Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demakijaż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą demakijaż. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 sierpnia 2015

Pierwsze spotkanie z liśćmi manuka

Od kiedy zaczęłam przywiązywać dokładniejszą wagę do codziennego oczyszczania twarzy z resztek makijażu lub drobnych zanieczyszczeń, sięgałam po różne żele. Najczęściej wybierałam słynny żel-krem z BeBeauty (recenzja), ale jego notoryczne używanie powoli stawało się nudne, dlatego najzwyczajniej w świecie potrzebowałam zmiany. Tym razem postanowiłam przetestować żel myjący normalizujący na dzień/na noc Ziaja liście manuka, który zbiera w blogosferze różnorodne opinie. 
Od producenta:  
Opakowanie: Nieduża, poręczna plastikowa butelka w kolorze zielonym z białą pompką.

Konsystencja: Żelowa.

Kolor: Transparentny.

Zapach: Mydlany.

Skład:
Moja opinia: Pierwsze, co mnie skusiło do zakupu żelu z Ziaji, to oczywiście opakowanie. Męczyły mnie żele w tubce, bo zawsze wylatywało z nich więcej zawartości niż bym tego oczekiwała. A tutaj mamy wygodną buteleczkę i do tego przezroczystą, więc na bieżąco monitorujemy pojemność produktu. Dzięki pompce mogę wreszcie wydobyć tyle żelu, ile potrzebuję (spokojnie wystarcza naciśnięcie połowy pompki, aby umyć całą twarz), więc jest ekonomicznie. Cieszę się też z tego, że butelka jest szczelna a pompka się nie zacina.
Polubiłam się również z konsystencją żelu. Zdecydowanie łatwiej aplikuje mi się na twarz typowy żel, aniżeli żel-krem, który bez problemu się pieni. Wiem, że nie jest to najlepsze dla naszej skóry, ale ja akurat lubię dużą ilość piany, bo mam poczucie, że moja skóra jest oczyszczona, a nie tylko nawilżona.
Powyżej napisałam, że zapach jest mydlany. Wiele osób zachwalało zapach całej serii „liście manuka”, że jest ładny i subtelny. Nie wiem czemu, ale liczyłam na coś świeżego, co będzie mi umilało poranną i wieczorową pielęgnację twarzy. Tym czasem ja wyczuwam mydło, które w dodatku pachnie intensywnie, a to mi się zdecydowanie nie podoba!
Przez wzgląd na różne przygody z produktami Ziaji, obawiałam się jego właściwości. Na szczęście z działania żelu jestem zadowolona. Przede wszystkim nie zapchał mojej cery, nie podrażnił jej ani nie uczulił, za co jestem mu wdzięczna. Nie zauważyłam też nadmiernego wysuszenia skóry, aczkolwiek dostrzegam małą różnicę pomiędzy stanem aktualnym a wcześniejszym. Mianowicie, kiedy używałam żel-kremu z Biedry, moja twarz była delikatniejsza w dotyku, a teraz jest taka jakby hmm… szorstka, lekko ściągnięta? Według producenta jest to wywołane jednym ze składników produktu, więc akurat tego nie mogę mu zarzucić. Natomiast według mnie, żel na pewno nie redukuje sebum, ani nie łagodzi podrażnień i zaczerwienień skóry (ale podkreślam, chwała mu za to, że ich nie powoduje). 
Żel stosowałam jako ostatni etap demakijażu twarzy. Jednorazowo spróbowałam użyć go do demakijażu oczu i tutaj się nie sprawdził. Owszem, zmył cienie, ale z niewodoodporną maskarą nie dał sobie rady.
Jeśli przywiązujecie dużą wagę do naturalnych składów, to żel ten nie jest dla Was. Natomiast, jeśli potrzebujecie dobrego oczyszczenia, a przy tym pożądacie dobrze pieniącej się konsystencji, to mogę Wam polecić ten produkt.

