromne pojemności kosmetyków nie są dla mnie :P To opakowanie zawierało w sobie więcej niż pół litra żelu i gdyby nie fakt, że moja rodzinka pomagała mi w jego zużyciu, to chyba stałby pod prysznicem przez kilka miesięcy;)
Jeśli chodzi o opakowanie, to miało fajny design, nawiązujący do zimnych koktajli idealnych do ugaszenia pragnienia (i nie tylko :P). Duży plus za pompkę – zawsze podobają mi się takie udogodnienia. Co prawda, miałam problem z pierwszym użyciem żelu, bo nie potrafiłam zwolnić blokady w tej pompce (z powodu mokrych dłoni wszystko mi się ślizgało), ale później nie było już żadnych komplikacji i pompka działała bez zarzutów.
Żel miał rzadką konsystencję, czego akurat nie lubię w produktach do kąpieli. Zdziwiło mnie to, że żel praktycznie w ogóle się nie pienił! I to już totalnie mi się nie spodobało!:/
Zapach przypominał mi trochę mojito, ale daleko było mu do słynnej limitki z Isany. Żel pachnie pewnie drinkiem z opisu producenta, czyli Caipirinhą – czy ktoś go kiedykolwiek pił? :D Aromat był lekko kwaśny, ale przez to orzeźwiający. Szkoda, że nie utrzymywał się na skórze.
Z dodatkowych informacji to nie wysuszał ani nie podrażniał skóry, co przemawia na jego korzyść. Na niekorzyść, natomiast, przemawia akurat wysoka cena (chociaż w stosunku do pojemności nie jest tak tragicznie) i słaba dostępność (chociaż co jakiś czas można go dorwać w Stonce i to za dyszkę). Podsumowując, polecam na upały, ale tylko dla fanów dużych pojemności, bo ja miałam go dość już od połowy :P 


Dostępność: Drogerie Polskie, Hebe
Pojemność: 600 ml
Cena: 13,90 zł

Lubicie duże pojemności w żelach pod prysznic? :D

środa, 30 lipca 2014

O kilku żelach pod prysznic, do których nie powrócę...

Jeśli ktoś jeszcze nie wie, to uwielbiam żele pod prysznic. Mogę powiedzieć, że właściwie jestem żelomaniaczką – zawsze mam ich nadmiar, bo nie mogę się opanować przed zakupem kolejnego ładnie pachnącego egzemplarza. Niestety, wielokrotnie mój nos mnie zwodził i to, co wydawało mi się na pierwszy węch przyjemnym aromatem, okazywało się pod prysznicem wielkim rozczarowaniem. W tym poście chciałabym przedstawić Wam sześciu gagatków, do których nie powrócę głównie ze względu na nieprzyjemny zapach. Czterech z nich pojawiło się już w moich denkach, ale jakoś nie złożyło się, żeby napisać o nich osobną recenzję.
Wiem, że żele pod prysznic z reguły nie wymagają długich recenzji, bo w końcu są to produkty, które mają jedynie oczyszczać skórę i nie wpływać negatywnie na jej stan, ale ten rodzaj kosmetyku jest takim moim „konikiem” w tematyce blogowej, dlatego nie chciałabym pominąć żadnego z nich. Niektóre żele nie zasługują na przydługie opisy, o niektórych nie miałam czasu napisać, więc postanowiłam przedstawić je dzisiaj w mini recenzjach. Być może ten nietypowy rodzaj postu wejdzie na stałe do mojego bloga, bo u mnie żele pod prysznic idą jak woda, a jak już wspomniałam, nie zawsze jest okazja na dłuższy wpis.

