Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do rąk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem do rąk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 28 września 2015

Kolejna cytryna w zbyt wysokiej cenie

Kilka miesięcy temu zrecenzowałam na swoim blogu otulające masło do ciała, z którego nie byłam do końca zadowolona (recenzja). Dzięki bardzo dawnej wygranej w rozdaniu u Strawberry miałam jeszcze jedną okazję, aby wyrobić sobie opinię na temat produktów firmy Pat&Rub, ponieważ do wspomnianego masła dołączony był orzeźwiający balsam do rąk. Czy tym razem kosmetyk spełnił moje oczekiwania? Zapraszam do lektury!
Od producenta: Prawdziwa bomba dobroczynnych substancji pielęgnujących dla zmęczonej i suchej skóry dłoni. Surowce użyte do skomponowania balsamu odżywiają, nawilżają, zmiękczają, rozjaśniają, koją i uelastyczniają skórę dłoni. Sprawiają, że balsam świetnie się wchłania. Cytrusowo-ziołowy ekoaromat orzeźwia.

Opakowanie: Plastikowe, podłużne, z pompką air-less i zakrętką. Etykieta w kolorze zielonym, design typowy dla produktów Pat&Rub. Dzięki bocznemu prześwitowi przy tejże etykiecie możemy kontrolować zużycie kosmetyku.
Konsystencja: Kremowa, lekka.
Kolor: Biały.

Zapach: Cytrusowo-ziołowy, intensywny.

Skład: Aqua, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Caprylic/Capric Triglyceride, Decyl Cocoate, Glycerin, Citrus Lemon Fruit Extract, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil (and) Hydrogenated Olive Oil, Persea Gratissima (Avocado) Oil (and) Hydrogenated Vegetable Oil, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Fruit Extract, Cetearyl Alcohol, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, Cetearyl Glucoside, Parfum, Dehydroacetic Acid, Benzyl Alcohol, Sodium Hyaluronate, Sodium Phytate, Tocopherol (mixed), Beta-Sitosterol, Squalene, Citral, Citronellol, D-Limonene, Geraniol, Linalool.

Moja opinia: Po raz pierwszy miałam do czynienia z taką nietypową formą opakowania produktu do rąk. Nie dość, że nie jest ono standardową tubką, to posiada pompkę i to jeszcze typu air-less. Z jednej strony spodobało mi się to rozwiązanie, bo łatwiej i wygodniej wydobywa się odpowiednią ilość balsamu, ale z drugiej strony zastanawiam się, czy jest ono rzeczywiście ekonomiczne. Pompka typu air-less ma powodować, że zużyjemy produkt do „ostatniej kropli”, ponieważ jego zawartość jest wypychana przez unoszące się dno. Kiedy teoretycznie zużyłam swój balsam, czyli kiedy dolna część pompki doszła do samej góry opakowania, widać było resztki kosmetyku wewnątrz całej pompki, a zwłaszcza przy samym otworze. Gdyby balsam znajdował się w zwykłej tubce, można byłoby ją bez problemu rozciąć i zużyć faktycznie całą zawartość. Tutaj ewentualnie można spróbować rozwalić to opakowanie na części, ale komu chciałoby się z tym babrać? W każdym razie, opakowanie jest higieniczne, bo zawartość nie ma kontaktu z powietrzem. Dodam jeszcze, że na posiadanym przeze mnie egzemplarzu widniała na etykiecie informacja, iż kosmetyk (wraz z dwoma innymi produktami z tej serii) pochodzi z edycji limitowanej z okazji piątych urodzin marki, ale po czasie, tak samo jak w przypadku serii otulającej, wszedł on do stałej sprzedaży.
Zapach orzeźwiającego balsamu tworzą, wg producenta, pomarańcze, grejpfruty i zioła. Balsam rzeczywiście pachnie cytrusowo-ziołowo, ale trudno wyczuć w nim poszczególne nuty, bo główny prym (znowu!!!) wiedzie aromat cytrynowy. Zapach jest intensywny i bardzo długo pozostaje na naszej skórze (chyba jak we wszystkich produktach tej firmy). Tym razem akurat mi się podoba, ale mógłby być chociaż trochę delikatniejszy.
Balsam posiada lekką, ale zbitą konsystencję, więc nie rozlewa się na dłoni. Można w sumie powiedzieć, że jest to krem do rąk w lżejszej wersji. Produkt potrzebuje chwili na wchłonięcie i pozostawia po sobie delikatny film na jakiś czas. Dłonie momentalnie stają się miękkie w dotyku, a suche miejsca - niewidoczne. Niestety, nawilżające efekty są bardzo krótkotrwałe, bo już po kilkunastu minutach naskórek wraca do swojego pierwotnego stanu. Odżywienia, rozjaśnienia i ukojenia skóry nie zauważyłam.
O cenie nie będę się rozpisywać, bo zrobiłam to przy okazji recenzji masła. Powtórzę jedynie, że nie warto przepłacać, bo w moim przypadku o niebo lepiej sprawdza się apteczny krem za 3 złocisze…
Podsumowując, znowu nie jestem do końca zadowolona z produktu Pat&Rub. O ile zamysł opakowania, orzeźwiający zapach i konsystencja były całkiem ok, to tym razem samo działanie balsamu okazało się słabiutkie. Podejrzewam, że orzeźwiający balsam sprawdzi się jedynie u osób z normalną skórą dłoni, które nie potrzebują wymagającej pielęgnacji. Nie sądzę, żeby w okresie grzewczym dał radę, ale na wiosnę i lato powinien być dla nich satysfakcjonujący.

