Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odżywka do włosów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą odżywka do włosów. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 maja 2014

Odpowiedni produkt dla "istnej masakry" na głowie

Kilka lat temu co rusz używałam do włosów produktów Garnier. Nie wyrządzały krzywdy moim włosom, a do tego były tanie. Pomimo, że były dobre, to zaprzestałam ich kupowania – po prostu mi się znudziły i chciałam przetestować coś innego. Od paru miesięcy w blogosferze przewijały się recenzje odżywki do włosów Garnier Ultra Doux z olejkiem awokado i masłem karite. Przez wzgląd na to, iż większość z nich była pozytywna, postanowiłam powrócić niejako do korzeni i wypróbować ten osławiony produkt. Muszę zaznaczyć, że moje włosy w ówczesnym czasie były w tragicznym stanie (szampon-winowajca nie doczekał się jeszcze osobnej recenzji) – m.in. suche i zniszczone, czyli takie, dla których przeznaczona jest recenzowana odżywka. Prawie zawsze kupowałam produkty właśnie dla „suchych i zniszczonych” włosów (m.in. efekt stosowania prostownicy), ale tym razem miałam na głowie naprawdę istną masakrę (o szczegółach będzie można poczytać przy recenzji wspomnianego „winowajcy”), dlatego byłam bardzo ciekawa czy odżywka z Garniera poradzi sobie z jej zniwelowaniem.


Od producenta: 
Opakowanie: Wykonane z twardego plastiku, charakterystyczne dla całej serii odżywek Garnier. Plus za „stanie na głowie” i wyżłobiony listek przy zatrzasku nakrętki, dzięki czemu łatwiej jest go otwierać, bez łamania sobie paznokci. Przyjemna dla oka etykieta z samymi konkretami również zasługuje na pochwałę.

Konsystencja: Ani rzadka, ani gęsta, czyli coś pomiędzy :P
Kolor: Żółty.

Zapach: Przyjemny, utrzymujący się na włosach. Nie wyczuwam w nim awokado, więc podejrzewam, że jest to zapach masła karite.

Wydajność: Średnia.

Skład:
Moja opinia: Pokładałam w tej odżywce wielkie nadzieje i nie zawiodłam się! Ona naprawdę poprawiła stan moich włosów! Dzięki niej stały się odżywione i mięciutkie w dotyku. Z łatwością mogłam je również rozszczekać. Nie były może jakoś „niewiarygodnie” błyszczące, jak zapewnia producent, ale na tym efekcie akurat mi nie zależało. Odżywka pachniała przyjemnie, choć myślę, że na dłuższą metę zapach okazałby się jednak męczący. Niestety producent nie określił dokładnego czasu pozostawienia odżywki na włosach, no bo „kilka chwil” to dla mnie żaden konkret. W większości przypadków nakładałam ją na włosy, zawijałam ręcznik na głowę i dopiero po wykonaniu kilku innych czynności (np. umycie zębów, demakijaż twarzy), które zajmowały mi kilka minut, spłukiwałam produkt. Gdy się spieszyłam, to spłukiwałam ją niemalże od razu po nałożeniu. Garnierowskiej odżywki nie używałam przy każdym myciu włosów, bo obawiałam się ich obciążenia (wtedy stosowałam odżywkę w spray’u z innej firmy), dlatego nie wiem, jakie skutki przyniosłoby jej codzienne stosowanie. Jedyne, co nie przypadło mi do gustu w tej odżywce, to jej konsystencja, przez co produkt traci na wydajności.  


Dostępność: drogerie, markety
Pojemność: 200 ml
Cena: ok. 6-8 zł; ja kupiłam ją za 5,49 zł w Biedronce

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Drugie podejście dobrym weryfikatorem produktu

Poza zestawami objętymi promocją rzadko zdarza mi się kupować szampon i odżywkę z tej samej serii w jednym czasie. Zazwyczaj wynika to z faktu, iż odżywki są mniej wydajniejsze lub posiadają mniejszą pojemność od szamponów, więc zanim zdążę zużyć cały szampon, to muszę dokupować kolejne opakowanie odżywki, a wtedy uruchamia się we mnie zmysł testerki, która szuka czegoś nowego. Poza tym, uważam, że przy używaniu takich zestawów ciężko jest ocenić osobne działanie obu produktów. Na palcach jednej ręki (a nawet nie wszystkich) mogłabym policzyć swoich ulubieńców włosowych. Jakiś czas temu szukałam taniej odżywki i pomyślałam, że skoro w zeszłym roku byłam zadowolona z biedronkowego szamponu, to czemu nie miałabym wypróbować całego zestawu. Kupiłam zatem odżywkę do włosów suchych i zniszczonych Elisse, a kiedy ją zużyłam, sięgnęłam po kolejne opakowanie…
Od producenta:
Opakowanie: Fioletowe, wykonane z mocnego, twardego plastiku, posiada zakrętkę na „klik”. Jest takie same jak w szamponie z tej serii (tutaj), z tą różnicą, że odżywka stoi „na głowie”, co początkowo bardzo ułatwia wydobywanie zawartości. Gdy odżywka dobija dna, najlepiej jest dolać do opakowania trochę wody, żeby wydobyć resztki.

