Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isana. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Isana. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 czerwca 2014

Łagodne mydełko do rąk dla wrażliwców

Jeszcze do niedawna nie zwracałam szczególnej uwagi na właściwości mydeł do rąk. Przy zakupie zawsze kierowałam się wyłącznie zapachem i ceną, a potem dziwiłam się, że moja skóra jest przesuszona, podrażniona czy, co gorsza, niedomyta. Wszystko się zmieniło, od kiedy nasiliły się u mnie problemy dermatologiczne dłoni, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. Każdorazowy kontakt z „ładnie pachnącym” mydełkiem nasilał objawy uczuleniowe. Zainteresowałam się wtedy łagodniejszymi produktami myjącymi i zaczęłam szukać swojego wybawcy. I tak oto doszło do spotkania z lekarskim mydłem w kostce Isana Sensitive.


Od producenta:

Opakowanie: Mydło zapakowane jest w prostokątny, papierowy kartonik z niezbędnymi informacjami od producenta.

Konsystencja: Kostka. Przez prawie cały okres stosowania nie łamie się i nie rozwarstwia, jest zbita.
Kolor: Biały.

Zapach: Brak.

Wydajność: 1-1,5 miesiąca.

Skład: Sodium Palmate, Sodium Cocoate, Aqua, Glycerin, Sine Adipe Lac, Glyceryl Stearate SE, Cera Alba, Lauryl Methyl Gluceth-10 Hydroxypropyldimonium Chloride, Sodium Chloride, Tetrasodium Etidronate.

Moja opinia: Właśnie takiego mydła szukałam! Niby najzwyklejsze mydełko pod słońcem a spełniło (prawie) wszystkie moje oczekiwania. Przede wszystkim, w żadnym stopniu nie podrażniało skóry moich dłoni ani dodatkowo jej nie przesuszyło. Nie powtórzyłabym za producentem, że mydło intensywnie przywraca skórze właściwą strukturę, bo od tego są dermatologiczne maści i inne specyfiki, więc myślę, że „lekarskie” jest tylko z nazwy. Mydło cały czas miało zbitą konsystencję, nie rozleciało się na kawałki ani nie zamieniło się w jedną wielką papkę, jak to zazwyczaj bywa pod koniec żywota zwykłych mydełek w kostce. Pieniło się średnio. Jedyny minus tego produktu to brak zapachu, ale jestem w stanie to wybaczyć, bo albo chcemy mieć pachnące dłonie, albo zdrowe dłonie. Wiem, że na wielu konsumentach to mydełko może nie zrobić żadnego wrażenia, ale jeśli ktoś ma problematyczną skórę dłoni, niezależnie od pory roku, to na pewno je doceni, bo może okazać się ostatnią deską ratunku, tak jak to było w moim przypadku.
 

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 100 g
Cena: 1,79 zł


Używacie łagodnych mydełek do rąk? Polecacie któreś szczególnie?:)

czwartek, 9 maja 2013

Bez bez bzu

Pomimo, że do tej pory miałam do czynienia jedynie z dwoma mydłami Isany, polubiłam je od początku ze względu na ich różnorodność zapachową. Po mango & pomarańczy oraz czarze kominka wiedziałam, że w mojej łazience zagości kolejne mydło tej firmy. Jedyną kwestią do zdecydowania był jego zapach. Widziałam, że do oferty weszła nowa wersja, ale wcale nie miałam na nią ochoty. 
Bez od zawsze źle mi się kojarzył. Nieważne czy był biały, czy fioletowy. Nie lubiłam, gdy ktoś go zrywał i przynosił mojej najukochańszej Prababci, która wsadzała go do wazonu i kładła na stół. Był to dla mnie na tyle intensywny i duszący zapach, że od razu ciężej mi się oddychało. Moja mama wiedziała, jakie wywołuje on u mnie reakcje, więc nigdy nie zabieraliśmy go do naszego domu. Do tej pory, gdy widzę u kogoś malutki słoiczek czy wazonik z bzem, już czuję się rozdrażniona.
Dlatego też od początku byłam "anty" nastawiona do tego rodzaju mydła. Mimo wszystko, ciekawość wygrała. Odkręciłam pompkę, powąchałam i... zakupiłam łagodne mydło o zapachu bzu & orchidei Isana. 

Od producenta:
Opakowanie: Standardowe opakowanie mydła Isany - przezroczyste, plastikowe z pompką. Takie lubię najbardziej.