Dostępność: Sklep on-line Pat&Rub, Sephora
Pojemność: 100 ml
Cena: 45 zł

Znacie ten balsam? A może mieliście okazję wypróbować inny kosmetyk z tej serii?

wtorek, 27 stycznia 2015

Kremowy strzał w dziewiątkę!

Nadal szukam ideału wśród kremów do pielęgnacji problematycznych dłoni, które swoje apogeum przeżywają w okresie jesienno-zimowym. Z początkiem września dostałam od mojej Mamy glicerynowo-aloesowy krem do rąk do skóry podrażnionej Anida, który dość przypadkowo zakupiła w aptece. I to był strzał w dziewiątkę (tak, nie dziesiątkę)!
Od producenta:
Opakowanie: Wąska, podłużna tubka z zakrętką. Etykieta w kolorystyce biało-zielonej zawiera same najpotrzebniejsze informacje.

Konsystencja: Lekka, łatwo się rozprowadza.

Kolor: Biały.

Zapach: Delikatny, przyjemny.

Skład:
Moja opinia: Produkt znalazł się w gronie moich Kosmetycznych Hitów ubiegłego roku. Ze wszystkich właściwości najbardziej przypadła mi do gustu jego lekka, niemalże śmietankowa, formuła, która bez najmniejszych problemów rozprowadza się po skórze oraz wchłania się na tyle szybko, że już po ok. 30 sek możemy śmiało przechodzić do wykonywania wszelkich manualnych czynności. Zapach kremu jest delikatny i przyjemny. Chociaż produkt zawiera wyciąg z aloesu i nagietka, to ja nie wyczuwam w nim żadnego z tych aromatów, co dla mojego nosa oznacza akurat bardzo komfortowe warunki.
Krem spełnia obietnice producenta. Po aplikacji produktu skóra dłoni jest rzeczywiście bardzo dobrze nawilżona i elastyczna, dzięki czemu zdążyłam zapomnieć, jak wyglądają tzw. suche skórki. Zgodzę się również z zapewnieniem co do łagodzenia podrażnień – czerwone plamy na dłoniach, wynikające z niskich temperatur czy działania detergentów, stają się różowe, a z czasem mocno bledną. Dlaczego więc oceniam go na 9-tkę a nie 10-tkę? Jeśli regeneracja skóry jest dla producenta równoznaczna ze złagodzeniem podrażnień, to faktycznie wywiązał się on ze wszystkich obietnic na opakowaniu. Dla mnie jednak nie jest to tym samym. W moim przypadku krem jedynie łagodzi podrażniony naskórek, ale nie naprawia go w stu procentach. Wiem, że nie jest to produkt leczniczy, dlatego też nie wymagam od niego cudów.
Regularne stosowanie tego produktu stało się dla mnie wielką przyjemnością, ponieważ widzę jego dużą skuteczność. Inne kremy wymagały ode mnie kilkunastu aplikacji w ciągu dnia, a teraz liczba ta została zmniejszona do kilku użyć. Dzięki temu krem jest jeszcze bardziej wydajny, a do tego jest śmiesznie tani! I choć całkowicie nie regeneruje moich dłoni, to na chwilę obecną nie szukam jego zamiennika. Stał się moim numerem jeden i to na cały rok, a nie tylko na okres jesienno-zimowy! Jego jedynym minusem jest niestety słaba dostępność, ponieważ tę wersję możemy kupić wyłącznie w aptekach (i to nie w każdej) lub online.