Dostępność: Natura, Rossmann
Pojemność: 200 ml
Cena: 8,99 zł

Testowałyście już serię „liście manuka”? Który produkt polecacie a który odradzacie?

piątek, 20 marca 2015

(Nie)ulubieniec do oczyszczania twarzy

Bardzo rzadko zdarza się sytuacja, gdy po zużyciu pierwszej sztuki danego kosmetyku, wywołującego we mnie mnóstwo mieszanych uczuć, decyduję się na zakup drugiego egzemplarza. Tak jednak się stało w przypadku delikatnego żelu-kremu łagodzącego do mycia twarzy BeBeauty. I co „najlepsze”, rozważam kolejne podejście do tego produktu :P
Od producenta:
Opakowanie: Żel znajduje się w plastikowej tubce stojącej na zakrętce na „klik”. Plastik jest miękki, więc bez problemu można zużyć produkt do samego końca. Do tego opakowanie jest matowe w dotyku, dzięki czemu nie wyślizgnie nam się z mokrych dłoni. Biało-różowy design nie powala na kolana, ale nawet podoba mi się to małe mazidło, przypominające właściwie niewiadomo co (powierzchnię wody?) :D

Konsystencja: Żelowo-kremowa.
Kolor: Bladoróżowy.

Zapach: Wyrazisty, kwiatowy, lekko słodki.

Wydajność: Bardzo duża. Przy regularnym stosowaniu (2 x dziennie) starcza mi na 5 miesięcy.

Skład:
Moja opinia: Moja przygoda ze słynnym żelem-kremem z Biedry nie rozpoczęła się najlepiej. Pierwsze, co mi się nie spodobało, to konsystencja. Oczywiście, widziały gały, co brały i rzeczywiście ni to żel, ni to krem, ale testowałam już inne produkty, w których konsystencja tego typu była o wiele przyjemniejsza dla skóry. W tym przypadku jest ona zbyt lepka i kiepsko się rozprowadza. Nie lubię, gdy żel do mycia twarzy się nie pieni, a ten właśnie tak ma. Dopiero z pomocą odpowiedniej szczoteczki można wydobyć co nieco piany, ale korzystam z niej tylko wtedy, gdy mam trochę więcej czasu na pielęgnację.
Następnie „uderzył” mnie zapach. Jak dla mnie jest zbyt intensywny, nachalny i do tego kwiatowy. Wolałabym coś orzeźwiającego, ale zarazem delikatniejszego, szczególnie do porannego zastosowania.
Kolejnym powodem moich mieszanych uczuć dla tego produktu było (i nadal jest) jego działanie. Z demakijażem tuszu niewodoodpornego, o dziwo, daje sobie całkiem nieźle radę, aczkolwiek trzeba mieć na uwadze, że zajmuje to sporo czasu, a do tego mamy pandę na pół twarzy (oczywiście do momentu spłukania wodą). Natomiast do zmywania podkładu kompletnie się nie nadaje, ponieważ usuwa go tak jakby powierzchownie. Zdecydowałam zatem, że jako dopełnienie demakijażu (po micelu) posłuży mi wieczorem, a jego porannym zadaniem będzie pozbycie się resztek wieczornego kremu. W dniach bez make-up’u celem żelu-kremu jest w moim przypadku oczyszczenie twarzy z ewentualnych zanieczyszczeń.
Po zużytej pierwszej sztuce nie chciałam sięgać po ten produkt ponownie. Zmieniłam jednak zdanie, kiedy inny żel wyrządził mi krzywdę na twarzy. Potrzebowałam wtedy czegoś na „już”, a że Biedro jest jak zwykle pod nosem, no to chcąc, nie chcąc, słynny żel-krem znowu wylądował w moich rękach… Zdecydowałam się do niego wrócić, nie tylko ze względu na łatwą dostępność, śmiesznie niską cenę i bardzo dużą wydajność, ale głównie dlatego, że naprawdę jest bardzo delikatny dla mojej twarzy, nie podrażnia jej ani nie powoduje wysypu tzw. niedoskonałości. Nie zgodzę się jednak z obietnicami producenta, że „zmniejsza podrażnienia i zaczerwienienia” - stwierdziłabym raczej, że po prostu ich nie wywołuje. Nie zgodzę się również z tym, że „pozostawia uczucie komfortu” i „zachowuje optymalny poziom nawilżenia skóry”, bo ja odczuwam ściągnięcie na twarzy i błyskawicznie muszę sięgnąć po krem.
Reasumując, pomimo wielu mieszanych uczuć, jakie ten produkt we mnie wywołuje, jestem w stanie zdzierżyć jego wstrętną konsystencję i nachalny zapach na rzecz braku niedoskonałości na twarzy. Co za tym idzie, chyba znowu go zakupię...

