Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 maja 2013

Kwietniowy Garbage 2013

Koniec starego i początek nowego miesiąca to zdecydowanie najbardziej ulubiony i wyczekiwany przeze mnie okres w blogosferze. Z każdej strony jestem zasypywana śmietnikowymi recenzjami, przez co nie nadążam z ich przeglądaniem i komentowaniem. Jak można podniecać się zawartością śmietnika? :O Ano można! Jestem tego najlepszym przykładem :D 
Mój kwietniowy Garbage prezentował się następująco:


Prysznico-wanna:
1. Żel pod prysznic Isana kwiat maku: Przyjemny świeży zapaszek, idealny na wiosnę. Szkoda, że tak słabo wydajny. Jestem na TAK, chociaż pewnie więcej go nie kupię - pochodził z edycji limitowanej, a poza tym mam mnóstwo innych żeli do zużycia. Recenzja tutaj.
2. Żel pod prysznic BeBeauty Spa Bali ekstrakt z owoców egzotycznych: Żel, który pachniał "egzotyczną" gruszką. A przede wszystkim, do cholery, był peelingiem (choć bardzo słabym), którego nienawidzę! Jestem na zdecydowane NIE. Recenzja tutaj
3. Musująca kula do kąpieli Body Club limonka & kawa: Fajny bajer do wanny. Bardzo chemiczny zapach limonki, bo o kawie nic mi nie było wiadomo... MOŻE wypróbuję inne wersje zapachowe. Recenzja tutaj.

Twarzo-głowa:
4. Krem Eveline Extra Soft Allergique: Stosowałam go jedynie do twarzy. Nie sądziłam, że będzie aż tak mega wydajny! Starczył mi dokładnie na 6 miesięcy! Można go zużyć do samego końca, dzięki funkcjonalnemu opakowaniu. Niestety, chwilowe uczucie ściągniętej skóry towarzyszyło mi przez cały okres jego aplikowania, dlatego raczej NIE kupię go ponownie. Recenzja tutaj, pochodząca jeszcze z początku prowadzenia bloga, której do tej pory nikt nie chciał skomentować :P
5. Nawilżająca odżywka do włosów Alterra (granat & aloes): Wielkie rozczarowanie. Obciążała włosy i odpychała zapachem. Niestety jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Higiena rączek i paszek:
6. Zimowe mydło do rąk Isana czar kominka: Przepięknie i intensywnie pachnące przyprawami korzennymi mydło. Zapach, choć krótkotrwały, to idealny na zimę. Szkoda, że nie miało kremowej konsystencji, bo słabo się pieniło. Jak widać na załączonym obrazku, posłuchałam rady i zaznaczałam sobie poziom zużycia, dzięki czemu korzystałam z niego tylko ja, a nie moje współlokatorki:] Jestem na TAK. Na pewno kupię ponownie, o ile uda się je dorwać za rok - niestety edycja limitowana:( Recenzja tutaj.
7. Antyperspirant NIVEA Invisible Clear: Nie brudził ubrań, delikatnie pachniał. Spełniał swoje zadanie. Jestem na TAK.

Miniaturki:
8. Preparat do demakijażu twarzy i oczu 3 w 1 Vichy: Natychmiastowo zmywał jedynie eyeliner, z tuszem trzeba było pomęczyć się dłużej, choć i tak nie robił tego dokładnie. Ciężko było wydobyć resztki z plastikowego opakowania - skutek: przecięty kciuk. Jestem na NIE.
9. Płyn micelarny do demakijażu oczu i wrażliwej skóry twarzy Vichy: Była to moja pierwsza przygoda z micelem i przyznam się, że bardzo przyjemna. Dobrze usuwał resztki makijażu oczu (demakijażu dokonuję za pomocą mleczka), choć stosowałam go głównie do twarzy. Bardzo fajnie ją oczyszczał i odświeżał. Przyjemnie pachniał mentolem. Jestem na TAK. Bardzo chętnie spróbowałabym pełnowymiarowej wersji, choć domyślam się, że jest droga.
10. Perfumy Christina Aguilera (nie wiem niestety jaka wersja): Zapach kobiecy, niezbyt intensywny. Niczym szczególnym nie wyróżniał się, nie przypadł mi do gustu. Szkoda, że nie było aplikatora, bo otwór był jednak duży. Jestem na NIE.

Próbki:
Słowem wstępu. Niektóre blogerki uważają, że nie powinno się recenzować próbek. Owszem, pisanie o efektach czy wydajności byłoby skazane na pośmiewisko, ale moim zdaniem nawet po jednorazowym użyciu można wyrobić sobie pewne zdanie na podstawie danej cechy produktu, która od razu zachęci lub zniechęci nas do zakupu pełnowymiarowego kosmetyku.