Dostępność: niektóre apteki
Pojemność: 100 ml + 25 ml gratis
Cena: 4,30 zł


Znacie ten krem? Polecacie jakieś inne produkty z firmy Anida?


środa, 11 czerwca 2014

Biegiem do Lidla! W podskokach! :P

Pamiętam, że nawilżający krem do rąk Cien znajdował się kiedyś na półeczce pod lustrem w łazience mojego rodzinnego domu. Za pewne kupiła go moja Mama. Na wakacjach (czy kiedy to tam mogło być) użyłam go parę razy i nie zrobił na mnie spektakularnego wrażenia. Pomyślałam sobie wtedy: „No i czegóż więcej mogłam się spodziewać po kremie z Lidla?”
Po kilku miesiącach, ku mojemu zdziwieniu, natknęłam się na kilka bardzo pozytywnych recenzji na jego temat i zaczęłam się zastanawiać, co takiego „świetnego” w sobie posiada, że jest aż tak zachwalany. Po jakimś czasie zdążyłam już zapomnieć o tym kremie, ale sam postanowił dać o sobie znać, kiedy stojąc któregoś dnia w kolejce do kasy w Lidlu, przykuł moją uwagę :D Postanowiłam dać mu szansę i ostatnim rzutem na taśmę znalazł się wśród moich zakupów :P


Od producenta: 
Opakowanie: Krem znajduje się w plastikowej, podłużnej tubce z zakrętką na „klik”. Swoją biało-fioletową (aparat twierdzi jednak, że biało-niebieską :P) szatą graficzną, z widocznymi migdałami kojarzy mi się z jednym z wariantów kremu do rąk Nivea (możecie porównać sobie tutaj).

Konsystencja: Lekka, nawilżająca.
Kolor: Biały.

Zapach: Przyjemny i bardzo charakterystyczny.

Wydajność: Bardzo duża. Mnie wystarczył na pół roku prawie codziennego stosowania!

Skład: 

Moja opinia: Początkowo podeszłam do tego kremu sceptycznie (jak i do wielu innych kosmetyków z marketów), ale szybko wyrobiłam sobie o nim pozytywną opinię. Ten krem jest świetny! Nie poradzi sobie oczywiście z bardzo suchą skórą dłoni, ale nie taki jest jego cel, bo ma jedynie nawilżać i to właśnie robi. Moje dłonie są już w lepszej kondycji (w porównaniu z jesienią i zimą), więc taka lekka formuła jest dla mnie wystarczająca. Co prawda, pozostawia po sobie dziwną powłoczkę, ale nie jest ona na tyle przeszkadzająca, żeby uniemożliwiała robienie czegokolwiek po chwili od aplikacji kremu. Nie potrafię dokładnie określić zapachu tego produktu, bo nie wiem jak pachnie masło Shea, ale jestem przekonana, że gdyby ktoś zasłonił mi oczy i podstawił kilka kremów pod nos, to bez problemu rozpoznałabym ten lidlowski. Krem jest baaardzo wydajny i choć po jakimś czasie poczułam się nim znudzona, to teraz żałuję, że powoli zaczyna dobijać dna… Co tu dużo pisać – jeśli szukacie lekkiego, przyjemnego i taniego kremu do rąk, to lećcie po niego do Lidla! Ostatnio zauważyłam, że pojawiły się też inne wersje tego kremu, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie;)


Dostępność: Lidl
Pojemność: 125 ml
Cena: 3,99 zł

Znacie ten krem? Próbowałyście już innych wersji? Polecacie je?