Dostępność: Biedronka
Pojemność: 150 ml
Cena: 4,99 zł

A jakie odczucia w Was wywołuje ten słynny żel-krem z Biedry? Czy jest ktoś, kto go jeszcze nie miał? :P Jaki inny delikatny żel możecie polecić do oczyszczania twarzy?

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Kolejny powód do nienawiści wobec koloru różowego :P

Nieprzerwanie od kilku lat stosuję do demakijażu oczu mleczka ze Stonki. Z reguły używam wersji niebieskiej dla skóry normalnej i mieszanej (mini recenzja tutaj), ale że od reguły są czasem wyjątki, to postanowiłam wprowadzić małe urozmaicenie i zakupić wersję różową, która nie przywoływała jednak zbyt miłych wspomnień. Czy po tak długiej przerwie zmieniłam zdanie o mleczku łagodzącym do oczyszczania i demakijażu twarzy i oczu (skóra sucha i wrażliwa) BeBeauty?


Od producenta:

Opakowanie: Producent tyle razy zmieniał rodzaj opakowania, że aż się boję kolejnej wersji, bo z każdą następną jest, moim zdaniem, gorzej. Obecny pojemnik jest plastikowy i, jak się okazało po czasie, przezroczysty, co jest jego jedyną zaletą. Posiada zakrętkę, której nie cierpię. 
Dobrze chociaż, że ma płaskie wykończenie, dzięki czemu opakowanie można postawić „na głowie”. Nawet po zmianie pozycji, nie ma możliwości zużycia całej zawartości, dlatego jedynym wyjściem jest przecięcie pojemnika.

Konsystencja: Kremowa, ale nie jest taka rzadka, jak w niektórych mleczkach.
Kolor: Biały.

Sposób użycia:
Dlaczego wspominam o sposobie użycia? Do tej pory wydawało mi się, że wiem jak używać mleczka do demakijażu. Wyciskałam zawartość na wacik i przecierałam nim powieki do momentu zmycia makijażu. Tym razem zastosowanie się do zaleceń producenta przyniosło lepsze rezultaty. Przynajmniej zaczęłam czytać instrukcje :D

Działanie: Już po pierwszym kontakcie z różową wersją, wiedziałam, że jej zakupienie było błędem. Pomimo, iż mleczko przeznaczone jest teoretycznie do skóry suchej i wrażliwej, od razu poczułam dyskomfort. Gdy zawartość dostała się do oczu, pojawiło się uczucie nadmiernego szczypania i łzawienia, co było niekiedy nie do zniesienia. Niebieska wersja też czasem wywoływała taką reakcję, ale w o wiele mniejszym stopniu.
Kiedy używałam mleczka wg własnego sposobu, nie zmywało ono całkowicie makijażu i często pojawiał się „efekt pandy”. Natomiast, gdy wypróbowałam zalecany sposób, po zwierzaku nie było ani śladu, jednak nie był to sposób niezawodny, gdyż mleczko nie usuwało z rzęs resztek tuszu, zwłaszcza tych wodoodpornych. Niestety nie podpasował mi ów sposób z tego względu, że zajmował on więcej czasu i kleił moje dłonie.
Czasami stosowałam mleczko do zmywania podkładu z twarzy. Coś tam zmywało, ale skóra nie była w pełni oczyszczona, a ja nie byłam w pełni zadowolona. Niekiedy czułam lekkie ściąganie skóry, ale na szczęście produkt nie wywołał u mnie żadnego podrażnienia ani przesuszenia skóry. Nie doznawałam „natychmiastowego ukojenia" skóry, dlatego skupiałam się jedynie na demakijażu oczu. W każdym bądź razie, zdecydowanie wolę wersję niebieską.

Wydajność: Mleczko jest bardzo wydajne. Starcza mi na kilka miesięcy.