1. Żel pod prysznic Adidas Fruity rhythm: 
Był to chyba najgorszy żel ever i źle mi o tym pisać, bo dostałam go pod choinkę od Mamy (w zestawie razem z perfumami), mimo że sama go sobie wybrałam :P Zapowiadało się ciekawie, a wyszło inaczej… Nie dość, że perfumy okazały się minimalnie trwałe (ulatniały się po pół godzinie – recenzja tutaj), to jeszcze żel dowalił całkowicie:/
Swoim zapachem słabo przypominał perfumy. Pachniał w sumie brzydko, nie odczuwałam jakiejkolwiek przyjemności z jego użytkowania. Zero orzeźwienia, zero pobudzenia, a z tym  zawsze kojarzyły mi się żele sportowe.
Konsystencja była rzadka, przelewała się przez palce, słabo się pieniła. Żel był niewydajny. Jakby tego było mało, to jeszcze wysuszał skórę i podrażniał mnie na dekolcie :/
Kiedyś napisałam o nim w denku: „na upartego można przyznać mu plus za przezroczyste opakowanie”. No dobra, jeszcze kształt miało fajny - taka talia a’la osa :P Co ciekawe, był ważny 30 miesięcy od otwarcia, gdzie zazwyczaj spotykam się z okresem 12 miesięcy. Ja w każdym razie zużyłam go jak najszybciej…
Dostępność: Real
Pojemność: 250 ml
Cena: Zestaw perfumy+żel kosztował 39,99 zł (wydaje mi się, że sam żel kosztuje +/- 10 zł)


2. Żel pod prysznic Joanna Sweet Fantasy wanilia:
Producenta faktycznie poniosła fantazja, bo słodyczy to ja żadnej tam nie wyczuwałam. Jeśli kojarzycie zapach waniliowego olejku do ciasta, to tak właśnie pachniał (czyt. śmierdział) ten żel. Nie wiem, jakie ma właściwości pod prysznicem, bo ja postanowiłam zużyć go inaczej. Najpierw wlewałam go do miski z wodą, żeby wymoczyć sobie stopy, ale zapach jest tak okropny, że długo w tej misce nie „wysiedziałam”. Ostatecznie postanowiłam zużyć go do mycia rąk. Trochę wysusza moją skórę, a do tego nie zabija typowych zapachów. Nie jestem nawet pewna, czy domywa te ręce… No co Wam będę pisać, wali od niego na kilometr. Jedyny plus tego żelu to opakowanie z pompką, ale i tak go nie polecam!

Dostępność: Biedronka
Pojemność: 250 ml
Cena: 4,99 zł

3. Żel pod prysznic Fruit Kiss lilia wodna:
Kurde! I znowu Biedra, i znowu ten zapach nie do zniesienia. Wydawało mi się, że czuję lilię wodną, ale odkąd zapach przywołał wspomnienia z dzieciństwa, a konkretniej z inhalacjami na drogi oddechowe, to jego zużywanie stało się męczarnią. Nie mogłam znieść tego zapachu, więc też stosuję go zamiennie ze wspomnianym już śmierdziuchem (z Joanny) do mycia rąk. Szkoda, że zapach okazał się być do bani, bo pozostałe właściwości żelu są świetne – olejkowa konsystencja, ciekawe drobinki, dobra piana, nawilżenie skóry… Nie sądziłam, że powrócą one do Stonek, ale aktualnie możecie je tam dostać w trzech wariantach zapachowych. Ja na pewno nie skuszę się na żadną!
Dostępność: Biedronka
Pojemność: 300 ml
Cena: 4,99 zł
4. Żel pod prysznic Fa pink passion:
Na początku podobał mi się jego zapach i wkurzyłam się, gdy przeczytałam u jakiejś blogerki, że jest to żel o za słodkim zapachu, idealnym dla małych dziewczynek :P Potem przyznałam jej rację, ale jedynie w pierwszej części, bo po zużyciu połowy zawartości zapach zaczął mnie drażnić. Stał się męczący, mdły, za słodki, zbyt landrynkowy:/ Jakoś nie lubię wystawiać negatywnych opinii, gdy dostaję kosmetyk w prezencie, a już zwłaszcza od Mamy:/ :P
Żel dobrze się pienił. Konsystencja była średniogęsta, kolor różowy. Niestety, wysuszał moją skórę na ramionach. A żeby już tak nie kończyć pesymistycznie, to fajne miał opakowanie, takie dziewczęce, ale kolor nie do zniesienia :P Ogólnie lubię opakowania żeli z Fa, a najbardziej podoba mi się zakrętka, kojarząca się z kapsułą kosmiczną :P
Dostępność: ? (drogerie, markety)
Pojemność: 250 ml
Cena: ?