11. Krem nawilżający z mocznikiem Emoleum do skóry suchej, bardzo suchej i atopowej: Czułam lekkie ściągnięcie skóry twarzy, więc nie dam mu pełnowymiarowej szansy. Jestem na NIE.
12. Masło do ciała Tutti Frutti karmel & cynamon: Przyjemna konsystencja, znacznie lepsza od orangutana. Niestety spotkałam się z tym, czego się obawiałam i co w ostateczności powstrzymywało mnie od dotychczasowego zakupu - pachniał zbyt intensywnie, za słodko:( MOŻE skuszę się na niego w zimie.
13. Szampon łopianowy włosy tłuste z tendencją do łupieżu Herbal Care Farmona: Śmierdział zielskiem, więc zdecydowanie nie dla mnie. Nie starczył na umycie całej głowy (7 ml), więc musiałam wspomóc się innym szamponem. Miał gęstą konsystencję. Jestem na NIE.
14. Balsam odżywczy do ciała oliwkowy Herbal Care Farmona: Pomimo mojej niechęci do oliwki, była to całkiem przyjemna aplikacja. Dobrze się rozsmarowywał i nawilżył kawałek skóry, który nim posmarowałam. Raczej NIE kupię, bo wolę inne zapachy. 
15. Balsam mineralny nawilżająco-regenerujący Aqualia Thermal Vichy: Bardzo fajny balsam, który zużyłam do posmarowania twarzy. Miał tłustą konsystencję, aczkolwiek bardzo łatwo można było ją rozprowadzić. Spowodował niesamowity efekt - czułam, że moja skóra była bardzo aksamitna i gładka. Troszkę przeszkadzał mi zapach, choć producent zapewnia, że balsam nie zawierał środków zapachowych. Jestem na TAK, choć pewnie nie będzie mi dane skorzystać z pełnowymiarowej wersji ze względu na cenę.

Kolorówka:
16. Konturówka do oczu Avon Blackest Black: Zakupiłam ją w celu podkreślania linii wodnej oka, ale nie nadawała się do tego zupełnie. Dzięki temu zaczęłam rysować kreski na powiekach, które niestety wychodziły zbyt grube, gdyż konturówki nie dało się temperować - była wykręcana. Kreski nie były zbyt trwałe i odbijały się niekiedy na górnych powiekach. Dlaczego mimo wszystko jestem na TAK? Bo była wygodna w użyciu - nie lubię temperować kredek. Recenzja tutaj
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak to działa :D Jeśli jesteście zainteresowane jak wygląda konturówka od środka, to spójrzcie poniżej :D
Byłam pewna, że zużyłam ją do końca, a jednak ostał się kawałeczek. Dało się nim jeszcze narysować kreski, a przy okazji wsadziłam go sobie do oka:] 
17. Żelowa kredka do oczu Avon Super Shock Black: Bardzo ją lubię, pomimo że niekiedy doprowadza mnie do szału. Bardzo dobrze podkreśla linię wodną, na powieki również się nadaje. Kreski są długotrwałe, aczkolwiek rozmazują się:( Temperowanie tej kredki to istna katorga! Rysik jest bardzo miękki (w końcu to "żelowa" kredka), przez co bardzo szybko ulega zmaltretowaniu w kontakcie z temperówką:(  Ogólnie jestem na TAK.

Używałyście powyższych produktów? Jakie macie o nich zdanie? Chętnie poczytam:)

środa, 3 kwietnia 2013

Marcowy Garbage 2013

Balsam, krem, mydło, żel pod prysznic, balsam, krem, mydło, żel pod prysznic... i tak w kółko. Mam wrażenie, że popadam w rutynę, jeśli chodzi o przedmioty recenzji. Nie lubię umieszczać w comiesięcznym Garbagu opakowań produktów, których nie zdążyłam wcześniej opisać. Dlatego na co dzień dodaję posty o kosmetykach, które używam na bieżąco, tak aby pod koniec miesiąca tylko krótko je podsumować. W marcowych zużytkach przeważała (jak zwykle) pielęgnacja. 


Pielęgnacja:
1. Wygładzająco-nawilżający balsam do ciała Piękne Ciało Silk touch Soraya: Przeciętniak o marnej wydajności. Jestem na NIE. Recenzja tutaj.
2. Balsam do ciała Energia i świeżość owoców Cztery Pory Roku: Pięknie pachnący balsam w niefajnej tubce. Lekko podrażniał:( Ze względu na zapach jestem na TAK. Recenzja tutaj
3. Regenerujący zimowy krem do rąk Cztery Pory Roku (żurawina + miód + mleko): Wydajność to jedyna zaleta tego produktu. Nie regenerował skóry, a do tego nieprzyjemnie pachniał. Jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Prysznic:
4. Żel pod prysznic Original Source Lime: Mój drugi ulubiony OS. Choć zapach był zbyt intensywny i nie utrzymywał się na skórze w ogóle, to niesamowicie orzeźwiał. Największym zaskoczeniem były właściwości pielęgnujące! Jestem na TAK. Recenzja tutaj.