Konsystencja: Kremowa, średniogęsta.

Kolor: Perłowy.

Zapach: Nie potrafię określić czym pachnie ta odżywka, ale jest to przyjemny zapach, który dość długo utrzymuje się na włosach. Jeśli jednak za dużo razy sztachniemy się z opakowania (w celu powąchania odżywki oczywiście :P), to zapach staje się już mdły.

Wydajność: Dobra.

Skład:
Moja opinia: Odżywkę bardzo łatwo rozprowadza się na włosach, konsystencja jest miła w dotyku. Włosy stają się miękkie, gładkie, ale jedynie na krótki czas od ich umycia. Dobrze się rozczesują, nie plączą się. Produkt posiada przyjemny zapach. Dotychczasowy opis wskazywałby na to, że z tą odżywką wszystko jest ok. Jednak zużycie drugiego opakowania potwierdziło moje początkowe wrażenie, iż produkt znacznie obciążał moje włosy:/ Nie nakładałam dużej ilości odżywki, nie trzymałam jej też zbyt długo na włosach, właściwie to po chwili ją spłukiwałam, więc nie wiem z czego wynikał efekt końcowy, ale nie byłam z niego zadowolona.

Dostępność: Biedronka
Pojemność: 250 ml
Cena: 4,99 zł


A Wy kupujecie zestawy włosowe (szampon + odżywka)  z tej samej serii czy każdy produkt z innej firmy? 

sobota, 13 lipca 2013

Odżywka do włosów bez cudów

Nie znam się na włosowej pielęgnacji i szczerze mówiąc nie interesuje mnie ona w ogóle. Nie wykluczam, że za jakiś czas zmienię zdanie i zacznę bardziej dbać o swoje włosy, aczkolwiek póki co zupełnie się na to nie zanosi. Moje kłaki są na tyle upierdliwe, że znalezienie dobrego szamponu czy odżywki graniczy z cudem. A propos... pokładałam pewne nadzieje w odżywce do włosów z olejkiem arganowym Joanna, gdyż kiedyś naczytałam się, że owy składnik potrafi zdziałać cuda z niejedną szopą. Tylko jak do tego cudu ma dojść, jeśli człowiek nie zdąży nawet dobrze poużywać danego produktu? 


Od producenta:
Opakowanie: Typowe dla produktów Joanny przeznaczonych do włosów: plastikowe, podłużne i poręczne. Posiada bardzo mocno ulokowaną zakrętkę, której za żadne skarby nie mogłam odkręcić, aby dostać się do "resztek". 

Kolor: Żółto-beżowy.

Konsystencja: Faktycznie miała "cudowną" konsystencję - w opakowaniu była za gęsta, a na włosach za rzadka. Nie pojmuję tego cudu. Nie miałam wcześniej odżywki, która po zużyciu 1/2 zawartości już nie chciała wydostać się z opakowania :/ Musiałam dolewać do środka wody, żeby choć trochę ją rozcieńczyć. Gdy udawało mi się jakoś wydobyć odżywkę na zewnątrz, zamieniała się w totalną ciapcię, którą trudno było równomiernie rozprowadzić na włosach. Chyba nie muszę wspominać jak wypaćkane było opakowanie, zwłaszcza przy zakrętce? :/

Zapach: Mmm... orientalny ^^ Ostatnio uwielbiam takie zapachy na włosach :D

Działanie: Jak na kilkukrotną aplikację, nie zauważyłam wielkiej rewolucji w moich kłakach poza ładnym połyskiem (bez przesady jednak, żeby był "zmysłowy"), dzięki czemu nie musiałam aż tak wstydzić się mojego zniszczonego szopena. Nie plątała włosów, można było je dobrze rozczesać. No i to by było chyba na tyle - zdecydowanie za mało efektów jak na olejek arganowy w składzie, z którego działaniem wiązałam swoje, dosyć spore, oczekiwania.  

Wydajność: Marność nad marnościami :/ Starczyła na kilka (5?) użyć, oczywiście dzięki swojej "cudownej" konsystencji.