5. Żel pod prysznic Dusch das fruit & creamy:
Opakowanie miało ciekawy opływowy kształt, skojarzyło mi się z żelami firmy Radox. Niewątpliwą zaletą była zakrętka „niekapek”. Miał bardzo przyjemną kremową konsystencję, dzięki której skóra pozostawała gładka. Nie miał nadzwyczajnego działania, ale w żaden sposób mnie nie podrażnił.
Kiedyś wspominałam, że nie lubię żeli o zapachu multiwitaminy. Ta wersja pachniała z początku nawet przyjemnie, ale szybko się znudziła, bo stała się za słodka. Do tego żel był niewydajny.
Dostępność: niemieckie markety
Pojemność: 250 ml
Cena: mniej niż 1€ (w promocji)


6. Żel pod prysznic Kult lilia wodna&trawa cytrynowa:
Prawie stał się moim ulubieńcem… A historia jego zakupu jest taka, że przeczytałam w czyimś denku o żelu o zapachu trawy cytrynowej ze sklepu Aldi. Oczywiście jako fanatyczka tego zapachu zapragnęłam nabyć owy żel. Znalazłam, kupiłam, po czym okazało się, że to jednak nie ten (zapomniałam, jak wyglądała etykieta) :P Ja kupiłam wersję kremową połączoną z lilią wodną, ale nadal można gdzieś kupić samą trawę cytrynową (szczerze mówiąc, ja jeszcze na nią nie natrafiłam…).
W każdym razie, konsystencja była bardzo przyjemna w kontakcie ze skórą, dobrze się pieniła. Ciało było bardzo dobrze nawilżone, więc stanowiło idealną opcję dla mazidłowych leniuchów :P Niestety, czasami zdarzało się, że wyskakiwały mi zaczerwienienia na dekolcie, więc chyba coś jest jednak na rzeczy z tymi żelami z firmy Kult, bo inna wersja też mnie podrażniła (pisałam o niej tutaj) :/
Jeśli chodzi o zapach, to w ogóle nie czułam tam trawy cytrynowej a jedynie lilię wodną, której zapachu (jak możecie się już domyślać) nie znoszę. Nie wiem, gdzie podział się mój nochal, gdy kupowałam ten żel, ale pewnie znowu dostałam ogólnego zaćmienia na widok nazwy „trawa cytrynowa”:/ Odkładałam zużywanie tego żelu w nieskończoność, ale nie chciałam, żeby minął jego termin ważności, więc się zmusiłam :P Mimo wszystko, zapach działał na mnie orzeźwiająco, ale kąpałam się szybko, żeby dłużej nie czuć tej lilii wodnej :P
Dostępność: Aldi
Pojemność: 300 ml
Cena: 3,47 zł


Miałyście któryś z tych żeli pod prysznic? Co o nich sądzicie?
Dajcie znać czy spodobała się Wam taka skondensowana forma recenzji;)


Ps. Podałam Wam konkretne sklepy, gdzie kupiłam powyższe żele oraz ceny, za które je ówcześnie nabyłam.

wtorek, 24 czerwca 2014

Biedronkowy odpowiednik żelu pod prysznic z Nivea

Stonka słynie z najtańszych produktów, obejmujących również dział „urodowy”. Kremowy żel pod prysznic BeBeauty Happy Moments jest stałym bywalcem regału kosmetycznego. Już dawno był na mojej „żelowej liście”, ale nie spieszyło mi się z jego zakupem, bo wiedziałam, że nie będzie żadnego problemu z jego dostępnością. Mimo tego, nie mogłam przejść obok niego obojętnie, kiedy kilka miesięcy temu obniżyli jego standardową cenę o całe 30% :P Takie promocje nie wymagają w moim przypadku długiej manipulacji, no bo jak tu nie wziąć prawie pół litra żelu pod prysznic w zawrotnej cenie 2,65 zł? :D
Od producenta:
Opakowanie: Podłużne, plastikowe, z zakrętką na „klik”. Plastik jest dość twardy, przez co trudno wydobyć resztki żelu, dlatego trzeba sobie dopomóc, dolewając do środka wody – polecam zdjąć całą zakrętkę, gdyż wtedy ukazuje się naszym oczom o wiele większy otwór (uważajcie przy tym na swoje palce, bo ja sobie złamałam paznokcia!:/).
Szata graficzna utrzymana w kolorystyce biało-pomarańczowej jest skromna, ale mnie się podoba.