Zapach: Obawiałam się, że zapach bzu będzie taki, jaki od zawsze mi się kojarzył, czyli intensywny i duszący, ale nic takiego nie miało miejsca!:) Zapach jest delikatny i przyjemny. Owszem, czuć bez, ale jest na tyle słaby, że ma się wrażenie jakby go w ogóle nie było. Na kwiatach tak się znam, że lepiej nie mówić, więc mogę tylko przypuszczać w związku z napisem na etykiecie, że mamy również do czynienia z nutą orchidei :P Niestety, zapach czuć jedynie w pojemniku i podczas mycia, gdyż na skórze jest bardzo słabo wyczuwalny i po kilku chwilach zanika zupełnie.

Kolor: Fioletowy. Nie przypominam sobie, abym wcześniej widziała gdzieś fioletowe mydło :D Denaturat, owszem, ale mydło? :P

Konsystencja: Za rzadka:/
Działanie: Choć wcześniej byłam niezadowolona z wielu mydeł, gdyż zazwyczaj uzyskiwałam po ich użyciu efekt poklejonych rąk, tak ten okazał się totalnym bublem. Najbardziej irytuje mnie w tym produkcie to, że nie usuwa brzydkich zapachów dłoni. Nie wsadzam łap byle gdzie, ale np. gdy umyję naczynia płynem, zapach detergentu utrzymuje się na dłoniach przez pół dnia, choćbym szorowała je mydłem kilkakrotnie:/ W drugiej kolejności denerwuje mnie zbyt rzadka konsystencja, która w większości ląduje w zlewie, a do tego w ogóle się nie pieni! Jakby tego było mało, mydło wysusza skórę rąk!:/ Lepiej będzie mi jednak bez bzu... Szkoda, że nie jest to edycja limitowana, bo po krótkim okresie czasu, nie musiałabym go już oglądać.

Wydajność: Słaba.

Podsumowując:
Zastanawiałam się czy jest sens robienia bilansu tego mydła, bo jego plusy wyszukiwałam właściwie na siłę - można je odnaleźć w większości tego typu produktów.
+ przezroczyste opakowanie z pompką
+ ciekawy kolor
+ przyjemny zapach (nuta bzu wyczuwalna w bardzo niskim stopniu)
+ niska cena
- za rzadka konsystencja
- nie pieni się
- nie usuwa brzydkich zapachów
- zapach bardziej wyczuwalny w opakowaniu niż na skórze
- wysusza dłonie
- słabo wydajne

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 500 ml
Cena: 3,99 zł

czwartek, 2 maja 2013

Kwietniowy Garbage 2013

Koniec starego i początek nowego miesiąca to zdecydowanie najbardziej ulubiony i wyczekiwany przeze mnie okres w blogosferze. Z każdej strony jestem zasypywana śmietnikowymi recenzjami, przez co nie nadążam z ich przeglądaniem i komentowaniem. Jak można podniecać się zawartością śmietnika? :O Ano można! Jestem tego najlepszym przykładem :D 
Mój kwietniowy Garbage prezentował się następująco:


Prysznico-wanna:
1. Żel pod prysznic Isana kwiat maku: Przyjemny świeży zapaszek, idealny na wiosnę. Szkoda, że tak słabo wydajny. Jestem na TAK, chociaż pewnie więcej go nie kupię - pochodził z edycji limitowanej, a poza tym mam mnóstwo innych żeli do zużycia. Recenzja tutaj.
2. Żel pod prysznic BeBeauty Spa Bali ekstrakt z owoców egzotycznych: Żel, który pachniał "egzotyczną" gruszką. A przede wszystkim, do cholery, był peelingiem (choć bardzo słabym), którego nienawidzę! Jestem na zdecydowane NIE. Recenzja tutaj. 
3. Musująca kula do kąpieli Body Club limonka & kawa: Fajny bajer do wanny. Bardzo chemiczny zapach limonki, bo o kawie nic mi nie było wiadomo... MOŻE wypróbuję inne wersje zapachowe. Recenzja tutaj.

Twarzo-głowa:
4. Krem Eveline Extra Soft Allergique: Stosowałam go jedynie do twarzy. Nie sądziłam, że będzie aż tak mega wydajny! Starczył mi dokładnie na 6 miesięcy! Można go zużyć do samego końca, dzięki funkcjonalnemu opakowaniu. Niestety, chwilowe uczucie ściągniętej skóry towarzyszyło mi przez cały okres jego aplikowania, dlatego raczej NIE kupię go ponownie. Recenzja tutaj, pochodząca jeszcze z początku prowadzenia bloga, której do tej pory nikt nie chciał skomentować :P
5. Nawilżająca odżywka do włosów Alterra (granat & aloes): Wielkie rozczarowanie. Obciążała włosy i odpychała zapachem. Niestety jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Higiena rączek i paszek:
6. Zimowe mydło do rąk Isana czar kominka: Przepięknie i intensywnie pachnące przyprawami korzennymi mydło. Zapach, choć krótkotrwały, to idealny na zimę. Szkoda, że nie miało kremowej konsystencji, bo słabo się pieniło. Jak widać na załączonym obrazku, posłuchałam rady i zaznaczałam sobie poziom zużycia, dzięki czemu korzystałam z niego tylko ja, a nie moje współlokatorki:] Jestem na TAK. Na pewno kupię ponownie, o ile uda się je dorwać za rok - niestety edycja limitowana:( Recenzja tutaj.
7. Antyperspirant NIVEA Invisible Clear: Nie brudził ubrań, delikatnie pachniał. Spełniał swoje zadanie. Jestem na TAK.