Skład:

Pojemność: 200 g
Dostępność: Drogerie Polskie
Cena: 6,20 zł


Używacie kosmetyków do włosów z olejkiem arganowym? Zauważacie jakieś zmiany na lepsze?

czwartek, 2 maja 2013

Kwietniowy Garbage 2013

Koniec starego i początek nowego miesiąca to zdecydowanie najbardziej ulubiony i wyczekiwany przeze mnie okres w blogosferze. Z każdej strony jestem zasypywana śmietnikowymi recenzjami, przez co nie nadążam z ich przeglądaniem i komentowaniem. Jak można podniecać się zawartością śmietnika? :O Ano można! Jestem tego najlepszym przykładem :D 
Mój kwietniowy Garbage prezentował się następująco:


Prysznico-wanna:
1. Żel pod prysznic Isana kwiat maku: Przyjemny świeży zapaszek, idealny na wiosnę. Szkoda, że tak słabo wydajny. Jestem na TAK, chociaż pewnie więcej go nie kupię - pochodził z edycji limitowanej, a poza tym mam mnóstwo innych żeli do zużycia. Recenzja tutaj.
2. Żel pod prysznic BeBeauty Spa Bali ekstrakt z owoców egzotycznych: Żel, który pachniał "egzotyczną" gruszką. A przede wszystkim, do cholery, był peelingiem (choć bardzo słabym), którego nienawidzę! Jestem na zdecydowane NIE. Recenzja tutaj. 
3. Musująca kula do kąpieli Body Club limonka & kawa: Fajny bajer do wanny. Bardzo chemiczny zapach limonki, bo o kawie nic mi nie było wiadomo... MOŻE wypróbuję inne wersje zapachowe. Recenzja tutaj.

Twarzo-głowa:
4. Krem Eveline Extra Soft Allergique: Stosowałam go jedynie do twarzy. Nie sądziłam, że będzie aż tak mega wydajny! Starczył mi dokładnie na 6 miesięcy! Można go zużyć do samego końca, dzięki funkcjonalnemu opakowaniu. Niestety, chwilowe uczucie ściągniętej skóry towarzyszyło mi przez cały okres jego aplikowania, dlatego raczej NIE kupię go ponownie. Recenzja tutaj, pochodząca jeszcze z początku prowadzenia bloga, której do tej pory nikt nie chciał skomentować :P
5. Nawilżająca odżywka do włosów Alterra (granat & aloes): Wielkie rozczarowanie. Obciążała włosy i odpychała zapachem. Niestety jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Higiena rączek i paszek:
6. Zimowe mydło do rąk Isana czar kominka: Przepięknie i intensywnie pachnące przyprawami korzennymi mydło. Zapach, choć krótkotrwały, to idealny na zimę. Szkoda, że nie miało kremowej konsystencji, bo słabo się pieniło. Jak widać na załączonym obrazku, posłuchałam rady i zaznaczałam sobie poziom zużycia, dzięki czemu korzystałam z niego tylko ja, a nie moje współlokatorki:] Jestem na TAK. Na pewno kupię ponownie, o ile uda się je dorwać za rok - niestety edycja limitowana:( Recenzja tutaj.
7. Antyperspirant NIVEA Invisible Clear: Nie brudził ubrań, delikatnie pachniał. Spełniał swoje zadanie. Jestem na TAK.

Miniaturki:
8. Preparat do demakijażu twarzy i oczu 3 w 1 Vichy: Natychmiastowo zmywał jedynie eyeliner, z tuszem trzeba było pomęczyć się dłużej, choć i tak nie robił tego dokładnie. Ciężko było wydobyć resztki z plastikowego opakowania - skutek: przecięty kciuk. Jestem na NIE.
9. Płyn micelarny do demakijażu oczu i wrażliwej skóry twarzy Vichy: Była to moja pierwsza przygoda z micelem i przyznam się, że bardzo przyjemna. Dobrze usuwał resztki makijażu oczu (demakijażu dokonuję za pomocą mleczka), choć stosowałam go głównie do twarzy. Bardzo fajnie ją oczyszczał i odświeżał. Przyjemnie pachniał mentolem. Jestem na TAK. Bardzo chętnie spróbowałabym pełnowymiarowej wersji, choć domyślam się, że jest droga.
10. Perfumy Christina Aguilera (nie wiem niestety jaka wersja): Zapach kobiecy, niezbyt intensywny. Niczym szczególnym nie wyróżniał się, nie przypadł mi do gustu. Szkoda, że nie było aplikatora, bo otwór był jednak duży. Jestem na NIE.

Próbki:
Słowem wstępu. Niektóre blogerki uważają, że nie powinno się recenzować próbek. Owszem, pisanie o efektach czy wydajności byłoby skazane na pośmiewisko, ale moim zdaniem nawet po jednorazowym użyciu można wyrobić sobie pewne zdanie na podstawie danej cechy produktu, która od razu zachęci lub zniechęci nas do zakupu pełnowymiarowego kosmetyku.