Skład:

Pojemność: 200 ml
Dostępność: Biedronka
Cena: 4,49 zł

czwartek, 2 maja 2013

Kwietniowy Garbage 2013

Koniec starego i początek nowego miesiąca to zdecydowanie najbardziej ulubiony i wyczekiwany przeze mnie okres w blogosferze. Z każdej strony jestem zasypywana śmietnikowymi recenzjami, przez co nie nadążam z ich przeglądaniem i komentowaniem. Jak można podniecać się zawartością śmietnika? :O Ano można! Jestem tego najlepszym przykładem :D 
Mój kwietniowy Garbage prezentował się następująco:


Prysznico-wanna:
1. Żel pod prysznic Isana kwiat maku: Przyjemny świeży zapaszek, idealny na wiosnę. Szkoda, że tak słabo wydajny. Jestem na TAK, chociaż pewnie więcej go nie kupię - pochodził z edycji limitowanej, a poza tym mam mnóstwo innych żeli do zużycia. Recenzja tutaj.
2. Żel pod prysznic BeBeauty Spa Bali ekstrakt z owoców egzotycznych: Żel, który pachniał "egzotyczną" gruszką. A przede wszystkim, do cholery, był peelingiem (choć bardzo słabym), którego nienawidzę! Jestem na zdecydowane NIE. Recenzja tutaj
3. Musująca kula do kąpieli Body Club limonka & kawa: Fajny bajer do wanny. Bardzo chemiczny zapach limonki, bo o kawie nic mi nie było wiadomo... MOŻE wypróbuję inne wersje zapachowe. Recenzja tutaj.

Twarzo-głowa:
4. Krem Eveline Extra Soft Allergique: Stosowałam go jedynie do twarzy. Nie sądziłam, że będzie aż tak mega wydajny! Starczył mi dokładnie na 6 miesięcy! Można go zużyć do samego końca, dzięki funkcjonalnemu opakowaniu. Niestety, chwilowe uczucie ściągniętej skóry towarzyszyło mi przez cały okres jego aplikowania, dlatego raczej NIE kupię go ponownie. Recenzja tutaj, pochodząca jeszcze z początku prowadzenia bloga, której do tej pory nikt nie chciał skomentować :P
5. Nawilżająca odżywka do włosów Alterra (granat & aloes): Wielkie rozczarowanie. Obciążała włosy i odpychała zapachem. Niestety jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Higiena rączek i paszek:
6. Zimowe mydło do rąk Isana czar kominka: Przepięknie i intensywnie pachnące przyprawami korzennymi mydło. Zapach, choć krótkotrwały, to idealny na zimę. Szkoda, że nie miało kremowej konsystencji, bo słabo się pieniło. Jak widać na załączonym obrazku, posłuchałam rady i zaznaczałam sobie poziom zużycia, dzięki czemu korzystałam z niego tylko ja, a nie moje współlokatorki:] Jestem na TAK. Na pewno kupię ponownie, o ile uda się je dorwać za rok - niestety edycja limitowana:( Recenzja tutaj.
7. Antyperspirant NIVEA Invisible Clear: Nie brudził ubrań, delikatnie pachniał. Spełniał swoje zadanie. Jestem na TAK.

Miniaturki:
8. Preparat do demakijażu twarzy i oczu 3 w 1 Vichy: Natychmiastowo zmywał jedynie eyeliner, z tuszem trzeba było pomęczyć się dłużej, choć i tak nie robił tego dokładnie. Ciężko było wydobyć resztki z plastikowego opakowania - skutek: przecięty kciuk. Jestem na NIE.
9. Płyn micelarny do demakijażu oczu i wrażliwej skóry twarzy Vichy: Była to moja pierwsza przygoda z micelem i przyznam się, że bardzo przyjemna. Dobrze usuwał resztki makijażu oczu (demakijażu dokonuję za pomocą mleczka), choć stosowałam go głównie do twarzy. Bardzo fajnie ją oczyszczał i odświeżał. Przyjemnie pachniał mentolem. Jestem na TAK. Bardzo chętnie spróbowałabym pełnowymiarowej wersji, choć domyślam się, że jest droga.
10. Perfumy Christina Aguilera (nie wiem niestety jaka wersja): Zapach kobiecy, niezbyt intensywny. Niczym szczególnym nie wyróżniał się, nie przypadł mi do gustu. Szkoda, że nie było aplikatora, bo otwór był jednak duży. Jestem na NIE.

Próbki:
Słowem wstępu. Niektóre blogerki uważają, że nie powinno się recenzować próbek. Owszem, pisanie o efektach czy wydajności byłoby skazane na pośmiewisko, ale moim zdaniem nawet po jednorazowym użyciu można wyrobić sobie pewne zdanie na podstawie danej cechy produktu, która od razu zachęci lub zniechęci nas do zakupu pełnowymiarowego kosmetyku.