Miniaturki:
8. Preparat do demakijażu twarzy i oczu 3 w 1 Vichy: Natychmiastowo zmywał jedynie eyeliner, z tuszem trzeba było pomęczyć się dłużej, choć i tak nie robił tego dokładnie. Ciężko było wydobyć resztki z plastikowego opakowania - skutek: przecięty kciuk. Jestem na NIE.
9. Płyn micelarny do demakijażu oczu i wrażliwej skóry twarzy Vichy: Była to moja pierwsza przygoda z micelem i przyznam się, że bardzo przyjemna. Dobrze usuwał resztki makijażu oczu (demakijażu dokonuję za pomocą mleczka), choć stosowałam go głównie do twarzy. Bardzo fajnie ją oczyszczał i odświeżał. Przyjemnie pachniał mentolem. Jestem na TAK. Bardzo chętnie spróbowałabym pełnowymiarowej wersji, choć domyślam się, że jest droga.
10. Perfumy Christina Aguilera (nie wiem niestety jaka wersja): Zapach kobiecy, niezbyt intensywny. Niczym szczególnym nie wyróżniał się, nie przypadł mi do gustu. Szkoda, że nie było aplikatora, bo otwór był jednak duży. Jestem na NIE.

Próbki:
Słowem wstępu. Niektóre blogerki uważają, że nie powinno się recenzować próbek. Owszem, pisanie o efektach czy wydajności byłoby skazane na pośmiewisko, ale moim zdaniem nawet po jednorazowym użyciu można wyrobić sobie pewne zdanie na podstawie danej cechy produktu, która od razu zachęci lub zniechęci nas do zakupu pełnowymiarowego kosmetyku.

11. Krem nawilżający z mocznikiem Emoleum do skóry suchej, bardzo suchej i atopowej: Czułam lekkie ściągnięcie skóry twarzy, więc nie dam mu pełnowymiarowej szansy. Jestem na NIE.
12. Masło do ciała Tutti Frutti karmel & cynamon: Przyjemna konsystencja, znacznie lepsza od orangutana. Niestety spotkałam się z tym, czego się obawiałam i co w ostateczności powstrzymywało mnie od dotychczasowego zakupu - pachniał zbyt intensywnie, za słodko:( MOŻE skuszę się na niego w zimie.
13. Szampon łopianowy włosy tłuste z tendencją do łupieżu Herbal Care Farmona: Śmierdział zielskiem, więc zdecydowanie nie dla mnie. Nie starczył na umycie całej głowy (7 ml), więc musiałam wspomóc się innym szamponem. Miał gęstą konsystencję. Jestem na NIE.
14. Balsam odżywczy do ciała oliwkowy Herbal Care Farmona: Pomimo mojej niechęci do oliwki, była to całkiem przyjemna aplikacja. Dobrze się rozsmarowywał i nawilżył kawałek skóry, który nim posmarowałam. Raczej NIE kupię, bo wolę inne zapachy. 
15. Balsam mineralny nawilżająco-regenerujący Aqualia Thermal Vichy: Bardzo fajny balsam, który zużyłam do posmarowania twarzy. Miał tłustą konsystencję, aczkolwiek bardzo łatwo można było ją rozprowadzić. Spowodował niesamowity efekt - czułam, że moja skóra była bardzo aksamitna i gładka. Troszkę przeszkadzał mi zapach, choć producent zapewnia, że balsam nie zawierał środków zapachowych. Jestem na TAK, choć pewnie nie będzie mi dane skorzystać z pełnowymiarowej wersji ze względu na cenę.