11. Krem nawilżający z mocznikiem Emoleum do skóry suchej, bardzo suchej i atopowej: Czułam lekkie ściągnięcie skóry twarzy, więc nie dam mu pełnowymiarowej szansy. Jestem na NIE.
12. Masło do ciała Tutti Frutti karmel & cynamon: Przyjemna konsystencja, znacznie lepsza od orangutana. Niestety spotkałam się z tym, czego się obawiałam i co w ostateczności powstrzymywało mnie od dotychczasowego zakupu - pachniał zbyt intensywnie, za słodko:( MOŻE skuszę się na niego w zimie.
13. Szampon łopianowy włosy tłuste z tendencją do łupieżu Herbal Care Farmona: Śmierdział zielskiem, więc zdecydowanie nie dla mnie. Nie starczył na umycie całej głowy (7 ml), więc musiałam wspomóc się innym szamponem. Miał gęstą konsystencję. Jestem na NIE.
14. Balsam odżywczy do ciała oliwkowy Herbal Care Farmona: Pomimo mojej niechęci do oliwki, była to całkiem przyjemna aplikacja. Dobrze się rozsmarowywał i nawilżył kawałek skóry, który nim posmarowałam. Raczej NIE kupię, bo wolę inne zapachy. 
15. Balsam mineralny nawilżająco-regenerujący Aqualia Thermal Vichy: Bardzo fajny balsam, który zużyłam do posmarowania twarzy. Miał tłustą konsystencję, aczkolwiek bardzo łatwo można było ją rozprowadzić. Spowodował niesamowity efekt - czułam, że moja skóra była bardzo aksamitna i gładka. Troszkę przeszkadzał mi zapach, choć producent zapewnia, że balsam nie zawierał środków zapachowych. Jestem na TAK, choć pewnie nie będzie mi dane skorzystać z pełnowymiarowej wersji ze względu na cenę.

Kolorówka:
16. Konturówka do oczu Avon Blackest Black: Zakupiłam ją w celu podkreślania linii wodnej oka, ale nie nadawała się do tego zupełnie. Dzięki temu zaczęłam rysować kreski na powiekach, które niestety wychodziły zbyt grube, gdyż konturówki nie dało się temperować - była wykręcana. Kreski nie były zbyt trwałe i odbijały się niekiedy na górnych powiekach. Dlaczego mimo wszystko jestem na TAK? Bo była wygodna w użyciu - nie lubię temperować kredek. Recenzja tutaj. 
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak to działa :D Jeśli jesteście zainteresowane jak wygląda konturówka od środka, to spójrzcie poniżej :D
Byłam pewna, że zużyłam ją do końca, a jednak ostał się kawałeczek. Dało się nim jeszcze narysować kreski, a przy okazji wsadziłam go sobie do oka:] 
17. Żelowa kredka do oczu Avon Super Shock Black: Bardzo ją lubię, pomimo że niekiedy doprowadza mnie do szału. Bardzo dobrze podkreśla linię wodną, na powieki również się nadaje. Kreski są długotrwałe, aczkolwiek rozmazują się:( Temperowanie tej kredki to istna katorga! Rysik jest bardzo miękki (w końcu to "żelowa" kredka), przez co bardzo szybko ulega zmaltretowaniu w kontakcie z temperówką:(  Ogólnie jestem na TAK.

Używałyście powyższych produktów? Jakie macie o nich zdanie? Chętnie poczytam:)

niedziela, 28 kwietnia 2013

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki

Na krótkie wyjazdy, głównie weekendowe, pakuję do torby podróżnej m.in. małą kosmetyczkę. Nie lubię wozić ze sobą pełnowymiarowych kosmetyków ze względu na zwiększoną wagę swojego bagażu i niekomfortowe warunki podróży polskim PeKaPe, podczas której pokonuję zazwyczaj kilkaset kilometrów. Z tego też względu zrezygnowałam z dużej kosmetyczki na rzecz mniejszej, do której wkładam tylko kilka miniaturowych opakowań. Swego czasu znalazła się w niej nawilżająca odżywka do włosów Alterra (granat & aloes). Pamiętam, że po pierwszym użyciu byłam nią zachwycona, głównie dlatego, że nie sprawiała problemów z rozczesaniem włosów, a dodatkowo przyjemnie pachniała. Szkoda było mi jej zużywać, dlatego zawartość miniaturki zachowałam do dzisiaj. Cena pełnowymiarowej odżywki nie kusiła mnie na tyle, żeby ją kupić, dlatego zaopatrzyłam się w nią dopiero przy okazji niedawnej promocji w Rossmannie. Byłam bardzo ciekawa czy po użyciu pełnej wersji będę miała podobne odczucia.