11. Krem nawilżający z mocznikiem Emoleum do skóry suchej, bardzo suchej i atopowej: Czułam lekkie ściągnięcie skóry twarzy, więc nie dam mu pełnowymiarowej szansy. Jestem na NIE.
12. Masło do ciała Tutti Frutti karmel & cynamon: Przyjemna konsystencja, znacznie lepsza od orangutana. Niestety spotkałam się z tym, czego się obawiałam i co w ostateczności powstrzymywało mnie od dotychczasowego zakupu - pachniał zbyt intensywnie, za słodko:( MOŻE skuszę się na niego w zimie.
13. Szampon łopianowy włosy tłuste z tendencją do łupieżu Herbal Care Farmona: Śmierdział zielskiem, więc zdecydowanie nie dla mnie. Nie starczył na umycie całej głowy (7 ml), więc musiałam wspomóc się innym szamponem. Miał gęstą konsystencję. Jestem na NIE.
14. Balsam odżywczy do ciała oliwkowy Herbal Care Farmona: Pomimo mojej niechęci do oliwki, była to całkiem przyjemna aplikacja. Dobrze się rozsmarowywał i nawilżył kawałek skóry, który nim posmarowałam. Raczej NIE kupię, bo wolę inne zapachy. 
15. Balsam mineralny nawilżająco-regenerujący Aqualia Thermal Vichy: Bardzo fajny balsam, który zużyłam do posmarowania twarzy. Miał tłustą konsystencję, aczkolwiek bardzo łatwo można było ją rozprowadzić. Spowodował niesamowity efekt - czułam, że moja skóra była bardzo aksamitna i gładka. Troszkę przeszkadzał mi zapach, choć producent zapewnia, że balsam nie zawierał środków zapachowych. Jestem na TAK, choć pewnie nie będzie mi dane skorzystać z pełnowymiarowej wersji ze względu na cenę.

Kolorówka:
16. Konturówka do oczu Avon Blackest Black: Zakupiłam ją w celu podkreślania linii wodnej oka, ale nie nadawała się do tego zupełnie. Dzięki temu zaczęłam rysować kreski na powiekach, które niestety wychodziły zbyt grube, gdyż konturówki nie dało się temperować - była wykręcana. Kreski nie były zbyt trwałe i odbijały się niekiedy na górnych powiekach. Dlaczego mimo wszystko jestem na TAK? Bo była wygodna w użyciu - nie lubię temperować kredek. Recenzja tutaj
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak to działa :D Jeśli jesteście zainteresowane jak wygląda konturówka od środka, to spójrzcie poniżej :D
Byłam pewna, że zużyłam ją do końca, a jednak ostał się kawałeczek. Dało się nim jeszcze narysować kreski, a przy okazji wsadziłam go sobie do oka:] 
17. Żelowa kredka do oczu Avon Super Shock Black: Bardzo ją lubię, pomimo że niekiedy doprowadza mnie do szału. Bardzo dobrze podkreśla linię wodną, na powieki również się nadaje. Kreski są długotrwałe, aczkolwiek rozmazują się:( Temperowanie tej kredki to istna katorga! Rysik jest bardzo miękki (w końcu to "żelowa" kredka), przez co bardzo szybko ulega zmaltretowaniu w kontakcie z temperówką:(  Ogólnie jestem na TAK.

Używałyście powyższych produktów? Jakie macie o nich zdanie? Chętnie poczytam:)

niedziela, 3 lutego 2013

Styczniowy Garbage 2013

Zauważyłam, że w blogowej sferze najbardziej lubię oglądać posty denkowe. To śmieszne, że tak bardzo cieszy mnie widok plastikowych opakowań :P Może jest tak dlatego, że mam pewność, iż dana blogerka w pełni (czasem nie) zużyła dany produkt i jej recenzja może być bardziej rzetelna, dzięki czemu zachęci/zniechęci mnie do jego zakupu.
Moje pierwsze zużycia w tym roku wprawiły mnie w osłupienie. Po raz pierwszy (od momentu założenia bloga) udało mi się wykończyć aż tyle kosmetyków! Jestem z siebie dumna :D Przynajmniej zmniejszyło to moje wyrzuty sumienia po styczniowych zakupach, które pojawiają się w następnym poście :P


Poniżej znajdziecie moje krótkie opinie na temat zawartości styczniowego garbagu:

1. Mydło w płynie Luksja (róża & mleko):


Jest to pierwsze mydło z Luksji, jakie miałam okazję wypróbować. Posiadało przyjemną kremową konsystencję. Pieniło się, zapach przeciętny. Niestety nie zauważyłam, że zawartość uzupełniacza wynosiła jedynie 400 ml. Standardowo, skończyło się błyskawicznie, więc słaba wydajność. Nie kupię ponownie.