Konsystencja: Kremowa.
Kolor: Biały.

Zapach: Pobudzający, przyjemny. Utrzymuje się na skórze i jest wyczuwalny również w całej łazience.

Wydajność: Duża.

Skład:

Moja opinia: Niestety mam mieszane uczucia co do tego żelu. Największą zaletą, zaraz obok dużej pojemności i niskiej ceny, jest bardzo przyjemny i pobudzający zapach kwiatu pomarańczy, który długo utrzymuje się, zarówno na skórze, jak i w łazience. Przy takim aromacie naprawdę można się zrelaksować. Kremowa konsystencja jest przyjemna w dotyku, łatwo rozprowadza się na ciele i dobrze się pieni. W życiu nie pomyślałabym, że kremowy żel może wysuszać moją skórę, a jednak!:( Jakoś bym to zniosła, bo po prysznicu i tak staram się regularnie aplikować na ciało jakieś mazidło, jednak następna właściwość tego produktu przekreśliła go na całego. Mianowicie, po użyciu tego żelu na mojej skórze zaczęły pojawiać się czerwone plamy i krostki, głównie na ramionach i dekolcie, więc ewidentnie podrażnia mnie jakiś składnik:( Wielka szkoda, bo polubiłam się z tym produktem i na początku byłam pewna, że zakupię go ponownie. Chciałabym wypróbować innych wersji kremowego żelu z BeBeauty, ale nie chcę się rozczarować… Zastanawiałam się jeszcze nad zakupem żelu Happy Time z Nivea (jest pierwowzorem żelu biedronkowego), ale po porównaniu składów obu żeli (są bardzo zbliżone), nie zdecyduję się na niego.


Dostępność: Biedronka
Pojemność: 400 ml
Cena: 3,99 zł

Znacie ten żel? Porównywałyście go z pierwowzorem z Nivea?

czwartek, 29 maja 2014

Idealne połączenie i rozdzielenie zapachowe od Balea

Istnieje wiele zapachów, których nie toleruję w kosmetykach. Jednym z nich jest kokos. No po prostu nie lubię go i już, a mój nos wykrzywia się już przy pierwszym węchu. Czasami jednak bywa tak, że pewne okoliczności przyćmiewają umysł człowieka i mimo wszystko kupuje on produkt, którego zapach nie do końca mu odpowiada. Tak było ze mną podczas mojej zeszłorocznej wizyty w niemieckim DM-ie, gdzie zaopatrzyłam się w kremowy żel pod prysznic Balea kokos & nektarynka. Nie spieszyło mi się do jego zużywania, ale kiedy trafił już do mojej łazienki, to żałowałam, że nie zabrałam go tam wcześniej…


Od producenta: 
[Moje tłumaczenie:] Rozkoszuj się swoim codziennym rytuałem: Balea Prysznic& Krem rozpieszcza zmysły delikatnym zapachem i nadaje skórze gładkość w dotyku.
Rozpieszcza & pielęgnuje: Balea Prysznic& Krem z pielęgnującym mleczkiem i ekstraktami z kokosa, i nektarynek sprawia, że skóra jest miękka i aksamitna, a egzotycznym zapachem wywołuje rozpieszczenie zmysłów. Innowacyjna formuła nawilżająca Polyfructolu zachowuje głównie wilgoć i chroni skórę przed wysuszeniem. Szczególnie delikatny dla pielęgnacji skóry - idealny do codziennego prysznicu.
PH przyjazne dla skóry. Przetestowany dermatologicznie.