Od producenta: Każde włosy zasługują na indywidualną pielęgnację. Do produkcji odżywki nawilżającej Alterra zastosowaliśmy specjalnie dobrane składniki najwyższej jakości: wartościowa kompozycja pielęgnacyjna z wyciągami z aloesu*, granatu* i kwiatów akacji* pielęgnuje włosy, nawilża je i dostarcza włosom zniszczonym nowej energii. *z kontrolowanej biologicznie uprawy

Opakowanie: Odżywka znajduje się w małym, białym, plastikowym opakowaniu, stojącym "na głowie" (za co ma ode mnie wielki plus). Zakrętka jest stabilnie zamocowana, z zamknięciem na "klik". Na przedniej etykiecie znajduje się obrazek aloesu i granatu, a z tyłu jest przyklejona biała kartka (jak w większości produktów z Alterry czy Isany, za czym w zupełności nie przepadam ze względu na szybkie niszczenie) z przetłumaczonymi informacjami w języku polskim.

Zapach: Bardzo długo utrzymuje się na włosach. Jest taki sam jak w małej wersji, aczkolwiek tym razem wcale nie przypadł mi do gustu! Jest zbyt intensywny, przez co staje się uciążliwy i nieprzyjemny. Z opisu producenta wynikałoby, że jest to mieszanka zapachowa aloesu, granatu i akacji.

Kolor: Biały.

Konsystencja: Bardzo gęsta. Ciężko rozprowadzało się ją na włosach. 
Wydobycie resztek zawartości graniczyło niemalże z cudem. Po nalaniu wody do opakowania odżywka bardzo szybko uległa rozpuszczeniu :/ 

Działanie: Jedyną zaletą, jaka pozostała z mojego uprzedniego zachwytu nad tą odżywką, był brak problemu z rozczesywaniem moich niesfornych kłaków. Włosy nie plątały się i wystarczyło przeczesać je grzebieniem tylko jeden raz. Przez bardzo gęstą konsystencję nie potrafiłam dobrze ocenić ilości wydobytej zawartości do długości moich włosów. Ciągle wydawało mi się, że daję jej za dużo, przez co miałam wrażenie, że moje włosy były strasznie obciążone. Oczywiście taki efekt utrzymywał się jedynie do momentu spłukania włosów.

Wydajność: Słaba.

Podsumowując:

+ opakowanie stojące "na głowie"
+ dobre rozczesywanie włosów
- mdły, intensywny zapach
- zbyt gęsta konsystencja
- obciążanie włosów
- mała pojemność
- wysoka cena
- słaba wydajność
















Dostępność: Rossmann
Pojemność: 200 ml
Cena: 6,99 zł (w promocji)


Należycie do zwolenniczek czy przeciwniczek tej słynnej odżywki?

poniedziałek, 4 marca 2013

Lutowy Garbage 2013

Na początek - wow! Osiągnęłam pierwszą magiczną liczbę 50, zarówno w ilości postów, jak i obserwatorów! Dziękuję:* I oczywiście zapraszam do dalszego zaglądania, czytania, komentowania:)

Dzisiaj czas na garbagowy post. Prawie do końca miesiąca w mojej reklamówce przeznaczonej do przechowywania zużytych opakowań znajdowały się tylko dwie próbki. "Ale siara" - myślałam. Jednakże przez ostatnich kilka dni udało mi się wykończyć parę produktów. Nie będę usprawiedliwiać tego stanu rzeczy krótszym miesiącem (jak niektóre blogerki ;>), bo dwa dni to żadna różnica. Styczeń obfitował w wiele pustych opakowań, stąd w lutym pootwierałam dużo nowych produktów, z których niekoniecznie codziennie korzystałam. W dodatku, po zakończonej sesji pojechałam na tydzień do domu i nie zabierałam ze sobą prawie żadnych kosmetyków, bo  mój bagaż i tak był pokaźny. Czy moje tłumaczenia są wystarczające? :P


1. Próbka delikatnie myjącego mleczka do twarzy Madara: 

Kremowa, gęsta konsystencja o biało-żółtawym kolorze. Zużyłam je też do demakijażu oczu i dosyć dobrze sobie z tym poradziło.  Nie podrażniło mojej skóry, w końcu to "ecoface" :P Fajnie pachniało truflami :P Był to bonus do zamówienia, ale chętnie wypróbowałabym pełnowymiarowe opakowanie.









2. Próbka toniku do twarzy Madara:

Co za bubel! Próbka mogłaby być w jakiejś buteleczce, bo po przecięciu opakowania, połowa wylała mi się na rękę. Tonik walił alkoholem na kilometr! W sekundę pojawiło się uczucie ściągniętej skóry, dlatego od razu wylałam wszystko do zlewu. A niby taki "eco", pfff! Nie chcę go więcej!








3. Antyperspirant Fa Pink Passion:

Był jednym z moich ulubionych antyperspirantów. Z powodu  podrażnienia i wysuszenia skóry nie kupię go ponownie. A szkoda, bo zapach miał piękny:( Recenzja tutaj.










4. Balsam do ciała Naturia z kiwi:

Fajny, delikatny balsam. Pomimo, że krótkotrwale nawilżał skórę i wkurzała mnie niepraktyczna zakrętka, to dla samego zapachu może kupię ponownie. Recenzja tutaj.