Kolorówka:
16. Konturówka do oczu Avon Blackest Black: Zakupiłam ją w celu podkreślania linii wodnej oka, ale nie nadawała się do tego zupełnie. Dzięki temu zaczęłam rysować kreski na powiekach, które niestety wychodziły zbyt grube, gdyż konturówki nie dało się temperować - była wykręcana. Kreski nie były zbyt trwałe i odbijały się niekiedy na górnych powiekach. Dlaczego mimo wszystko jestem na TAK? Bo była wygodna w użyciu - nie lubię temperować kredek. Recenzja tutaj. 
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak to działa :D Jeśli jesteście zainteresowane jak wygląda konturówka od środka, to spójrzcie poniżej :D
Byłam pewna, że zużyłam ją do końca, a jednak ostał się kawałeczek. Dało się nim jeszcze narysować kreski, a przy okazji wsadziłam go sobie do oka:] 
17. Żelowa kredka do oczu Avon Super Shock Black: Bardzo ją lubię, pomimo że niekiedy doprowadza mnie do szału. Bardzo dobrze podkreśla linię wodną, na powieki również się nadaje. Kreski są długotrwałe, aczkolwiek rozmazują się:( Temperowanie tej kredki to istna katorga! Rysik jest bardzo miękki (w końcu to "żelowa" kredka), przez co bardzo szybko ulega zmaltretowaniu w kontakcie z temperówką:(  Ogólnie jestem na TAK.

Używałyście powyższych produktów? Jakie macie o nich zdanie? Chętnie poczytam:)

wtorek, 30 kwietnia 2013

Czerwone maki na Monte Cassino

Z makiem mam co najmniej cztery skojarzenia. Pierwsze to oczywiście polny wiecheć. Drugie to patriotyczna piosenka z tytułu posta. Trzecie podejście do maku to czarne kuleczki w świątecznym cieście. O czwarte skojarzenie lepiej nie pytajcie - nie jest przeznaczone dla dzieci...
W Rossmannie natknęłam się na nową limitkę kąpielową. Tym razem jest to żel pod prysznic Isana kwiat maku. Wydaje mi się, że wąchałam go wcześniej i wtedy nie wzbudził we mnie zainteresowania. Stojąc, dla zasady, przy regale z żelami pod prysznic i wykonując, dla zasady, swoją rytualną czynność niuchania nieznanych mi dotąd zapachów, ponownie (?) sięgnęłam po limitowany mak. "Ooo nieee, nie ma bata, muszę go mieć!" - pomyślałam, mając na względzie kilkanaście sztuk żeli czekających na mnie w mieszkaniu. I tym sposobem potowarzyszył mi w drodze powrotnej do domu, aby od razu zająć honorowe miejsce w łazience.


Od producenta: 
Opakowanie: Standardowe, niczym nie wyróżniające się od innych opakowań żeli z Isany, czyli plastikowe, przezroczyste, z zakrętką "na klik".

Zapach: Kurde, czy ja kiedykolwiek wąchałam kwiat maku? Nie przypominam sobie... Niemniej jednak, żel pachnie bardzo przyjemnie, świeżo, kwiatowo, tak wiosennie.. czyli spełnił prawdopodobny cel edycji limitowanej, bo mnie skusił wyłącznie swoim zapachem (żele Isany nie należą do moich ulubieńców, chyba, że mówimy o cenie :P). Ów zapach nie jest intensywny, nie utrzymuje się na skórze ani chwili. Para wodna unosząca się nad wanną pachnie dłużej:]
(Heh... dopiero po czasie zorientowałam się, że tak samo jak producent określiłam swoje odczucia względem zapachu :D Wklejając fotkę etykietki, nie czytałam jej ponownie :P Oznacza to tylko jedno - producent nie kłamał! Bynajmniej w tym względzie...;)).

Kolor: Jasna czerwień. Kolor maku :P

Konsystencja: "Wodnista". Nie lubię takich :/

Działanie: Jak na Isanę przystało - średniaczek. Ładnie pachnie podczas aplikacji i dobrze się pieni. Bałam się, że wysuszy moją skórę (jak żurawinowa limitka), ale na szczęście, nic takiego nie miało miejsca. Moja skóra faktycznie "sprawia wrażenie miękkiej i sprężystej w dotyku" (patrz etykieta), ale po zastosowaniu balsamu z innej firmy :] Swoją drogą, zawsze śmieszą mnie takie "spostrzeżenia", jeśli zaraz po nich czytam radę, aby wysmarować się jakimś mazidłem od tego samego producenta;) W każdym razie, z kwiatem maku nie ma szału. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, nawet na niego nie liczyłam. Żel mogę polecić tym, którzy lubią świeże, kwiatowe zapachy i często je zmieniają, bo z wydajnością... no właśnie - spójrz poniżej;)  

Wydajność: Choć poprzedni żel z Isany starczył mi na miesiąc, ten kończy się po 2 tygodniach od rozpoczęcia jego użytkowania (gorzej jak OS'y)! Owszem, jedną aplikacją spokojnie można zmyć z siebie "brud i smród", ale dla mnie prysznic bez porządnej piany nie nazywa się prysznicem. Żele z Isany mają to do siebie, że w porównaniu do innych żeli wytwarzają dużo piany, która jest błyskawicznie wchłaniana przez gąbkę. Mnie taka ilość nie wystarcza, stąd kwiat maku aplikowałam potrójnie :/ Zatem, dla ubóstwiaczy piany - wydajność marna, a dla posiadających obojętny stosunek wobec niej - wydajność będzie za pewne dobra.