wtorek, 10 grudnia 2013

Nieodpowiedni krem na chłodniejsze dni

W okresie jesienno-zimowym preferuję zmianę pielęgnacji dłoni, przechodząc z lekkich kremów w te bardziej gęste. Jeszcze na wiosnę zaopatrzyłam się w regenerujący krem do rąk Verona Perfection Spa zielona herbata & limonka, zwracając uwagę jedynie na zapach. Dopiero w domu, kiedy użyłam go po raz pierwszy, jego zawartość okazała się być tłusta, dlatego postanowiłam, że produkt poleżakuje sobie w zapasach do czasu nastania chłodniejszych pór roku.
Od producenta: Dzięki doskonale dobranym składnikom intensywnie pielęgnuje, odżywia i regeneruje skórę rąk. Nadaje zdrowy wygląd, wygładza, zmiękcza i uelastycznia. Twoje dłonie zachowują piękny i młodzieńczy wygląd.
Składniki aktywne:
Ekstrakt z zielonej herbaty – działa odmładzająco, fotoochronnie. Ekstrakt z limonki – tonizuje skórę oraz delikatnie ją rozjaśnia, ma właściwości oczyszczające i wybielające. Witamina E – chroni przed wolnymi rodnikami i negatywnym wpływem zanieczyszczenia środowiska. Olej ze słodkich migdałów – działa odżywczo.

Opakowanie: Krem znajduje się w plastikowej tubce z zakrętką na „klik”. W zakrętce tej znajduje się dzióbek, dzięki któremu krem aplikuje się bezpośrednio na dłoń, nie brudząc przy tym zakrętki. Szata graficzna opakowania nie powala, ale limonki są, więc jest dobrze :P Sam plastik okazał się przezroczysty, więc widać ile zostało zawartości. Niestety, trzeba było go rozcinać, aby wydobyć resztki.

Konsystencja: Gęsta, zbita.
Kolor: Rozbielona zieleń.

Zapach: Producent napisał prawdę. W kremie czuć wyraźnie połączenie zielonej herbaty i limonki:)

Wydajność: Średnia.

Moja opinia: Poza przyjemnym dla nosa i orzeźwiającym zapachem krem nie zachwycił mnie niczym specjalnym. No dobra, może jeszcze trochę podobała mi się "zbitość" kremu, dzięki czemu bez problemów wydostawał się z opakowania. Sam krem był jednak bardzo tłusty i powoli się wchłaniał. Z regeneracją skóry to akurat nie miał nic wspólnego – po krótkim czasie od wchłonięcia kremu dłonie znowu stawały się wysuszone i szorstkie, więc gęstość kremu nie szła w parze z treściwością:/ Nie obeszło się zatem bez wielokrotnej aplikacji w ciągu dnia, co przekładało się na średnią wydajność.

Dostępność: Natura
Pojemność: 75 ml
Cena: 4,99 zł

Znacie ten krem? Lubicie to konkretne połączenie zapachowe w kosmetykach?:)

wtorek, 23 lipca 2013

Pożegnanie z jagodami (oraz całą serią) raz na zawsze

Letnie porządki, o których wspominałam we wczorajszym poście, pozwoliły mi również na odgruzowanie produktów, których stosowanie odkładałam w czasie, przez co ich data ważności powoli zbliża się ku końcowi. Jednym z takich "odkopanych" kosmetyków jest glicerynowy krem do rąk Cztery Pory Roku (jagodowy). Kiedyś bardzo lubiłam kremy z tej firmy dzięki przepięknym owocowym lub kwiatowym zapachom, jednak po wypróbowaniu zimowych wersji, moja sympatia przerodziła się w antypatię. Nie pomogła nawet zmiana zastosowania tych kremów z rąk na nogi i obecnie wiem, że do tych produktów już nigdy nie powrócę.


Od producenta:

Opakowanie: Krem znajduje się w plastikowej, wysokiej tubce, która mieści sporo zawartości, co czasami mnie przeraża. Nie ma większych problemów z wydobyciem pozostałości, jednakże nie obędzie się bez rozcięcia opakowania.

Kolor: Biały.

Konsystencja: Średniogęsta, ale za to bardzo tłusta.

Zapach: Mmm... choć jagody nie smakują mi zupełnie, to ich chemiczny zapach w tym kremie bardzo mi się podoba. Jest słodki i lubię się nim odurzać :D Dosyć długo utrzymuje się na skórze i to jest w nim najlepsze!

Działanie: Mam wrażenie, że opis producenta pokrywa się z rzeczywistością jedynie w kwestii zmiękczania naskórka :] Krem jest bardzo tłusty (pewnie przez glicerynę zawartą w składzie), przez co wchłania się bardzo powoli i pozostawia nieprzyjemny film na skórze. Nie regeneruje jej, a już na pewno nie likwiduje suchości. Niestety, jest wręcz odwrotnie, gdyż krem wysusza skórę i wygląda ona gorzej niż przed aplikacją produktu. Krem zupełnie nie nadaje się do stosowania w zimie, a w okresie letnim sprawia, że skóra czuje się przeciążona tłustością. Piękny jagodowy zapach to jedyny walor tego produktu, który jednak nie jest w stanie przeciążyć szali wad.