5. Łagodzące mydło do higieny intymnej Green Pharmacy (szałwia): 

Zdarzyło się z 2-3 razy, że czułam przez nie podrażnienie. Samo w sobie było ok, ale nie podobał mi się zapach suszonych śliwek :P Nie kupię ponownie. Recenzja tutaj.










6. Żel pod prysznic Isana cranberry & white tee: 

Rozczarował mnie. Pachniał mało intensywnie, a do tego strasznie wysuszył moją skórę:( Nie kupię ponownie. Recenzja tutaj.










7. Odżywka do włosów Timotei with Jericho Rose (głęboki brąz):

Nie wiem po co ją kupiłam. Nic nie zrobiła z moimi farbowanymi włosami. Mało wydajna. No i ten smród! Bleee! Na pewno nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)






8. Mydło do rąk Isana mango & orange:

Mydło prawie idealne. Dobrze myło, pieniło się, nie kleiło rąk.  Najważniejsze, że zapach utrzymywał się bardzo długo na dłoniach. Nie podpasował mi jednak zapach multiwitaminy, ale myślę, że spróbuję innych wersji. Recenzja tutaj.

niedziela, 3 lutego 2013

Styczniowy Garbage 2013

Zauważyłam, że w blogowej sferze najbardziej lubię oglądać posty denkowe. To śmieszne, że tak bardzo cieszy mnie widok plastikowych opakowań :P Może jest tak dlatego, że mam pewność, iż dana blogerka w pełni (czasem nie) zużyła dany produkt i jej recenzja może być bardziej rzetelna, dzięki czemu zachęci/zniechęci mnie do jego zakupu.
Moje pierwsze zużycia w tym roku wprawiły mnie w osłupienie. Po raz pierwszy (od momentu założenia bloga) udało mi się wykończyć aż tyle kosmetyków! Jestem z siebie dumna :D Przynajmniej zmniejszyło to moje wyrzuty sumienia po styczniowych zakupach, które pojawiają się w następnym poście :P


Poniżej znajdziecie moje krótkie opinie na temat zawartości styczniowego garbagu:

1. Mydło w płynie Luksja (róża & mleko):


Jest to pierwsze mydło z Luksji, jakie miałam okazję wypróbować. Posiadało przyjemną kremową konsystencję. Pieniło się, zapach przeciętny. Niestety nie zauważyłam, że zawartość uzupełniacza wynosiła jedynie 400 ml. Standardowo, skończyło się błyskawicznie, więc słaba wydajność. Nie kupię ponownie.

Dostępność: Rossmann, Real, Astor
Cena: 3,69 zł (w promocji)
2. Mleczko do demakijażu BeBeauty (skóra normalna i mieszana):


Z sentymentem patrzę na to opakowanie, które nie będzie już dostępne, bo jak za pewne wiecie, w Stonce możemy spotkać już tylko nowe wersje. Mleczko odpowiada moim potrzebom, choć mogłoby być doskonalsze. W każdym razie  kupię je ponownie! Nie zmieniam firmy, bo chcę uniknąć podrażnień oczu. Recenzja tutaj. 
3. Patyczki do uszu:


Nie piszę "bagietki", bo znowu kogoś rozśmieszę :P Szkoda, że już się skończyły. Mimo, iż zakupione w supermarkecie, były dla mnie idealne! Miałam je od września. Oprócz czyszczenia uszu służyły mi do korekcji makijażu. Miały cieniutkie zakończenie. Dodatkowym walorem było opakowanie, które po przyciśnięciu, otwierało się w połowie, dzięki czemu nie trzeba było podnosić całej "klapy" i unikało się wysypywania patyczków. Pudełeczko sobie zachowałam i przesypałam do niego patyczki z innej firmy. Na pewno kupię ponownie!
Dostępność: Real
Pojemność: 200 sztuk
Cena: ok. 2 zł

4. Odżywka do włosów Timotei with Jericho Rose (Lśniący blask):


Poza ładnym zapachem nie zachwyciła mnie. Denerwowała mnie zakrętka (jak w całej serii) i bardzo słaba wydajność. Na pewno nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)
5. Perfumy Adidas Fruity Rhythm:


Zapach przeciętny. Ulatniał się po kilkunastu minutach! Wielkie rozczarowanie - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
6. Antyperspirant Dove Go Fresh (grapefruit & lemongrass):


Mleczny kolor i zapach spoconej trawy cytrynowej skutecznie zniechęcił mnie do tego produktu - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
7. Zimowy krem do rąk Cztery Pory Roku (bawełna norweska & imbir):