Dostępność: Rossmann, Real, Astor
Cena: 3,69 zł (w promocji)
2. Mleczko do demakijażu BeBeauty (skóra normalna i mieszana):


Z sentymentem patrzę na to opakowanie, które nie będzie już dostępne, bo jak za pewne wiecie, w Stonce możemy spotkać już tylko nowe wersje. Mleczko odpowiada moim potrzebom, choć mogłoby być doskonalsze. W każdym razie  kupię je ponownie! Nie zmieniam firmy, bo chcę uniknąć podrażnień oczu. Recenzja tutaj
3. Patyczki do uszu:


Nie piszę "bagietki", bo znowu kogoś rozśmieszę :P Szkoda, że już się skończyły. Mimo, iż zakupione w supermarkecie, były dla mnie idealne! Miałam je od września. Oprócz czyszczenia uszu służyły mi do korekcji makijażu. Miały cieniutkie zakończenie. Dodatkowym walorem było opakowanie, które po przyciśnięciu, otwierało się w połowie, dzięki czemu nie trzeba było podnosić całej "klapy" i unikało się wysypywania patyczków. Pudełeczko sobie zachowałam i przesypałam do niego patyczki z innej firmy. Na pewno kupię ponownie!
Dostępność: Real
Pojemność: 200 sztuk
Cena: ok. 2 zł

4. Odżywka do włosów Timotei with Jericho Rose (Lśniący blask):


Poza ładnym zapachem nie zachwyciła mnie. Denerwowała mnie zakrętka (jak w całej serii) i bardzo słaba wydajność. Na pewno nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)
5. Perfumy Adidas Fruity Rhythm:


Zapach przeciętny. Ulatniał się po kilkunastu minutach! Wielkie rozczarowanie - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
6. Antyperspirant Dove Go Fresh (grapefruit & lemongrass):


Mleczny kolor i zapach spoconej trawy cytrynowej skutecznie zniechęcił mnie do tego produktu - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
7. Zimowy krem do rąk Cztery Pory Roku (bawełna norweska & imbir):


Jak na małą tubkę, był wydajny. Do samego końca irytował mnie zapach tabletek Strepsils:] Nawet szybko się wchłaniał. Nie rozgrzewał. Recenzja tutaj. Zmieniłam zdanie co do skuteczności - nie radził sobie jednak z bardzo suchą skórą, nawilżał na krótką chwilę, stąd na pewno nie kupię ponownie! 
8. Żel pod prysznic Original Source (Orange & Liquorice):


Totalne zaskoczenie co do zapachu, który okazał się karmelowy :P Wszystko genialne oprócz marnej wydajności! Kupię ponownie, ale myślę, że dopiero za rok, by umilić sobie zimowe kąpiele;) Recenzja tutaj.
9. Masło do ciała Tutti Frutti (Liczi & Rambutan):


Przeżyłabym wszystkie jego mankamenty, ale czarne kropko-kreski były ponad moją cierpliwość! Wykończyłam je całe i nie zamierzam się z nim więcej użerać - nie kupię na pewno! Plusem było dobre nawilżenie i nawet wydajność, o której zmieniłam zdanie. Recenzja tutaj.
10. Szampon do włosów Elisse (włosy suche i zniszczone):


Totalne zaskoczenie! Bardzo tani i mega wydajny szampon! Przyjemny zapach. Polepszył stan moich włosów - przestały rozdwajać mi się końcówki!:) Na pewno kupię ponownie! Recenzja tutaj.
11. Błyszczyk AVON:


Ciężko wypowiadać mi się na jego temat, gdyż dostałam go od koleżanki tydzień temu. Spontaniczny "prezent", długo by tłumaczyć :P Stan dosłownie terminalny, bo użyłam go może parę razy - końcówka nie sięgała dna. Miał powiększać usta, czego oczywiście nie robił, za to nieprzyjemnie szczypał. Co gorsza - śmierdział jakby śliwką (nie wiem jaki pierwotnie miał zapach :P). Jedynym plusem był przyjemny pędzelek, co mnie zaskoczyło, bo dotychczas spotykałam się jedynie z aplikatorami w formie gąbek. Może wypróbowałabym inne wersje zapachowe.
12. Fluid VICHY Aerateint Pure (nr 23):


Zupełnie zapomniałam, że posiadam pełnowymiarową wersję! Przywiozłam ją sobie z domu, a tu zonk, bo okazało się, że resztki, które zostały na dnie, zaschły :P I na marne było wiezienie opakowania tyle kilometrów :P Krótka recenzja, co prawda próbki, znajduje się tutaj. Przyjęłabym go ponownie, jednak sama bym go nie zakupiła.
13. Żel pod prysznic Original Source (Lemon & Tea Tree):

Glut o zapachu cytrynowej galaretki. Skończył się w mgnieniu oka. Nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Cena: 6,99 zł (w promocji)
14. Atomizer Puma Jamaica (żółta):


Mój ukochany zapach! Nie wiem, które to już puste opakowanie. Niestety, pozostaje mi jedynie forma atomizera, bo bardzo ciężko zdobyć w Polsce perfumy 40 ml! Na pewno kupię ponownie, ale czekam na jakąś promocję :D
I to by było na tyle. Jak widzicie, wiele z w/w kosmetyków mnie rozczarowało, dlatego nie kupię ich ponownie. Jeszcze raz podkreślę, że jestem bardzo zadowolona z ilości zużyć. Chciałabym, żeby w kolejnych miesiącach było podobnie, choć podejrzewam, że ciężko będzie utrzymać ten poziom :P

niedziela, 25 listopada 2012

Micelarny żel do mycia i demakijażu BeBeauty

Czytałam wiele recenzji na temat micelarnego żelu z Biedronki. Chyba jednak niedokładnie, bo nie wiem czemu, ale byłam przekonana, że jest to peeling to mycia twarzy! Nie cierpię peelingowania twarzy, ale zachęcona tyloma pozytywnymi opiniami, chciałam zaryzykować. Jakież było moje zdziwienie, kiedy (nie pamiętam czy jeszcze w sklepie, czy już w domu) przeczytałam na opakowaniu, że jest to żel do mycia i demakijażu;) 


Nie stosuję pełnego makijażu, rzekłabym, że jest on wręcz minimalny. Do demakijażu oczu używam mleczka, więc przeznaczyłam ten żel jedynie do oczyszczania twarzy. Raz spróbowałam zmyć nim tusz z rzęs, ale nie osiągnął on satysfakcjonującego efektu. Kupiłam wersję dla skóry suchej i wrażliwej. Żel ma za zadanie oczyścić twarz z makijażu i zanieczyszczeń, zmniejszyć podrażnienia i zaczerwienienia, nawilżać oraz odświeżać skórę, pozostawiając uczucie komfortu. Rzeczywiście, rozprowadzając żel na twarzy, doświadcza się przyjemnego, chłodzącego uczucia. Choć nie zawiera w sobie alergenów i sztucznych barwników, to na pewno nie zmniejsza podrażnień! Niestety nie jest napisane na etykiecie, jak długo ów żel powinien pozostawać na skórze. Zatem polecenie "następnie dokładnie spłukać wodą" traktuję jako "po chwili". Tubka jest mała, ale bardzo wydajna. Zastanawiam się po ilu miesiącach go zużyję, gdyż wyciśnięta na palec odrobina żelu naprawdę starcza na umycie całej twarzy. Na dzień dzisiejszy, chyba nie kupię go ponownie, bo nie jest mi on potrzebny do szczęścia, gdyż nie nakładam na siebie kilograma tapety;)

Biedronka/4,99 zł
150 ml

niedziela, 11 listopada 2012

Październikowy Garbage

Garbage czyli to, co inni określiliby nazwą "Denko". Byłam mocno zdziwiona kiedy gdzieś w internecie znalazłam objaśnienie nazwy owego projektu. Do tej pory wydawało mi się stanem normalnym, że jeżeli chcę skorzystać z nowego produktu, najpierw powinnam zużyć poprzedni. W każdym razie, ja nie stosuję kosmetyków naprzemiennie. Jedynymi wyjątkami są lakiery do paznokci, żeby nie być kolorystycznie monotonną;)