Opakowanie: Plastikowe, podłużne - tradycyjne dla żeli pod prysznic Balea. Wersja z kokosem i nektarynką jest w kolorystyce biało-niebieskiej, z kawałkiem kokosa, nektarynek i listków, spływających po wodzie i mleczku (domniemam: kokosowym) :P

Konsystencja: Miała być kremowa, a dla mnie nie różniła się niczym od innych, żelowych wersji Balea.
Kolor: Można było spodziewać się po zakrętce niebieskiego koloru (zazwyczaj kolor zakrętki odpowiada kolorowi zawartości produktu z Balea), ale żel okazał się być brzoskwiniowy.

Zapach: Kokosowo-nektarynkowy (więcej szczegółów w „mojej opinii”).

Wydajność: Standardowa, choć ja akurat oszczędzałam zawartość :P

Skład:

Moja opinia: Pomimo, iż jego właściwości były akurat zwyczajne (pienił się, mył ciało, nie podrażniając go), to już teraz wiem, że recenzowany żel trafi do moich kosmetycznych ulubieńców 2014 roku! W życiu bym się nie spodziewała, że tak bardzo polubię się z „kokosowym” kosmetykiem. Jego zapach był niezwykły! Po raz pierwszy spotkałam się z czymś takim, że potrafiłam wyczuć w zapachu żelu pod prysznic zarówno jego osobne składniki, jak i ich połączenie. Dużą rolę odgrywa tu pewnie nasza świadomość, bo wystarczy pomyśleć sobie „chcę poczuć tylko kokosa” albo „chcę poczuć tylko nektarynkę” i tak się dzieje (a przynajmniej tak było w moim przypadku :D)! Zapach kokosa w tym żelu był akurat znośny, bo na moje szczęście bardziej wyczuwalna była nektarynka (a może tylko taką selekcję nakazywałam swojej świadomości? :P). Sam zapach utrzymywał się na skórze, a dodatkowo wypełniał całą łazienkę! Serdecznie polecam ten produkt miłośnikom owocowych i słodkich zapachów, zwłaszcza że nie jest to edycja limitowana!:)

Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €

wtorek, 11 marca 2014

Okiem Omnomnoma #1

Dziewczyny! Dzisiaj zostawiam Was z nietypowym recenzentem, który zadebiutował przeszło rok temu (ale ten czas zapiernicza…!) za sprawą tej recenzji. Czytelniczki, które są ze mną od niedawna, mogły zapoznać się z jego wizerunkiem w tym poście. Dzisiejsze spotkanie inauguruje pierwszą w historii bloga serię recenzji pt. „Okiem Omnomnoma”! Przywitajcie go gromkimi brawami! :D


Witajcie ludziska, Ciasteczkowy Potwór Was dzisiaj ściska!


Jako że za oknem piękna wiosenna pogoda a na blogu Neonowej panuje jeszcze zima, postanowiłem dać o sobie znać w postaci małej recenzji.


Jak wpadłem na żel pod prysznic firmy Balea pewno już wiecie z powyższego filmiku - kilka siniaków, stłuczeń, ale wynagrodziły mi to zdobyte ciasteczka :) Przeszło mi nawet przez myśl, by owe ciacha rozdać w konkursie, jednak pokusa była większa i zostały "one" wchłonięte zanim pomysł wpadł do futrzastej głowy. Jak wypadła recenzja ciastee.... yyyym Balei przez Ciachowego Potwora? Ano zatem od samiutkiego początku...


Od producenta:
Nicht verstehen… Neonowa mówi, żebyście zajrzeli tutaj i zamiast „soczystym brazylijskim mango” wstawili „świeżym hawajskim ananasem” ^^

Opakowanie na pierwszy rzut oka nie budzi zastrzeżeń. Jako że lubię ananasy, już malutki plus za grafikę informującą o tym, iż po otwarciu powinien "zaatakować" mnie owy owoc. Czy zaatakował nokautująco? Co prawda, dawno nie pałaszowałem ananasa, ale jego zapach jest dosyć charakterystyczny. Na pierwszy mój węch ananasa nie stwierdziłem. Kokos, jako drugi owoc zamknięty w żelu, też mi się nie skojarzył. Może to wina mojego upadku przez opakowanie i zapachy się zmiksowały :P
Z otwarciem wieczka nie było najmniejszych problemów, jak i z jego zamknięciem - testy zderzeniowe wykazały, iż pomimo zdrowego huknięcia przeze mnie o produkt Balei, nic się nie ulało. To samo tyczy się opakowania i jego wytrzymałości przy otwieraniu ciastek :P Spokojnie zatem - jeśli przydarzyłby się upadek opakowania w łazience, akcja z mopem (jeśli macie kafelki) nie będzie potrzebna.