Jak na małą tubkę, był wydajny. Do samego końca irytował mnie zapach tabletek Strepsils:] Nawet szybko się wchłaniał. Nie rozgrzewał. Recenzja tutaj. Zmieniłam zdanie co do skuteczności - nie radził sobie jednak z bardzo suchą skórą, nawilżał na krótką chwilę, stąd na pewno nie kupię ponownie! 
8. Żel pod prysznic Original Source (Orange & Liquorice):


Totalne zaskoczenie co do zapachu, który okazał się karmelowy :P Wszystko genialne oprócz marnej wydajności! Kupię ponownie, ale myślę, że dopiero za rok, by umilić sobie zimowe kąpiele;) Recenzja tutaj.
9. Masło do ciała Tutti Frutti (Liczi & Rambutan):


Przeżyłabym wszystkie jego mankamenty, ale czarne kropko-kreski były ponad moją cierpliwość! Wykończyłam je całe i nie zamierzam się z nim więcej użerać - nie kupię na pewno! Plusem było dobre nawilżenie i nawet wydajność, o której zmieniłam zdanie. Recenzja tutaj.
10. Szampon do włosów Elisse (włosy suche i zniszczone):


Totalne zaskoczenie! Bardzo tani i mega wydajny szampon! Przyjemny zapach. Polepszył stan moich włosów - przestały rozdwajać mi się końcówki!:) Na pewno kupię ponownie! Recenzja tutaj.
11. Błyszczyk AVON:


Ciężko wypowiadać mi się na jego temat, gdyż dostałam go od koleżanki tydzień temu. Spontaniczny "prezent", długo by tłumaczyć :P Stan dosłownie terminalny, bo użyłam go może parę razy - końcówka nie sięgała dna. Miał powiększać usta, czego oczywiście nie robił, za to nieprzyjemnie szczypał. Co gorsza - śmierdział jakby śliwką (nie wiem jaki pierwotnie miał zapach :P). Jedynym plusem był przyjemny pędzelek, co mnie zaskoczyło, bo dotychczas spotykałam się jedynie z aplikatorami w formie gąbek. Może wypróbowałabym inne wersje zapachowe.
12. Fluid VICHY Aerateint Pure (nr 23):


Zupełnie zapomniałam, że posiadam pełnowymiarową wersję! Przywiozłam ją sobie z domu, a tu zonk, bo okazało się, że resztki, które zostały na dnie, zaschły :P I na marne było wiezienie opakowania tyle kilometrów :P Krótka recenzja, co prawda próbki, znajduje się tutaj. Przyjęłabym go ponownie, jednak sama bym go nie zakupiła.
13. Żel pod prysznic Original Source (Lemon & Tea Tree):

Glut o zapachu cytrynowej galaretki. Skończył się w mgnieniu oka. Nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Cena: 6,99 zł (w promocji)
14. Atomizer Puma Jamaica (żółta):


Mój ukochany zapach! Nie wiem, które to już puste opakowanie. Niestety, pozostaje mi jedynie forma atomizera, bo bardzo ciężko zdobyć w Polsce perfumy 40 ml! Na pewno kupię ponownie, ale czekam na jakąś promocję :D
I to by było na tyle. Jak widzicie, wiele z w/w kosmetyków mnie rozczarowało, dlatego nie kupię ich ponownie. Jeszcze raz podkreślę, że jestem bardzo zadowolona z ilości zużyć. Chciałabym, żeby w kolejnych miesiącach było podobnie, choć podejrzewam, że ciężko będzie utrzymać ten poziom :P

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Grudniowy Garbage

Przeglądając denkowe posty co poniektórych blogerek, moja radość z każdego zużytego opakowania zmalała. Ja nie wiem jak one to robią, że wykańczają aż tyle kosmetyków. Używają ich kilka razy dziennie, czy jak? :P

W grudniu udało mi się wrzucić do garbagu "tylko" poniższe produkty: 



1. Żel do higieny intymnej Intimea:



Kolejne zużyte opakowanie, nie wiem już które, bo nigdy ich nie liczyłam. Recenzja tutaj. Bardzo chwalę sobie ten żel. Na pewno kupię ponownie, chociaż trochę mi się już znudził i teraz zaopatrzyłam się w coś innego.









2. Odżywka do włosów Schauma Krem i Olejek:


Włosowe odkrycie roku! Genialna odżywka! Włosy były miękkie i łatwo się rozczesywały, a końcówki faktycznie przestały się rozdwajać! No i ten odurzający, orientalny zapach... ubóstwiam go! Niestety była za mało wydajna:( Co nie zmienia faktu, że na pewno kupię ją ponownie. Recenzja tutaj.








3. Żel pod prysznic Kult Mandarine & Grapefruit:



Fajny żel o przyjemnym zapachu za śmieszne pieniądze. Jego mała ilość wystarczała na wytworzenie się dużej ilości piany, dzięki czemu był bardzo wydajny. Chyba mnie lekko podrażniał. Nie mam pewności czy to jego wina, dlatego eksperymentalnie kupię ponownie. Recenzja tutaj.