Makijaż:
5. Tusz do rzęs Essence Multi action: Moja najukochańsza maskara! Nie pamiętam kiedy ją kupiłam, ale używałam jej mimo, że już dawno upłynęło 6 miesięcy od momentu otwarcia opakowania :P Nie mogłam się z nią rozstać, ale w końcu nastał ten przykry moment... tusz zaczął zasychać i sklejać rzęsy. Jestem BARDZO na TAK. Kupię go ponownie, gdy wykorzystam inne tusze, bo inaczej i one wyschną na wiór :P 

Próbki:
6. Szampon do włosów Czysty Blask Garnier Fructis: Mył i przyjemnie pachniał :P Próbka starczyłaby na dwa umycia, ale ja nie chciałam się paćkać i wykorzystałam całą od razu :P MOŻE spróbowałabym ponownie.
7. Krem przeciwzmarszczkowy Gerovital Plant: Nie sądziłam, że powinnam zacząć używać kremu przeciwzmarszczkowego, mając prawie 24 lata :P Cóż, skoro wygrałam próbki, to je wykorzystałam :P Krem o dziwo pozytywnie mnie zaskoczył, bo nie podrażnił mojej skóry (zawsze mam pietra przy nowościach). Miał przyjemną konsystencję i zapach. Jestem na TAK. Z chęcią wypróbowałabym pełnowymiarowy produkt:)
8. Krem ochronny Alantandermoline z witaminą A i E: Bardzo dobry krem, który znam od dawna w pełnym wymiarze. Jestem oczywiście na TAK. Recenzja tutaj.

niedziela, 3 lutego 2013

Styczniowy Garbage 2013

Zauważyłam, że w blogowej sferze najbardziej lubię oglądać posty denkowe. To śmieszne, że tak bardzo cieszy mnie widok plastikowych opakowań :P Może jest tak dlatego, że mam pewność, iż dana blogerka w pełni (czasem nie) zużyła dany produkt i jej recenzja może być bardziej rzetelna, dzięki czemu zachęci/zniechęci mnie do jego zakupu.
Moje pierwsze zużycia w tym roku wprawiły mnie w osłupienie. Po raz pierwszy (od momentu założenia bloga) udało mi się wykończyć aż tyle kosmetyków! Jestem z siebie dumna :D Przynajmniej zmniejszyło to moje wyrzuty sumienia po styczniowych zakupach, które pojawiają się w następnym poście :P


Poniżej znajdziecie moje krótkie opinie na temat zawartości styczniowego garbagu:

1. Mydło w płynie Luksja (róża & mleko):


Jest to pierwsze mydło z Luksji, jakie miałam okazję wypróbować. Posiadało przyjemną kremową konsystencję. Pieniło się, zapach przeciętny. Niestety nie zauważyłam, że zawartość uzupełniacza wynosiła jedynie 400 ml. Standardowo, skończyło się błyskawicznie, więc słaba wydajność. Nie kupię ponownie.

Dostępność: Rossmann, Real, Astor
Cena: 3,69 zł (w promocji)
2. Mleczko do demakijażu BeBeauty (skóra normalna i mieszana):


Z sentymentem patrzę na to opakowanie, które nie będzie już dostępne, bo jak za pewne wiecie, w Stonce możemy spotkać już tylko nowe wersje. Mleczko odpowiada moim potrzebom, choć mogłoby być doskonalsze. W każdym razie  kupię je ponownie! Nie zmieniam firmy, bo chcę uniknąć podrażnień oczu. Recenzja tutaj
3. Patyczki do uszu:


Nie piszę "bagietki", bo znowu kogoś rozśmieszę :P Szkoda, że już się skończyły. Mimo, iż zakupione w supermarkecie, były dla mnie idealne! Miałam je od września. Oprócz czyszczenia uszu służyły mi do korekcji makijażu. Miały cieniutkie zakończenie. Dodatkowym walorem było opakowanie, które po przyciśnięciu, otwierało się w połowie, dzięki czemu nie trzeba było podnosić całej "klapy" i unikało się wysypywania patyczków. Pudełeczko sobie zachowałam i przesypałam do niego patyczki z innej firmy. Na pewno kupię ponownie!
Dostępność: Real
Pojemność: 200 sztuk
Cena: ok. 2 zł

4. Odżywka do włosów Timotei with Jericho Rose (Lśniący blask):


Poza ładnym zapachem nie zachwyciła mnie. Denerwowała mnie zakrętka (jak w całej serii) i bardzo słaba wydajność. Na pewno nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)
5. Perfumy Adidas Fruity Rhythm:


Zapach przeciętny. Ulatniał się po kilkunastu minutach! Wielkie rozczarowanie - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
6. Antyperspirant Dove Go Fresh (grapefruit & lemongrass):


Mleczny kolor i zapach spoconej trawy cytrynowej skutecznie zniechęcił mnie do tego produktu - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
7. Zimowy krem do rąk Cztery Pory Roku (bawełna norweska & imbir):