Wydajność: Jak na złość jest bardzo, ale to bardzo wydajny. 

Skład:

Dostępność: Rossmann, Real
Pojemność: 130 ml
Cena: ok. 3-4 zł

sobota, 4 maja 2013

Happy end

Nie, nie usuwam bloga. Nie wygrałam miliona w totka. Nie uważam też, aby koniec weekendu majowego był powodem do szczęścia. "Szczęśliwym końcem" suchej skóry moich dłoni okazał się być odżywczy krem do rąk i paznokci Happy End Bielenda. Wygrałam go w lutowym rozdaniu u Patishq i bardzo cieszę się z tego faktu, bo inaczej przeszedłby koło mnie niezauważony.

Od producenta: 

Opakowanie: Krem znajduje się w wysokiej i wąskiej plastikowej tubce z zakrętką "na klik". Dobrze trzyma się ją w dłoni, nie wyślizguje się. Opakowanie jest mocno pomarańczowe, przez co szybko przykuwa wzrok. Zarówno z przodu, jak i z tyłu, zostajemy zasypani informacjami na temat tego produktu. Zawsze odstrasza mnie taka ilość napisów, dlatego czytam je pobieżnie. 

Zapach: Nie wiem czym pachnie ten krem, ale urzekł mnie jego zapach! Zanim jeszcze zaaplikowałam zawartość na dłoń, wiedziałam, że będę zadowolona z tego produktu. Zapach jest bardzo przyjemny, początkowo intensywny, ale zanika z czasem po rozprowadzeniu kremu na skórze. Do tej pory byłam wierna kremom z Czterech Pór Roku za piękne owocowe lub kwiatowe zapachy, ale jak się okazuje mój nos lubi też bliżej niezidentyfikowane zapaszki. Cały czas myślałam, że może tak pachnieć masło karite (shea), które jest w składzie produktu, ale doczytałam w sieci, że jest ono raczej bezwonne...

Kolor: Biały.

Konsystencja: Średniogęsta, tłusta. Na szczęście dobrze się ją rozprowadza, a do tego dosyć szybko się wchłania. 
Działanie: Nie spodziewałam się, że ten niepozorny z wyglądu kremik okaże się strzałem w dziesiątkę (co prawda nie moim, ale Patishq :P)! Szkoda, że nie zaczęłam stosować go w zimie, bo jestem ciekawa jak poradziłby sobie z bardzo przesuszoną skórą dłoni. Obecnie nie mam aż tak suchej skóry, ale czasami staje się taka przy niższej temperaturze czy częstszym kontakcie z wodą lub detergentami. W każdym razie, krem działa świetnie! Faktycznie dobrze odżywia, wygładza i zmiękcza skórę. Nie wiem jak radzi sobie z regeneracją naskórka czy też podrażnieniami, ale jako zwykły krem do pielęgnacji i nawilżania spisuje się nieźle. Jak już wspomniałam, nie trzeba długo czekać na jego wchłonięcie, a przyjemny zapaszek bardzo umila tę czynność.

Wydajność: Kremu używam od miesiąca i została mi może 1/4 zawartości. Zdecydowanie znika szybciej niż kremy CPR, z którymi najczęściej miałam do czynienia. Podejrzewam, że jest to spowodowane lżejszą  od nich konsystencją. Nie jestem jednak przekonana czy jest to jedynie zasługa konsystencji, bo właściwie kremów CPR używałam kilka razy w ciągu dnia, a starczały mi na dłużej. Niemniej jednak bardzo się cieszę, że maksymalna ilość aplikowania kremu na dłonie wynosi obecnie tylko dwa razy na dzień!:)  

Dostępność: ? (Rossmann)
Pojemność: 75 ml
Cena: ? (ok. 6 zł)
Fakt wygrania recenzowanego produktu nie miał wpływu na moją opinię. 