4. Żel do higieny rąk Akumina:

Jakież to ciekawe próbki można odnaleźć w swojej szafie, do których rzadko się zagląda :D Cel: zobaczenie co to w ogóle jest + zdenkowanie. Żel przydatny w miejscach, w których nie ma dostępu do wody i mydła (czyt. pociąg chociażby :P). Miałam wrażenie, że zadziałał szybciej niż w 15 sekund (jak zapewnia napis na opakowaniu), ale uczucie poklejonych rąk niestety trwało dłużej. W dodatku miał eliminować "nieprzyjemny zapach rąk", a moim zdaniem taki właśnie zapach miało się po jego zastosowaniu, choć bardziej pasowałoby tu określenie obrzydliwy klozetowy smród. Jeśli ktoś lubi zapach środków dezynfekujących podłogi czy urządzenia sanitarne to proszę bardzo, ale ja na pewno więcej nie użyję tego produktu! Chwała, że nie był on pełnowymiarowy! :P

Pojemność: 2 ml


5. Antyperspirant Nivea Energy Fresh:


Moja ukochana trawa cytrynowa zużyła się po raz n-ty. Teraz dla urozmaicenia mam aż 3 inne antyperspiranty, ale i tak wiem, że na pewno kupię go ponownie, bo jest moim numerem 1 wśród produktów pod paszki! Recenzja tutaj.









6. Kremowe mydło w płynie Cien pomarańcza & biała herbata:

Miałam poświęcić mu osobną notkę, ale od razu po zakupie zaczęłam go używać i jakoś tak głupio było mi robić zdjęcia resztek :P W każdym razie mało się pieniło, ale przynajmniej nie pozostawiało efektu poklejonych rąk, z czym miałam ostatnio problem przy innych mydłach. Przyjemny pomarańczowy kolorek, ale samej pomarańczy tam nie czułam - prędzej zapach herbaty z plastrem cytryny;) Z tego też względu nie kupię go ponownie, bo nie lubię takiej herbaty (oczywiście mydła nie piłam :P), ale może wypróbuję inną wersję zapachową, bo w swojej pseudo kremowej konsystencji nie było aż takie złe. 

Dostępność: Lidl
Pojemność: 500 ml
Cena: 3,99 zł


7. Krem Vichy Nutriextra:

Chwalmy niebiosa! Zdenkowałam go! :D A cóż za katorgi przeżywał mój nos... Dla niewtajemniczonych recenzja tutaj. Dokonałam nawet heroicznego czynu i przecięłam opakowanie pod koniec użytkowania, żeby wydobyć z niego wszystko :D Zapytacie pewnie po kiego grzyba męczyłam się z nim i zwyczajnie go nie wywaliłam. A no właśnie dlatego, że "w tym domu nic się nie może zmarnować" :P Nie lubię wyrzucać kosmetyków, zwłaszcza, gdy dostaję je od kogoś. Gdyby nie ten paskudny zapach to byłby chyba moim ulubionym kremem... W każdym razie mówię mu never again!






8. Mleczko Vichy Nutriextra:

O zgrozo, znalazłam we wspomnianej już szafie kolejny Nutriextra! Domyślcie się, jaką musiałam mieć wtedy minę :P Jeszcze żadnego kosmetyku nie denkowałam tak błyskawicznie :D Próbka zamieszkiwała moją szafę z tego względu, że na opakowaniu zamieszczony był napis "fluid", przez co myślałam, że jest to podkład do twarzy hahaha :D Po przeżyciach z kremem chciałabym, żeby okazał się być tylko fluidem. Niestety, rozcinając próbkę, od razu ujrzałam biały kolor. Dla sprawdzenia mojej wyrobionej opinii powąchałam zawartość. Dalej ten sam smrodek, choć mniej intensywny. Jeszcze w tym samym dniu po kąpieli zużyłam mleczko. No i tutaj zaskoczka. Konsystencja o wiele przyjemniejsza i delikatniejsza niż w kremie. Ok, wydaje się normalne, ale zonk był przy zapachu... bo jak już się posmarowałam to zapach tak jakby przestał mi przeszkadzać. Nie mówię, że zupełnie, ale tak jakby nawet mi się spodobał (nie wierzę, że to piszę! :P). Co by nie było, wolę pozostać jednak przy negatywnej opinii na temat zapachu Nutriextra, pod jaką postacią by nie był :P I z pewnością również mówię żegnam!

Pojemność: 7 ml


Macie/miałyście coś z w/w? Polecacie jakieś zamienniki?;)

Ps. Z poprzednich odpowiedzi pod notką o Liebster Award wyszło, że nie tylko ja jestem śpiochem, pizzożercą i laptopo-blogowym maniakiem! Uff...;)