Jak na małą tubkę, był wydajny. Do samego końca irytował mnie zapach tabletek Strepsils:] Nawet szybko się wchłaniał. Nie rozgrzewał. Recenzja tutaj. Zmieniłam zdanie co do skuteczności - nie radził sobie jednak z bardzo suchą skórą, nawilżał na krótką chwilę, stąd na pewno nie kupię ponownie! 
8. Żel pod prysznic Original Source (Orange & Liquorice):


Totalne zaskoczenie co do zapachu, który okazał się karmelowy :P Wszystko genialne oprócz marnej wydajności! Kupię ponownie, ale myślę, że dopiero za rok, by umilić sobie zimowe kąpiele;) Recenzja tutaj.
9. Masło do ciała Tutti Frutti (Liczi & Rambutan):


Przeżyłabym wszystkie jego mankamenty, ale czarne kropko-kreski były ponad moją cierpliwość! Wykończyłam je całe i nie zamierzam się z nim więcej użerać - nie kupię na pewno! Plusem było dobre nawilżenie i nawet wydajność, o której zmieniłam zdanie. Recenzja tutaj.
10. Szampon do włosów Elisse (włosy suche i zniszczone):


Totalne zaskoczenie! Bardzo tani i mega wydajny szampon! Przyjemny zapach. Polepszył stan moich włosów - przestały rozdwajać mi się końcówki!:) Na pewno kupię ponownie! Recenzja tutaj.
11. Błyszczyk AVON:


Ciężko wypowiadać mi się na jego temat, gdyż dostałam go od koleżanki tydzień temu. Spontaniczny "prezent", długo by tłumaczyć :P Stan dosłownie terminalny, bo użyłam go może parę razy - końcówka nie sięgała dna. Miał powiększać usta, czego oczywiście nie robił, za to nieprzyjemnie szczypał. Co gorsza - śmierdział jakby śliwką (nie wiem jaki pierwotnie miał zapach :P). Jedynym plusem był przyjemny pędzelek, co mnie zaskoczyło, bo dotychczas spotykałam się jedynie z aplikatorami w formie gąbek. Może wypróbowałabym inne wersje zapachowe.
12. Fluid VICHY Aerateint Pure (nr 23):


Zupełnie zapomniałam, że posiadam pełnowymiarową wersję! Przywiozłam ją sobie z domu, a tu zonk, bo okazało się, że resztki, które zostały na dnie, zaschły :P I na marne było wiezienie opakowania tyle kilometrów :P Krótka recenzja, co prawda próbki, znajduje się tutaj. Przyjęłabym go ponownie, jednak sama bym go nie zakupiła.
13. Żel pod prysznic Original Source (Lemon & Tea Tree):

Glut o zapachu cytrynowej galaretki. Skończył się w mgnieniu oka. Nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Cena: 6,99 zł (w promocji)
14. Atomizer Puma Jamaica (żółta):


Mój ukochany zapach! Nie wiem, które to już puste opakowanie. Niestety, pozostaje mi jedynie forma atomizera, bo bardzo ciężko zdobyć w Polsce perfumy 40 ml! Na pewno kupię ponownie, ale czekam na jakąś promocję :D
I to by było na tyle. Jak widzicie, wiele z w/w kosmetyków mnie rozczarowało, dlatego nie kupię ich ponownie. Jeszcze raz podkreślę, że jestem bardzo zadowolona z ilości zużyć. Chciałabym, żeby w kolejnych miesiącach było podobnie, choć podejrzewam, że ciężko będzie utrzymać ten poziom :P

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Grudniowy Garbage

Przeglądając denkowe posty co poniektórych blogerek, moja radość z każdego zużytego opakowania zmalała. Ja nie wiem jak one to robią, że wykańczają aż tyle kosmetyków. Używają ich kilka razy dziennie, czy jak? :P

W grudniu udało mi się wrzucić do garbagu "tylko" poniższe produkty: 



1. Żel do higieny intymnej Intimea:



Kolejne zużyte opakowanie, nie wiem już które, bo nigdy ich nie liczyłam. Recenzja tutaj. Bardzo chwalę sobie ten żel. Na pewno kupię ponownie, chociaż trochę mi się już znudził i teraz zaopatrzyłam się w coś innego.









2. Odżywka do włosów Schauma Krem i Olejek:


Włosowe odkrycie roku! Genialna odżywka! Włosy były miękkie i łatwo się rozczesywały, a końcówki faktycznie przestały się rozdwajać! No i ten odurzający, orientalny zapach... ubóstwiam go! Niestety była za mało wydajna:( Co nie zmienia faktu, że na pewno kupię ją ponownie. Recenzja tutaj.








3. Żel pod prysznic Kult Mandarine & Grapefruit:



Fajny żel o przyjemnym zapachu za śmieszne pieniądze. Jego mała ilość wystarczała na wytworzenie się dużej ilości piany, dzięki czemu był bardzo wydajny. Chyba mnie lekko podrażniał. Nie mam pewności czy to jego wina, dlatego eksperymentalnie kupię ponownie. Recenzja tutaj.