niedziela, 17 marca 2013

Kremowa żurawina z dodatkami

O moim zachwycie nad żurawiną wspominałam ostatnio przy okazji recenzji żelu pod prysznic z Isany (tutaj). Swojego czasu zdarzyło mi się też zrecenzować jeden z zimowych kremów do rąk z Czterech Pór Roku (tutaj). Polecam przeczytać sobie zwłaszcza dwa ostatnie zdania, bo dzisiaj napiszę właśnie o żurawinowej wersji. Oczywiście, wszystko wyszło na opak... wersji imbirowej wcale nie zużyłam tak szybko, a żurawinowa wcale nie była w promocji. Przekonałam się na własnej skórze, że trzeba dokładniej patrzeć na to, co się kupuję, a konkretniej na ceny. W grudniu obowiązywała w Rossie promocja na kremy CPR. Wiedziałam wcześniej z gazetki, że będzie zniżka na duże tubki, więc nie wiem czemu nie zapaliła mi się czerwona lampka przy braniu małego opakowania. Zwyczajnie nie popatrzyłam na biały kwadracik z ceną, bo w oczy rzucił mi się tylko ten z czerwoną obwódką z napisem "promocja". Chyba ktoś poprzesuwał "zimówki" właśnie w stronę tego czerwonego. Zadowolona, że taniej kupiłam żurawinkę, czułam jednak jakiś podstęp. Spojrzałam na paragon a tam widniała normalna cena. Wkurzona od razu wróciłam do ekspedientki z zapytaniem czy nie doszło do pomyłki. Biedna, wystraszona pani (nie krzyczałam na nią :P) powiedziała, że podejdzie do regału i sprawdzi. Poszłam razem z nią, a co :P Głupio mi się zrobiło, gdy okazało się, że nie miałam racji, a standardowa cena żurawinowego kremu widniała jak byk. Wiecie, to nie chodzi o to, że zapłaciłam 2 złote więcej, ale już wtedy starałam się zwalczać początki zakupoholizmu, więc byłam zwyczajnie na siebie zła, że gdybym poświęciła chwilę i doczytała cenę, to nie kupiłabym tego kremu, żeby nie robić zapasów. Wytłumaczyć mogę to jedynie tym, że na widok żurawiny przestaję racjonalnie myśleć :P 
Pokutę wyznaczyłam sobie taką, że najpierw zużyję krem imbirowy. Żurawinka strasznie kusiła, więc schowałam ją na dno szafy, żeby nie rozpraszała mnie swoim widokiem. Przyznam, że już po pierwszym zastosowaniu regenerującego zimowego kremu do rąk Cztery Pory Roku (żurawina + miód + mleko) byłam rozczarowana. Czym? Zapraszam poniżej. 
Od producenta: Natłuszczający Krem do rąk o działaniu regenerująco-ochronnym, przeznaczony do codziennej pielęgnacji skóry dłoni w okresie zimy.

Opakowanie: Krem znajduje się w małej, plastikowej tubce o przyjemnym designie. Widok przeważającej czerwieni rozgrzewa nas od pierwszej chwili, mimo spadających kilku uroczych śnieżynek. W dodatku wielki słój miodu zapowiada, że może być smacznie. No i widok żurawinki. Teraz to już całkowite miodzio :D Tubka posiada zakrętkę na "klik", nie zacina się. Nie można jej jednak zdjąć, przez co najlepiej rozciąć opakowanie pod koniec użytkowania kremu w celu swobodnego wydobycia resztek.

Konsystencja: Tłusta, gęsta. Mam wrażenie, że bardziej niż w wersji imbirowej. 
Kolor: Biały.

Zapach: Czyli największe oczekiwanie i jeszcze większe rozczarowanie. Wąchając krem jeszcze w Kauflandzie (wtedy kupiłam wersję imbirową), byłam dosłownie urzeczona zapachem. W takim przekonaniu tkwiłam sobie cały czas i marzyłam, żeby mieć tę wersję. Krem kupiłam, a czar prysł. Zapach stał się nagle mdły, zupełnie niepodobny do żurawiny. Jego intensywność już zupełnie nie pozwalała cieszyć się aplikacją. Doszłam do wniosku, że to wszystko przez połączenie z mlekiem i miodem (nie wiem, z którym składnikiem bardziej). Tak mniej więcej po zużyciu połowy kremu, przyzwyczaiłam się do tego "aromatu" i nie jest on taki tragiczny, jaki wydawał się być na początku. Ale nie powiem, żebym się w nim zadurzała.