Skład:
Dostępność: Rossmann
Pojemność: 300 ml
Cena: 3,99 zł

Podobają Wam się kwiatowe zapachy w żelach pod prysznic? Polujecie na edycje limitowane żeli Isany?

sobota, 30 marca 2013

Czar kominka jak bańka mydlana

Podejrzewam, że tak samo jak ja macie już serdecznie dość mroźnej aury, która nie chce nas za cholerę opuścić. Bynajmniej takie zimowe widoki zauważalne są w moim rejonie, gdzie wczoraj spadło sporo śniegu, a i tej nocy ma jeszcze prószyć. Wiosna chyba strzeliła focha, więc póki jeszcze nie przybyła, korzystam z okazji i dzisiaj zrecenzuję ostatni zimowy produkt, jaki pozostał w moich kosmetycznych zbiorach. Zimowe mydło do rąk Isana czar kominka, jak sama nazwa wskazuje, pochodzi niestety z limitowanej wersji. Udało mi się zdobyć je w ostatniej chwili, potem czekało na swoją kolej, więc pomimo, że zima (kalendarzowa) się skończyła, nadal gości w mojej łazience.


Od producenta: "Czyści i pielęgnuje suche dłonie. Pielęgnacja podczas mycia dzień po dniu. Dzięki łagodnej formule z gliceryną ISANA mydło zimowe czar kominka dostarcza ekstra porcji pielęgnacji podczas zimnych pór roku. Skóra dłoni pozostaje miękka i sprężysta a dodatkowo otacza ją kompozycja zapachowa z zimowych przypraw i aromatycznych owoców." 

Opakowanie: Mydło znajduje się w plastikowym, przezroczystym opakowaniu z pompką, działającą bez zarzutów.

Etykieta: Dwie ośnieżone górskie chatki zdecydowanie wpisują się w zimowy klimat. Aż ma się ochotę usiąść przy zapalonym kominku;)

Zapach: Największy plus! Przed zakupem byłam bardzo ciekawa czy mydło będzie w stanie oczarować mnie swoim zapachem. I oczarowało! Podczas mycia rąk ulatnia się bardzo przyjemny, naprawdę zimowy zapach. Nie bez powodu na etykiecie jest napisane "czar kominka", gdyż zapach kojarzy mi się właśnie z grzanym winem:) Mydło pachnie bardzo korzennie. Jeśli ktoś pił kiedyś grzańca, to będzie w stanie wyobrazić sobie ten aromat;) Jest jednak pewien minus. Choć zapach jest intensywny podczas mycia, to bardzo krótko utrzymuje się na skórze:( Pryska niczym bańka mydlana...

Kolor: Bordowy.

Konsystencja: Żelowa, niezbyt gęsta. Niestety słabo się pieni:(
Działanie: Nie powtórzyłabym za producentem, że mydło świetnie pielęgnuje. Owszem, nie wysusza skóry dłoni, ale i tak trzeba je smarować kremem. Zresztą, na etykiecie możemy doczytać dalej "Po umyciu wetrzyj w dłonie krem do rąk ISANA". Bardzo sprytnie;>

Wydajność: Ha! Od kiedy (za czyjąś radą) zaczęłam zaznaczać czarnymi kreskami na etykiecie poziom zużycia mydła, wciąż je mam, mimo że niedługo upłynie miesiąc od kiedy zaczęłam je używać :D Czyli wychodzi na to, że mydła Isany są jednak wydajne, a współlokatorki już mnie nie wspomagają w ich zużywaniu :P

Podsumowując:
+ przezroczyste opakowanie z pompką
+ klimatyczna etykieta
+ piękny zapach
+ wydajność
- edycja limitowana :(
- słabo się pieni
- zapach na skórze szybko zanika :(

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 500 ml
Cena: 3,49 zł

Wszystkim blogerkom życzę wesołych, spokojnych i pogodnych Świąt Wielkiej Nocy!:):*

poniedziałek, 4 marca 2013

Lutowy Garbage 2013

Na początek - wow! Osiągnęłam pierwszą magiczną liczbę 50, zarówno w ilości postów, jak i obserwatorów! Dziękuję:* I oczywiście zapraszam do dalszego zaglądania, czytania, komentowania:)