4. Żel do higieny rąk Akumina:

Jakież to ciekawe próbki można odnaleźć w swojej szafie, do których rzadko się zagląda :D Cel: zobaczenie co to w ogóle jest + zdenkowanie. Żel przydatny w miejscach, w których nie ma dostępu do wody i mydła (czyt. pociąg chociażby :P). Miałam wrażenie, że zadziałał szybciej niż w 15 sekund (jak zapewnia napis na opakowaniu), ale uczucie poklejonych rąk niestety trwało dłużej. W dodatku miał eliminować "nieprzyjemny zapach rąk", a moim zdaniem taki właśnie zapach miało się po jego zastosowaniu, choć bardziej pasowałoby tu określenie obrzydliwy klozetowy smród. Jeśli ktoś lubi zapach środków dezynfekujących podłogi czy urządzenia sanitarne to proszę bardzo, ale ja na pewno więcej nie użyję tego produktu! Chwała, że nie był on pełnowymiarowy! :P

Pojemność: 2 ml


5. Antyperspirant Nivea Energy Fresh:


Moja ukochana trawa cytrynowa zużyła się po raz n-ty. Teraz dla urozmaicenia mam aż 3 inne antyperspiranty, ale i tak wiem, że na pewno kupię go ponownie, bo jest moim numerem 1 wśród produktów pod paszki! Recenzja tutaj.









6. Kremowe mydło w płynie Cien pomarańcza & biała herbata:

Miałam poświęcić mu osobną notkę, ale od razu po zakupie zaczęłam go używać i jakoś tak głupio było mi robić zdjęcia resztek :P W każdym razie mało się pieniło, ale przynajmniej nie pozostawiało efektu poklejonych rąk, z czym miałam ostatnio problem przy innych mydłach. Przyjemny pomarańczowy kolorek, ale samej pomarańczy tam nie czułam - prędzej zapach herbaty z plastrem cytryny;) Z tego też względu nie kupię go ponownie, bo nie lubię takiej herbaty (oczywiście mydła nie piłam :P), ale może wypróbuję inną wersję zapachową, bo w swojej pseudo kremowej konsystencji nie było aż takie złe. 

Dostępność: Lidl
Pojemność: 500 ml
Cena: 3,99 zł


7. Krem Vichy Nutriextra:

Chwalmy niebiosa! Zdenkowałam go! :D A cóż za katorgi przeżywał mój nos... Dla niewtajemniczonych recenzja tutaj. Dokonałam nawet heroicznego czynu i przecięłam opakowanie pod koniec użytkowania, żeby wydobyć z niego wszystko :D Zapytacie pewnie po kiego grzyba męczyłam się z nim i zwyczajnie go nie wywaliłam. A no właśnie dlatego, że "w tym domu nic się nie może zmarnować" :P Nie lubię wyrzucać kosmetyków, zwłaszcza, gdy dostaję je od kogoś. Gdyby nie ten paskudny zapach to byłby chyba moim ulubionym kremem... W każdym razie mówię mu never again!






8. Mleczko Vichy Nutriextra:

O zgrozo, znalazłam we wspomnianej już szafie kolejny Nutriextra! Domyślcie się, jaką musiałam mieć wtedy minę :P Jeszcze żadnego kosmetyku nie denkowałam tak błyskawicznie :D Próbka zamieszkiwała moją szafę z tego względu, że na opakowaniu zamieszczony był napis "fluid", przez co myślałam, że jest to podkład do twarzy hahaha :D Po przeżyciach z kremem chciałabym, żeby okazał się być tylko fluidem. Niestety, rozcinając próbkę, od razu ujrzałam biały kolor. Dla sprawdzenia mojej wyrobionej opinii powąchałam zawartość. Dalej ten sam smrodek, choć mniej intensywny. Jeszcze w tym samym dniu po kąpieli zużyłam mleczko. No i tutaj zaskoczka. Konsystencja o wiele przyjemniejsza i delikatniejsza niż w kremie. Ok, wydaje się normalne, ale zonk był przy zapachu... bo jak już się posmarowałam to zapach tak jakby przestał mi przeszkadzać. Nie mówię, że zupełnie, ale tak jakby nawet mi się spodobał (nie wierzę, że to piszę! :P). Co by nie było, wolę pozostać jednak przy negatywnej opinii na temat zapachu Nutriextra, pod jaką postacią by nie był :P I z pewnością również mówię żegnam!

Pojemność: 7 ml


Macie/miałyście coś z w/w? Polecacie jakieś zamienniki?;)

Ps. Z poprzednich odpowiedzi pod notką o Liebster Award wyszło, że nie tylko ja jestem śpiochem, pizzożercą i laptopo-blogowym maniakiem! Uff...;)

środa, 19 grudnia 2012

Śmierdziuch z VICHY

Od dobrych 2-3 tygodni wzięłam się ostro za denkowanie kremu Nutriextra z VICHY przeznaczonego dla skóry suchej i bardzo suchej. Produkt mam od dawien dawna (dostałam go), ale "coś" sprawiło, że wykańczam go dopiero teraz. 