Wróćmy do zapachu
Po drugim hauście do mego noska i zamkniętych ocząt ujawniła się hawajska wyspa i ja na hamaku z drinkiem ze słomką w otwartym kokosie. Coś zatem z tego kokosa jest :P Bojąc się, że odpłynę z tym hamakiem na zbyt głębokie wody, przestałem testować zapach. Oceniam go pozytywnie, choć meszka mi nie urywa.

Kolej na kolor i konsystencję zawartości. 
Po ulaniu ukazuje się zielonkawy kolor, podobny jakby do jakiegoś żrącego kwasu o niewiadomym pochodzeniu. Przetestowałem żel na gąbce Balbince - żyje do dziś, czyli nie powinnien podrażniać skóry.

Czas na test terenowy... Po którymś tam z kolei użyciu nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził jak się ma trwałość zapachu po wojażach terenowych. Wynik: troszkę go czułem, natomiast Moja Druga Połowa Ciacha po poproszeniu o wypowiedzenie się czy coś czuje, dała wynik negatywny – stwierdzam, że nos do żeli do ciała to mam tylko ekhmmm... ja ^^

Wydajność Balei: Przyznam sie bez bicia, że nie używałem go nader często, ale ślepo mogę strzelać, iż na miesiąc powinien starczyć.

Skład:

Wrażenia z samego użytkowania są takie, jak przy większości używanych żeli. Ja osobiście czekam na taki, który przy użyciu wyrzuci mnie na drugą stronę Księżyca. Zasłyszałem też o jakiś hejtach na ten produkt wśród środowiska blogowego. Nie pytajcie o szczegóły, bo sam w tym nie siedzę :P Jaką zatem opinię wystawić jako ten nieznający się, ale czasem też testujący, zwierz? Osobiście nie podpadł mi w niczym, no… może poza paroma siniakami, dlatego z czystym sumieniem daje w rankingu od 0 do 5 mocne 4.

Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €

Jeśli Neonowa się zgodzi, to mogę w konkursie udostępnić Wam jedno opakowanie ciasteczek z jakimś bonusem ode mnie;), także wszelkie marudzenia przesyłajcie do Niej.


Miłego dnia i całuchy od Waszego Potwora Ciastkowego! Omnomnom…


Ps. Neonowa napisała wcześniej recenzje dwóch pozostałych żeli Balea z letniej limitowanej edycji. O mango pochodzącym prosto z Brazylii poczytacie tutaj, natomiast o dziwacznej marakuji - tutaj.

piątek, 6 grudnia 2013

Filozoficzna rozkmina nad żelem Balea z Fidżi

Odwiedzając na wakacjach niemiecki DM (o zakupach i refleksjach z nimi związanych pisałam tutaj), zakupiłam kilka kosmetyków do mycia ciała, w tym całą ówczesną edycję limitowaną żeli. Bardzo lubię kolor niebieski, marakuję również, dlatego byłam przekonana, iż żel pod prysznic Balea Fiji Passionfruit automatycznie stanie się moim faworytem. A tu taki klops...
Od producenta:
Producent nie wysilił się przy opisie wakacyjnej limitki, zastosował opcję ctrl+c i ctrl+v, zamieszczając ten sam tekst na opakowaniu każdej wersji żelu. Wstawił jedynie właściwe nazwy zapachów.
Jeśli należycie do tych, które „Ich verstehe nicht”, to zapraszam do brazylijskiego opisu (tutaj). Nie zapomnijcie tylko zamienić mango na marakuję :P