Dzisiaj czas na garbagowy post. Prawie do końca miesiąca w mojej reklamówce przeznaczonej do przechowywania zużytych opakowań znajdowały się tylko dwie próbki. "Ale siara" - myślałam. Jednakże przez ostatnich kilka dni udało mi się wykończyć parę produktów. Nie będę usprawiedliwiać tego stanu rzeczy krótszym miesiącem (jak niektóre blogerki ;>), bo dwa dni to żadna różnica. Styczeń obfitował w wiele pustych opakowań, stąd w lutym pootwierałam dużo nowych produktów, z których niekoniecznie codziennie korzystałam. W dodatku, po zakończonej sesji pojechałam na tydzień do domu i nie zabierałam ze sobą prawie żadnych kosmetyków, bo  mój bagaż i tak był pokaźny. Czy moje tłumaczenia są wystarczające? :P


1. Próbka delikatnie myjącego mleczka do twarzy Madara: 

Kremowa, gęsta konsystencja o biało-żółtawym kolorze. Zużyłam je też do demakijażu oczu i dosyć dobrze sobie z tym poradziło.  Nie podrażniło mojej skóry, w końcu to "ecoface" :P Fajnie pachniało truflami :P Był to bonus do zamówienia, ale chętnie wypróbowałabym pełnowymiarowe opakowanie.









2. Próbka toniku do twarzy Madara:

Co za bubel! Próbka mogłaby być w jakiejś buteleczce, bo po przecięciu opakowania, połowa wylała mi się na rękę. Tonik walił alkoholem na kilometr! W sekundę pojawiło się uczucie ściągniętej skóry, dlatego od razu wylałam wszystko do zlewu. A niby taki "eco", pfff! Nie chcę go więcej!








3. Antyperspirant Fa Pink Passion:

Był jednym z moich ulubionych antyperspirantów. Z powodu  podrażnienia i wysuszenia skóry nie kupię go ponownie. A szkoda, bo zapach miał piękny:( Recenzja tutaj.










4. Balsam do ciała Naturia z kiwi:

Fajny, delikatny balsam. Pomimo, że krótkotrwale nawilżał skórę i wkurzała mnie niepraktyczna zakrętka, to dla samego zapachu może kupię ponownie. Recenzja tutaj.










5. Łagodzące mydło do higieny intymnej Green Pharmacy (szałwia): 

Zdarzyło się z 2-3 razy, że czułam przez nie podrażnienie. Samo w sobie było ok, ale nie podobał mi się zapach suszonych śliwek :P Nie kupię ponownie. Recenzja tutaj.










6. Żel pod prysznic Isana cranberry & white tee: 

Rozczarował mnie. Pachniał mało intensywnie, a do tego strasznie wysuszył moją skórę:( Nie kupię ponownie. Recenzja tutaj.










7. Odżywka do włosów Timotei with Jericho Rose (głęboki brąz):

Nie wiem po co ją kupiłam. Nic nie zrobiła z moimi farbowanymi włosami. Mało wydajna. No i ten smród! Bleee! Na pewno nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)






8. Mydło do rąk Isana mango & orange:

Mydło prawie idealne. Dobrze myło, pieniło się, nie kleiło rąk.  Najważniejsze, że zapach utrzymywał się bardzo długo na dłoniach. Nie podpasował mi jednak zapach multiwitaminy, ale myślę, że spróbuję innych wersji. Recenzja tutaj.