Opakowanie: Krem zawarty jest w małej, białej tubce (dostępna jest również wersja w słoiczku). Tubka nie jest za śliska, dlatego nie grozi nam jej wypaćkanie. Minusem (jak zwykle w produktach VICHY) jest brak daty ważności oraz znikoma ilość angielskiego na etykiecie. Denerwuje mnie też ogromna liczba napisów z przodu, jak i z tyłu. Plastikowa zakrętka na zatrzask spełnia swoją funkcję.   

Konsystencja: Najlepsze co jest w tym kremie to konsystencja kremowo-żelowa. Bez problemów rozprowadza się ją na skórze. Wchłania się błyskawicznie.

Kolor: biały

Zapach: I tu jest pies pogrzebany. Produkt byłby idealny dla mojej skóry, gdyby nie wydostający się z tubki obrzydliwy smród! Nie wiem kim jest sprawca, ale wygląda mi na jakieś zielsko, rosnące na łące. Zapach jest na tyle nie do zniesienia, że nie jestem w stanie smarować nim całego ciała. Postanowiłam stosować go jedynie na pięty (im dalej od nosa, tym lepiej!), choć spodziewałam się, że raczej nie poprawi on stanu ich zrogowacenia.

Działanie: Skóra jest nawilżona i aksamitna! Sprawia przyjemne uczucie, ale na pewno nie przez 2 dni, jak twierdzi producent. Odżywia i pielęgnuje skórę. Zdecydowanie lepszy efekt można osiągnąć, gdy krem stosuje się na ręce czy nogi, ale w moich piętach niczego nie zmienił, nie zmiękczył ich. 

Wydajność: Ciężko jest określić wydajność. Przez bardzo długi okres krem trzymałam w szafce i w ogóle z niego nie korzystałam. Teraz używam go jedynie na stopy.

Dostępność: apteka 
Pojemność: 100 ml
Cena: brak

sobota, 24 listopada 2012

Krem Eveline Extra Soft Allergique

Długo poszukiwałam kremu do twarzy w większym opakowaniu, aby starczył mi na dłuższy okres. Taki produkt miała do zaoferowania firma Eveline. Póki co, miałam dobrą opinię na temat jej kosmetyków, więc postanowiłam wypróbować kolejny. 


Niestety, mam bardzo wrażliwą skórę, zwłaszcza na twarzy, dlatego przed zakupem szczegółowo zapoznałam się z etykietą. Mój wzrok od razu przykuło słowo "allergique", co oznacza, iż krem przeznaczony jest dla skóry skłonnej do alergii. Został stworzony na podstawie szwajcarskiej receptury, której właściwości mają być silnie nawilżające i kojące. Zawiera w sobie filtry UVA i UVB, a także olej z awokado (przeciwdziała wysuszeniu, utracie wody i jędrności; odżywia i głęboko regeneruje), d-panthenol i alantoinę (działają łagodząco i przeciwzapalnie, intensywnie nawilżają). Pozbawiony jest natomiast parafiny. Krem jest bezzapachowy, co mi akurat zupełnie nie przeszkadza w przypadku skóry twarzy. Pudełko jest okrągłe i płaskie, dzięki czemu dokładnie będzie można wybierać całą zawartość. Wolałabym jednak, aby było mniejsze a wyższe, gdyż zajmuje mi trochę miejsca w wąskiej szufladzie. Krem ma zbitą konsystencję koloru białego. Rozczarowałam się po zerwaniu sreberka, ponieważ zawartość kremu nie była równomiernie rozłożona i nie zajmowała całego opakowania. 

Zdjęcie zrobione po kilku dniach użytkowania
Mam duże zastrzeżenia co do tego czy krem naprawdę został stworzony przy współpracy z dermatologiem. Za każdym razem, gdy stosuję krem na twarzy, towarzyszy mi uczucie lekkiego pieczenia policzków. Owszem, obecnie mam troszkę podrażnioną skórę przez suche powietrze, dlatego nie chcę prorokować, iż krem ten zupełnie nie nadaje się dla alergików. Być może warto byłoby go użyć w okresie wiosenno-letnim, ale do tego czasu zdążę go już zużyć. Owe pieczenie nie trwa na szczęście długo, bo krem szybko się wchłania, ale jednak nie jest to przyjemne uczucie. Krem można stosować również na całym ciele. Ja wolę używać jednak balsamy, dlatego mimo wszystko, krem będę stosowała wyłącznie do twarzy. Myślę, że przez to nieprzyjemne uczucie więcej nie kupię tego produktu. Gdy go zużyję, chyba nie będę już eksperymentowała z kremami do twarzy i powrócę do Alantandermoline (recenzja TUTAJ).