Opakowanie:
Względem kształtu jest takie samo dla całej serii, więc tak czy siak zapraszam do posta o wersji mango (patrz wyżej) :P
Przy etykiecie natomiast zaczyna się jazda… Zacznijmy od nazwy żelu - „Passionfruit”. I teraz rozlegają się brawa dla Neonowej, która dopiero przy pisaniu recenzji zorientowała się, że to jednak nie o kwiat pasji cały czas chodziło:] Nazwa „Passion flower” już kilkakrotnie przewinęła się w jej żelowej karierze, więc postawiła na przyzwyczajenie i tym razem nie rozróżniła literek.
Po pierwszym oriencie Neonowa zaczęła rozkminiać dalej. Zasięgnęła informacji od Wujka Gugla, który przetłumaczył jej, iż „Passionfruit” ze szwabskiego oznacza „marakuję”. 
Skoro część werbalną mamy opanowaną, to przejdźmy do części wizualnej. No i co my tu widzimy? Marakuja obecna, ok. Ale co do cholery robi tam pomarańcza i to coś przypominające w przekroju arbuza, lecz arbuzem nie będące, a zowiące się guawą (tak apropos, Balea miała swego czasu odrębny żel o takim zapachu)? No dobra, jak już muszą tam być, to niech będą... 
Ok, owoce mamy za sobą. Zostały jeszcze kwiatki. Ten u góry, po prawej stronie, ze śmiesznym środkiem, to jest właśnie kwiat pasji. I w tym momencie Neonowa doznała totalnego mętliku. „Czyżby jednak kwiat pasji miał coś wspólnego z marakują?” – zastanawiała się, nie dając za wygraną. No popatrzcie same (/sami, bo podobno jakieś facety tutaj również zaglądają :D) – kwiat pasji to kwiatek, a owoc pasji to marakuja. Czy jest to zatem jedna roślina? Neonowa rozpaczliwie skontaktowała się z Ciocią Wikipedią, która to załamała ją całkowicie, informując, iż passiflora + marakuja = „męczennica jadalna” :] 
Neonową z tego wszystkiego rozbolała główka. Dodatkowo (jakby tego było mało) doznała smuteczku po autostwierdzeniu, że jej rozumek jest wielkości rozumku Kubusia Puchatka i nie chciała już spoglądać w stronę dwóch pozostałych kwiatków z etykiety, które na pierwszy rzut oka są identyczne, a jednak tak bardzo się różnią…

Konsystencja: Średniogęsta, bardziej w kierunku „lejącej” (:P).
Kolor: Lazurowy. Szczerze mówiąc Neonowej gałki wyszły z orbit jak po raz pierwszy użyła tego żelu, bo jeszcze nigdy nie spotkała się z takim kolorem w jakimkolwiek kosmetyku. I tutaj nastąpił orient numer dwa, iż ogólnie kolor zawartości produktów z Balea odpowiada kolorom z etykiet, bądź kolorom zatyczek żeli z Balea. I like it! :D

Zapach: Miało być pięknie, miało być cudnie. Miało pachnieć marakują/kwiatem pasji a pachnie czym? Multiwitaminą! Kurde!:[ Nie znoszę tego zapachu, bo kojarzy mi się z sokiem wieloowocowym, który omijam szerokim łukiem, gdyż zawsze drapie mnie po nim w gardle:]  

Wydajność: Zwyczajna – żel zużyłam w przeciągu miesiąca.

Moja opinia: Zapowiadało się dobrze, gdyż wskazywały na to: ładne opakowanie (pomijając męczącą dla rozumku etykietę :P), smerfny kolor żelu, niska cena oraz „no bo to ta BALEA!” (tutaj następuje szał ciał:]). Spektakularny efekt końcowy przekreślił jednak nieprzyjemny dla mych nozdrzy zapach:/ Bo jaka to przyjemność myć się po całym dniu żelem (który w swoich właściwościach jest notabene zwyklaczkiem), kiedy unoszący się w całej łazience (i oczywiście tylko wtedy, bo po co zostawać na skórze dłużej?) zapach nam nie odpowiada i zamiast relaksować, męczy?:/

Skład:
Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €



Używałyście tego żelu? Jakie były Wasze wrażenia? Który żel z wakacyjnej limitki podbił Wasze serce najbardziej?;)