środa, 27 lutego 2013

Żurawinowa limitka Isany

Staram się przypomnieć, w którym momencie rozpoczął się mój zachwyt nad malutką roślinką (właściwie to nad jej owocami), jaką jest żurawina. Po raz pierwszy na poważnie spotkałam się z nią chyba z dwa lata temu, kiedy w moim domu pojawiła się herbata żurawinowa. Moja wcześniejsza wiedza na temat tej rośliny ograniczona była jedynie do faktu, iż korzystnie wpływa na procesy układu moczowego, który od czasu do czasu ma czelność sprawiać mi przykre niespodzianki. W każdym razie, od pierwszego łyku owocowej herbaty, zaczęłam rzucać się na wszystko, co żurawinowe, jak szczerbaty na suchary. Były napoje, dżemy, a także i kremy. 
Kiedy w blogosferze pojawiały się posty prezentujące najnowszą wersję żelu pod prysznic Isana cranberry & white tee, nabrałam na nią olbrzymiej zachciewajki. Byłam rozczarowana, kiedy okazało się, że nowy nabytek jest jedynie skutkiem współpracy Rossmanna z poszczególnymi blogerkami (nie wiem na jakiej zasadzie), niedostępnym dla szerszego grona. Musiałam obejść się smakiem - nie dla psa kiełbasa. Ku mojemu zaskoczeniu, do blogosfery znów zawitała Isanowska żurawinka. Jak grzyby po deszczu zaczął pojawiać się wysyp recenzji najnowszego żelu u blogerek, które nie otrzymały go w ramach współpracy. Początkowo, nadaremno szukałam żurawinki na półkach Rossmanna. No tak, w końcu świąteczna edycja limitowana. Pomyślałam, że albo nie dotarła jeszcze do mojego Rossa, albo sprowadzili tylko kilka sztuk, które od razu zostały wykupione. Płomyk nadziei na posiadanie przeze mnie żelowej żurawinki już dawno zgasł. Wzniecił się na nowo, kiedy pewnego razu wybrałam się do Rossa i przystanęłam standardowo przy regale z żelami pod prysznic. Tego samego dnia, jakąś minutę wcześniej, moje oczy powiększyły się do rozmiaru pięciozłotówek, kiedy włożyłam do koszyka limitowaną edycję mydła do rąk z Isany, na którą również polowałam od długiego czasu. Kiedy moim oczom ukazał się także żurawinowy żel, doznałam już wytrzeszczu. Na półce stały tylko dwie sztuki. Pomimo mojej dziwnej sympatii (miłością mogę nazwać jedynie miłość do trawy cytrynowej) do żurawiny, wzięłam tylko jedno opakowanie. 
Z perspektywy czasu, cieszę się, że wzięłam tylko jedno. Nawet nie jesteście w stanie wyobrazić sobie, jak bardzo bałam się używać tego żelu. Gdy zaaplikowałam go po raz pierwszy, będąc jeszcze w łazience, zaobserwowałam na swojej skórze małe, czerwone krostki. I to nie kilka, a całe stado. Byłam przerażona. Po drugim użyciu było tak samo. Ogarnęła mnie niemalże rozpacz, jak moja żurawinka mogła zafundować mi coś takiego. Nie raz miałam okazję korzystać z żelów Isany i nic niepokojącego u mnie nie występowało. Nie mogłam tego zrozumieć, zwłaszcza, że wszystkie recenzje, jakie czytałam na temat żurawinowej Isany były pozytywne, a nawet do przesady wychwalające. Pomimo tego, że przestałam używać żelu, intruz w postaci pokrzywki nie miał ochoty mnie opuszczać. Przesiadywał u mnie jeszcze jakiś tydzień, a swędział cholernie, nie do wytrzymania! Po moich wnikliwych analizach doszłam do wniosku, że jest to niemożliwe, aby moja skóra tak mocno reagowała na ten produkt, ponieważ wysypkę miałam jedynie na całych rękach, od dłoni do ramion. Moja hipoteza, chyba słuszna, była następująca: uczuliły mnie gałązki sosny, jakie przywiozła do mieszkania matka mojej współlokatorki. Stało się to akurat w dniu, kiedy po raz pierwszy użyłam nowego żelu. W domu mieliśmy kiedyś żywą choinkę i nic mi się nie działo, więc tym razem początkowo nie zwróciłam większej uwagi na te gałązki. Gdy wyczytałam w necie o podobnych reakcjach jak moja na wydzielane przez sosnę soki, kazałam współlokatorce wywalić to dziadostwo. Po kilku dniach wysypka ustąpiła, a ja mogłam wrócić do mycia się żurawinowym żelem.
Opakowanie: Plastikowe i przezroczyste, czyli to, co lubię najbardziej. Dobrze trzyma się je w dłoniach. Etykieta nie jest może zachwycająca, ale widok żurawiny wystarczy. Z tyłu był naklejony papierowy prostokącik z informacjami od producenta w języku polskim, ale szybko został unicestwiony przez nadmiar wody. Zakrętka "klikowa" otwiera i zamyka się bez problemów.
Kolor: Żurawinowy, czyli jasnoczerwony.

Zapach: Chyba nie wąchałam żurawiny w oryginalnej postaci, ale większość żurawinowych produktów posiada podobny zapach, zatem domniemam, że i żel pachnie żurawiną;) Wyczuwalna jest też biała herbata. Niestety zapach nie utrzymuje się na skórze. Co śmieszne, najintensywniej pachnie po ponownym wejściu do łazienki niedługo po kąpieli. 

Konsystencja: Niezbyt gęsta, raczej taka "lejąca się".
Działanie: Myje. Dobrze się pieni (przez OS'y zapomniałam niemalże jak wygląda piana :P). I to by było na tyle pozytywów. Nie znalazłam minusów w innych recenzjach tego żelu, ale moją skórę wysuszył, a dodatkowo spowodował zaczerwienienia na ramionach:(

Wydajność: Żel jest wydajny, spokojnie starcza na miesiąc codziennej kąpieli. 