Real/7,89 zł
200 ml

niedziela, 11 listopada 2012

Październikowy Garbage

Garbage czyli to, co inni określiliby nazwą "Denko". Byłam mocno zdziwiona kiedy gdzieś w internecie znalazłam objaśnienie nazwy owego projektu. Do tej pory wydawało mi się stanem normalnym, że jeżeli chcę skorzystać z nowego produktu, najpierw powinnam zużyć poprzedni. W każdym razie, ja nie stosuję kosmetyków naprzemiennie. Jedynymi wyjątkami są lakiery do paznokci, żeby nie być kolorystycznie monotonną;)

Mój pierwszy post będzie zatem o tym, jakie kosmetyki udało mi się w pełni zużyć w ubiegłym miesiącu. Nie ma ich za wiele z tego względu, że nie upamiętniałam pustych opakowań przed ich wylądowaniem w śmietniku, ponieważ wtedy jeszcze nie przeszło mi nawet przez myśl, że będę prowadzić kosmetycznego bloga;) Oto mój skromny październikowy Garbage: 



A teraz recenzje owych zużyć. Będą one za pewne dłuższe od kolejnych garbagowych opisów, ale tylko dlatego, że nie pisałam recenzji powyższych rzeczy, gdyż nie posiadałam jeszcze bloga;) Myślę, że gdy już będę pisała na bieżąco, wszystko nabierze określonego porządku.

  •  Odżywka do włosów Elkos "Color":
Zakupiona w Niemczech za namową mojej mamy, która użytkuje ją od bardzo długiego czasu. Ten rodzaj odżywki przeznaczony jest dla włosów kolorowych, zarówno farbowanych, jak i z pasemkami. Ubogacany jest w prowitaminę B5 oraz filtr UV, co ma zapewnić regenerację struktury włosa, a także nadać mu promienny blask. Produkt został przebadany dermatologicznie. Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że lubię tę odżywkę.Nie drażni mojej wrażliwej skóry, co mnie bardzo cieszy. Największą jej zaletą jest fakt, iż po jej nałożeniu i spłukaniu włosy naprawdę bardzo łatwo się rozczesują, z czym zazwyczaj mam największy problem. Kolejną zaletą jest niska cena. Ciekawe jest również opakowaniowe rozwiązanie. Nie wiem czy zwróciłyście kiedyś na to uwagę, ale etykiety na większości odżywkach są zamieszczane w taki sposób, aby użytkownik stawiał opakowanie do góry nogami, dzięki czemu nie trzeba długo czekać aż wypłynie z niego zawartość. Szkoda, że nie jest to stosowane w innych produktach. Recenzowana odżywka ma niestety jeden wielki minus. Jej konsystencja jest zbyt rzadka jak dla mnie, bo nie lubię jak jakiś produkt przecieka mi przez palce, a wtedy, rzecz oczywista, zużywam go więcej. Tak jest niestety i w tym przypadku. Jednak mimo tego zakupię ją ponownie, gdy tylko będę miała okazję wybrać się do naszych zagranicznych sąsiadów.

Aldi/ wybaczcie, nie pamiętam ceny, ale coś ok. 1€
300 ml   

  • Mydło do rąk Linda o zapachu aloesu i lotosu:
Przez okres 5 lat, czyli moich studiów, biedronkowe mydło było najczęstszym, jakie kupowałam, oczywiście tylko i wyłącznie ze względu na studencką kieszeń. Zdarzało mi się kupować inne mydła jeśli w danym dniu nie było mi po drodze zajść do owego sklepu. Tym razem zdecydowałam się na wersję, o zgrozo, różową. Choć nienawidzę tego koloru, to kupiłam właśnie ten rodzaj, gdyż nie było zbytniego wyboru. Nie przepadam za jakimikolwiek produktami o zapachu oliwek (nie wspominając o samych oliwkach, ble), a wariant z migdałami już dawno mi się znudził. Do tej pory byłam zadowolona ze stonkowych mydeł, aczkolwiek teraz muszę zmienić zdanie. Nie wiem czy jest to kwestia tylu zawartych składników (gliceryna, lanolina, witamina A, E oraz F), czy kremowej konsystencji, ale po zastosowaniu owego mydła, dokładnym spłukaniu wodą i powycieraniu ręcznikiem, moje ręce są strasznie lepkie! Nie zdarzyło mi się to chyba jeszcze z żadnym mydłem. Dawno temu kupiłam wersję aloesową, jeszcze w podłużnym opakowaniu, ale nie pamiętam jaki był efekt. Chyba mizerny, bo ponownie kupiłam je dopiero teraz. Wracając do klejących się rąk, zaczęłam już zastanawiać się czy nie jest to wina ręcznika, ale po zmianie mydła na inne (o nim za jakiś czas) nie miałam już tego problemu. W różowej (ech) Lindzie podoba mi się jedynie opakowanie, jest okrągłe, ładnie wygląda, no i zawiera pompkę. Uwielbiam mydła z dozownikiem i już od dawien dawna nie używam mydeł w kostce. Niestety nawet przyjemny zapach aloesu w połączeniu z lotosem (samego aloesu również nie znoszę jak oliwek) nie może wpłynąć na pozytywną opinię tego produktu.