Działanie: Nie nastawiałam się na żadne działanie. Najważniejszy był dla mnie zapach. Przez codzienne  dbanie o kremowanie dłoni nie były one w fatalnym stanie w okresie zimowym. Krem używałam tylko w domu, więc nie wiem jakie przyniósłby skutki podczas stosowania na mrozie. Kiedy dłonie były bardziej wysuszone niż zwykle, zimowa żurawina niestety nie dawała sobie rady z ich idealną regeneracją. Nawilżała skórę, ale na bardzo krótko (podobnie jak imbir), przez co smarowałam dłonie od kilku do kilkunastu razy w ciągu dnia. Trzeba było poczekać chwilę aż się całkowicie wchłonie. 

Wydajność: Duża. 

Skład: 
"Krem zawiera: 
*10 % naturalnych olejów (Masło SHEA, olej sojowy, olej sezamowy) o właściwościach natłuszczających, regenerujących i pielęgnujących
*4% ekstraktów z Żurawiny, Miodu i Protein Mlecznych"
Pojemność: 75 ml
Dostępność: Rossman
Cena: 4,99 zł

poniedziałek, 19 listopada 2012

Zimowy krem do rąk Cztery Pory Roku

Przeglądając któregoś dnia w internecie gazetkę promocyjną jednego z supermarketów natknęłam się na ofertę zimowego kremu do rąk Cztery Pory Roku. Jako, że bardzo odpowiadają mi produkty tej firmy, długo nie musiałam zastanawiać się nad zakupem kolejnego. Choć mam w domu jeszcze całą tubkę kremu jagodowego, to jednak dałam się skusić na wersję zimową. 


Wmówiłam sobie, że z racji małego opakowania będę nosiła ją w torebce. A guzik! Stoi cały czas w szafce, co nie oznacza, że w ogóle go nie używam! Bo używam kilka razy dziennie, ale tylko w domu, od razu po umyciu rąk. To był tylko taki pretekst, żeby kupić sobie coś nowego... W ofercie widziałam dwa rodzaje zimowego kremu, ale w sklepie był tylko jeden. Kupiłam wariant rozgrzewający z Bawełną Norweską i imbirem. Od razu napiszę, że nie zauważyłam żadnego efektu rozgrzewającego, więc nie wiem skąd ten napis. Nie słyszałam nic wcześniej o Bawełnie z Norwegii, ale trudno wychwycić jej zapach w połączeniu z imbirem, jakkolwiek by nie pachniał. Co do zapachu imbiru również mam wątpliwości, bo pierwsza moja myśl po powąchaniu zawartości była taka, że krem przypomina mi miodowe tabletki Strepsils. Przesadzili też z napisem o 24-godzinnej formule ochronnej (zawsze sceptycznie podchodzę do tego typu zapewnień). Właściwie nie zaczęła się jeszcze zima a powietrze nie jest (na szczęście!) jeszcze mroźne i suche, więc może nie potrafię odnaleźć w tym kremie tylu zalet, ile bym chciała. W końcu krem "zimowy" powinno stosować się w zimie;) W każdym razie krem dobrze natłuszcza skórę dłoni i szybko się wchłania. Nie zawiera parabenów, ale w jego skład wchodzi 10% naturalnych olejów (masło SHEA, olej sojowy i sezamowy) oraz 4% ekstraktów z wspomnianych już Bawełny Norweskiej i imbiru. Krem mnie nie zachwycił, a intensywny zapach powoli zaczyna działać mi na nerwy. Po jakimś czasie widziałam w innym sklepie również tę drugą opcję kremu zimowego - żurawina z miodem i mlekiem. Uwielbiam wszystko, co jest żurawinowe (chyba mam świra na tym punkcie), ale tym razem nie dałam się ponieść powoli rodzącemu się we mnie zakupoholizmowi. Odpuściłam sobie zakup z racjonalnych względów - wciąż miałam przed oczami wersję niebieską, która grzecznie czekała w moim pokoju. A dodatkowo, w sklepie pozostał tylko jeden egzemplarz, więc podejrzewam, że wszyscy go już macali i być może nawet odrobinkę użyli. Byłam przekonana, że jest to limitowana edycja, zwłaszcza, że na etykiecie dobitnie widnieje napis "nowość", ale po poszukiwaniach u wujka Gugla, wiem że była ona dostępna już zeszłej zimy. Może za rok kupię sobie wersję żurawinową? No chyba, że szybko zużyję imbirową, a żurawinowa ponownie będzie w promocji;>

POLOmarket/3,99 zł
75 ml


Ps. Dzisiaj po raz pierwszy zostałam wytypowana do testowania pewnego produktu przez co niemalże skaczę do sufitu;) Z niecierpliwością czekam na przesyłkę!