Skład: 

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 300 ml
Cena: 2,99 zł (w promocji; bez promocji: 3,99 zł)

Lubicie żurawinę? Używacie żeli Isany? Kusicie się na edycje limitowane czy przechodzicie obok nich obojętnie? :)

poniedziałek, 11 lutego 2013

Mydło do rąk bliskie ideału?

Od dawna nie mogę natrafić na dobre mydło do rąk w płynie, które w pełni będzie mnie satysfakcjonować, czyli: dobrze myć, wytwarzać dużo piany, nie kleić skóry i ładnie pachnieć również po jego użyciu. Acha! Powinno być jeszcze wydajne, a ta cecha irytuje mnie najbardziej przy każdej wizycie w łazience. Porównując ilość mydła, jakie zużywa moja współlokatorka, zaczęłam się zastanawiać, z którą z nas jest coś nie tak. Sprawa ma się następująco: od połowy września do chwili obecnej zużyłam 4,5 opakowań mydła o pojemności 500 ml (poza jednym 400 ml wyjątkiem), a współlokatorka niecałe 1,5. Pomyślałam, że albo ja mam świra na punkcie czystych dłoni, albo ona nie dba o swoje. Patrząc racjonalnie: myję dłonie po każdym przyjściu do mieszkania (wiadomo, pozbywam się "miejskich" zarazków), po każdym skorzystaniu z toalety, po każdym myciu naczyń śmierdzącymi detergentami i po każdej innej sytuacji zabrudzenia rąk. Czy jest w tym coś dziwnego? Dla tych, którzy mają wątpliwości - nie posiadam obsesji, w której nie rozstawałabym się z tą czynnością przez 24 h w ciągu doby. A gdy już myję ręce, to najczęściej aplikuję na dłonie zawartość mydła z jednorazowego przyciśnięcia pompki, góra - dwukrotnego przy silniejszych zabrudzeniach. Zatem wniosek jaki mi się nasuwa jest jeden: dzielę pokój z kimś, kto nie myje rąk lub czyni to w minimalnym stopniu. Wniosek nr dwa: druga współlokatorka chyba podpieprza mi mydło:] Są pewne przesłanki, ale to nie one miały być tematem dzisiejszego postu...
Wracając do najnowszego mydlanego nabytku... ostatnio kupiłam zachwalane przez wiele blogerek mydło Isana, dostępne oczywiście w Rossmannie. Skorzystałam z promocji, co dodatkowo zachęciło mnie do zakupu. Nie zastanawiałam się długo nad wyborem i w koszyku wylądowała wersja mango & pomarańcza. 


Opakowanie: Standardowy plastikowy, przezroczysty pojemnik z pompką.

Kolor: Jasnopomarańczowy.

Konsystencja: Kremowa.

Zapach: Faktycznie, można wyczuć osobno mango i pomarańczę. Jednak w połączeniu przypominają mi zapach soku multiwitaminowego, za którym nie przepadam, stąd i intensywność zapachu mydła mnie drażni. Intensywność uznaję za zaletę jedynie dzięki temu, że zapach utrzymuje się na dłoniach przez długi czas. Pewnie utrzymywałby się dłużej, gdyby nie to, że od razu po każdym umyciu smaruję je kremem.

Działanie: Spełnia najważniejsze cechy: myje i nie klei dłoni. Daje poczucie świeżości i czystości.

Wydajność: Biorąc pod uwagę niuanse, o których pisałam na wstępie, już nie wiem jak mam oceniać wydajność zużywanych mydeł. Obecnie zawartości mam troszkę więcej jak połowę, ale obstawiam, że do końca miesiąca zużyję ją w całości. Dotychczas, gdy jedno mydło starczało mi na miesiąc, twierdziłam, że wydajność jest słaba. Teraz zmieniam zdanie i stwierdzam, że była/jest ona średnia.

Dlaczego twierdzę, że recenzowane mydło z Isany jest bliższe ideału, którego jednak wciąż poszukuję?
+ dobrze myje
+/- wytwarza średnią pianę
+ nie pozostawia poczucia poklejonych rąk
+ zapach utrzymuje się na długo po umyciu
+/- średnia wydajność
- drażniący zapach multiwitaminy

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 500 ml
Cena: 3,49 zł (w promocji)

Lubicie mydła z Isany? Jaka wersja zapachowa jest Waszą ulubioną? Czy możecie polecić mi jakieś idealne, Waszym zdaniem, mydło do rąk w płynie? Będę wdzięczna za wszelkie sugestie:)