Biedronka/2,99 zł
500 ml

  • Krem ochronny Alantandermoline z witaminą A i E: 
I znów różowy produkt, ale to naprawdę jedyny jego minus;) Alantan do tej pory kojarzył mi się jedynie z maściami. Tym razem miałam okazję poznać go pod postacią kremu ochronnego półtłustego. Ze względu na moją bardzo wrażliwą skórę przez długi czas szukałam kremu, który nie wywoływałby podrażnień na mojej twarzy. I znalazłam dzięki mamie, która zakupiła go w aptece. Uwielbiam go właśnie dlatego, że jest przyjazny dla mojej skóry, o czym świadczy również pozytywna opinia "Centrum Zdrowia Dziecka". Choć krem jest półtłusty, to dosyć szybko się wchłania (dla osób nie lubiących tłustych czy półtłustych kremów mam dobrą informację, ponieważ jest też wersja lżejsza z witaminą A - opakowanie fioletowe). Ja stosowałam go na twarzy, choć polecany jest również do pielęgnacji dłoni, łokci i stóp. Mogą korzystać z niego wszyscy - niemowlęta, dzieci i dorośli. Jest to odpowiedni krem na zimę, ponieważ chroni przed wiatrem i chłodem, ale nie tylko, bo ja stosuję go na co dzień. Mimo, że jest to małe opakowanie, krem starcza na bardzo długo. Co ważne, można go kupić bez recepty. Szkoda tylko, że jest bezzapachowy, bo lubię, gdy moja skóra ładnie pachnie.

Apteka/nie pamiętam ceny, ale ok.10 zł
50 g



  • Szampon VICHY Dercos:
Próbkę szamponu mineralnego dostałam od mamy. Według opisu producenta jest łagodny, wzmacniający i przeznaczony do wszystkich typów włosów. Został wzbogacony w minerały zawarte w wodzie termalnej Vichy (którą notabene uwielbiam!) a pozbawiony parabenu, silikonu i barwników. Jako, że jest to próbka, niewiele mogę wypowiedzieć się na temat funkcji wzmacniających tego szamponu. Jakoś nie przypadł mi do gustu. Miałam wtedy podrażnioną skórę głowy, więc lekko mnie szczypał, w dodatku pojawił się nadmiar łupieżu. Zawartość była na tyle mała, że nie starczyła na pokrycie całej głowy... Na saszetce nie było, o dziwo, daty ważności.


Apteka/Darmowa próbka









  •  Mleczko do demakijażu BeBeauty:
Na szczęście jedno mydło z Biedronki nie wpłynęło na omijanie tego sklepu szerokim łukiem;) Mleczko do demakijażu twarzy i oczu BeBeauty stosuję od kilku lat. Ostatnio wybieram tylko wersję niebieską, dla skóry normalnej i mieszanej. Pamiętam, że wcześniej opakowanie było troszkę inne, ale cała reszta pozostaje niezmienna. Preparat zawiera ekstrakt z lotosu, d-panthenol, witaminę E oraz glicerynę. Właściwie mogę napisać tylko o demakijażu oczu, gdyż nie stosuję go do całej twarzy. Dosyć dobrze zmywa tusz czy kredkę, aczkolwiek trzeba to uczynić kilkakrotnie (na zmycie dwojga oczu zużywam 2 płatki kosmetyczne). Czasami dostanie się trochę zawartości pod powiekę, co przyprawia mnie o szczypanie, ale zdecydowanie nie tak wielkie jak przy innych tego typu mleczkach. Gdy dostanie się większa ilość, obecny jest efekt "zamglonych oczu", co najtrudniej jest wytrzymać, bo szczypie cholernie (już niezależnie od marki). Mleczko faktycznie nawilża, choć od razu po demakijażu płuczę całą twarz, a potem ją kremuję, więc skóra nie ma czasu być "sucha". Przyzwyczaiłam się do niego. Mając przykre doświadczenia z innymi mleczkami do demakijażu, boję się eksperymentować z nowymi, dlatego myślę, że jest to główny powód dla którego ciągle kupuję to stonkowe.

Biedronka/3,59 zł
200 ml
  

  • Wkładki higieniczne Femina Secret:


Również i z tym produktem stonkowym nie mogę się rozstać. Z powodu pewnych intymnych dolegliwości wkładki towarzyszą mi codziennie, niestety. Kupuję Feminę, bo te mi najbardziej odpowiadają. Są delikatne i czuję się z nimi bezpieczniej. Na opakowaniu widnieje napis, iż dopasowują się do linii ciała. Jakoś nie zwracałam na to uwagi. Są wygodne, choć czasem nieodpowiednią się przykleją i potem nie czuję się już tak komfortowo. Opakowanie zawiera 60 wkładek, co jest dosyć sporą liczbą w porównaniu do innych firm, aczkolwiek ja zużywam kilka sztuk dziennie, więc chciałabym, aby było ich więcej w jednym pudełku.


Biedronka/3,65 zł
60 sztuk