Ps. Zachęcam Was do śledzenia na bieżąco mojego bloga, gdyż w nieodległym czasie pojawi się recenzja trzeciego, już ostatniego, wariantu żelu z wakacyjnej edycji limitowanej Balea. A powiem Wam, że będzie się działo! Oj, będzie!;)

piątek, 4 października 2013

#100 Brazylijskie mango

Zanim przejdę do recenzji, chcę zaznaczyć, że dzisiaj piszę dla Was setny post z czego niezmiernie się cieszę:) I kto by pomyślał, że przy tej szczególnej okazji padnie na recenzję żelu z osławionej już marki Balea. Ale spokojnie, dzisiaj obędzie się bez kontrowersji :P

Całkiem przypadkowo mango przewinęło się u mnie trzykrotnie podczas tegorocznych wakacji. Jeden kosmetyk w takiej właśnie wersji zapachowej wzbudził we mnie pozytywny odbiór a drugi wręcz przeciwnie. Głosem rozstrzygającym okazał się być żel pod prysznic Balea Brazil Mango z letniej edycji limitowanej. Jak myślicie, którą szalę przeważył?


Od producenta: 

Z niemieckiego pamiętam jedynie podstawowe zwroty, dlatego przy opisie wspomagałam się translatorem wujka gugla i ubrałam to w całość po swojemu :P

Egzotyczna przerwa – może zainspirować was świeżymi i owocowymi nutami zapachowymi, które zabiorą was do raju tego świata.
Odświeżenie & pielęgnacja: Zapraszamy was na szczególną chwilę. Tropikalno-owocowy zapach zainspirowany soczystym brazylijskim mango sprawia, że prysznic jest wyjątkowym doświadczeniem i pozwala daleko zawędrować waszym umysłom. Nawilżająca formuła pielęgnacyjna zachowuje równowagę wilgoci i chroni skórę przed wysuszeniem.
PH przyjazne dla skóry. Przetestowany dermatologicznie.

Opakowanie: Plastikowa, płaska i minimalnie rozszerzona po bokach butelka. Strasznie podoba mi się zakrętka, ponieważ jest wykonana z bardzo mocnego plastiku, przez co mam pewność, że zawartość żelu nie wyleje się samoczynnie. Za każdym razem muszę wspomagać się drugim kciukiem, aby otworzyć zakrętkę, więc potrzeba naprawdę dużej siły, żeby się złamała :P
Balea wzbudza nasze zainteresowanie przede wszystkim kolorowymi i ładnymi etykietami. Nie da się przejść obojętnie obok takiego designu, niezależnie od rodzaju żelu (jak również innych produktów tej firmy). Na limitowanej wersji brazylijskiej widzimy przekrojone mango, grejpfruta i jakieś niezidentyfikowane cuś (czyt. kwiat i liście :P). Podoba mi się też to, że kolor zakrętki jest adekwatny do koloru etykiety, a nawet koloru żelu.

Konsystencja: Średniogęsta.

Kolor: Pomarańczowy.

Zapach: O tak! Zapach prawdziwego (chyba :P), soczystego mango! Przepiękny! Słodki, ale z delikatnie wyczuwalną goryczą grejpfruta. Bardzo umilał mi prysznic po kilku średnio lub beznadziejnie pachnących żelach, jakie niestety mam w swojej „kolekcji”. Był orzeźwiający i idealnie sprawdził się w lecie. Przyznam, że jest to jak na razie pierwszy kosmetyk z Balea, który oczarował mnie swoim zapachem i po którego z wielką chęcią sięgnęłabym ponownie z aromatycznego powodu. Największa szkoda, że zapach przez bardzo krótki czas utrzymywał się na skórze, za to dosyć długo unosił się w łazience :P

Działanie: Nie zauważyłam tutaj żadnych nadzwyczajnych właściwości. Dobrze się pienił, nie podrażniał skóry i nie wysuszał jej, czyli robił to, co większość żeli, które miałam okazję używać. 

Wydajność: Standardowa. Wystarczył mi na jakiś miesiąc.

Skład: 

Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €

Która wersja żelu z letniej edycji limitowanej najbardziej przypadła Wam do gustu?

EDIT:
"Jakieś niezidentyfikowane cuś" okazało się być strelicją królewską (ang. Bird of Paradise) ;)