Mój pierwszy post będzie zatem o tym, jakie kosmetyki udało mi się w pełni zużyć w ubiegłym miesiącu. Nie ma ich za wiele z tego względu, że nie upamiętniałam pustych opakowań przed ich wylądowaniem w śmietniku, ponieważ wtedy jeszcze nie przeszło mi nawet przez myśl, że będę prowadzić kosmetycznego bloga;) Oto mój skromny październikowy Garbage: 



A teraz recenzje owych zużyć. Będą one za pewne dłuższe od kolejnych garbagowych opisów, ale tylko dlatego, że nie pisałam recenzji powyższych rzeczy, gdyż nie posiadałam jeszcze bloga;) Myślę, że gdy już będę pisała na bieżąco, wszystko nabierze określonego porządku.

  •  Odżywka do włosów Elkos "Color":
Zakupiona w Niemczech za namową mojej mamy, która użytkuje ją od bardzo długiego czasu. Ten rodzaj odżywki przeznaczony jest dla włosów kolorowych, zarówno farbowanych, jak i z pasemkami. Ubogacany jest w prowitaminę B5 oraz filtr UV, co ma zapewnić regenerację struktury włosa, a także nadać mu promienny blask. Produkt został przebadany dermatologicznie. Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że lubię tę odżywkę.Nie drażni mojej wrażliwej skóry, co mnie bardzo cieszy. Największą jej zaletą jest fakt, iż po jej nałożeniu i spłukaniu włosy naprawdę bardzo łatwo się rozczesują, z czym zazwyczaj mam największy problem. Kolejną zaletą jest niska cena. Ciekawe jest również opakowaniowe rozwiązanie. Nie wiem czy zwróciłyście kiedyś na to uwagę, ale etykiety na większości odżywkach są zamieszczane w taki sposób, aby użytkownik stawiał opakowanie do góry nogami, dzięki czemu nie trzeba długo czekać aż wypłynie z niego zawartość. Szkoda, że nie jest to stosowane w innych produktach. Recenzowana odżywka ma niestety jeden wielki minus. Jej konsystencja jest zbyt rzadka jak dla mnie, bo nie lubię jak jakiś produkt przecieka mi przez palce, a wtedy, rzecz oczywista, zużywam go więcej. Tak jest niestety i w tym przypadku. Jednak mimo tego zakupię ją ponownie, gdy tylko będę miała okazję wybrać się do naszych zagranicznych sąsiadów.

Aldi/ wybaczcie, nie pamiętam ceny, ale coś ok. 1€
300 ml   

  • Mydło do rąk Linda o zapachu aloesu i lotosu:
Przez okres 5 lat, czyli moich studiów, biedronkowe mydło było najczęstszym, jakie kupowałam, oczywiście tylko i wyłącznie ze względu na studencką kieszeń. Zdarzało mi się kupować inne mydła jeśli w danym dniu nie było mi po drodze zajść do owego sklepu. Tym razem zdecydowałam się na wersję, o zgrozo, różową. Choć nienawidzę tego koloru, to kupiłam właśnie ten rodzaj, gdyż nie było zbytniego wyboru. Nie przepadam za jakimikolwiek produktami o zapachu oliwek (nie wspominając o samych oliwkach, ble), a wariant z migdałami już dawno mi się znudził. Do tej pory byłam zadowolona ze stonkowych mydeł, aczkolwiek teraz muszę zmienić zdanie. Nie wiem czy jest to kwestia tylu zawartych składników (gliceryna, lanolina, witamina A, E oraz F), czy kremowej konsystencji, ale po zastosowaniu owego mydła, dokładnym spłukaniu wodą i powycieraniu ręcznikiem, moje ręce są strasznie lepkie! Nie zdarzyło mi się to chyba jeszcze z żadnym mydłem. Dawno temu kupiłam wersję aloesową, jeszcze w podłużnym opakowaniu, ale nie pamiętam jaki był efekt. Chyba mizerny, bo ponownie kupiłam je dopiero teraz. Wracając do klejących się rąk, zaczęłam już zastanawiać się czy nie jest to wina ręcznika, ale po zmianie mydła na inne (o nim za jakiś czas) nie miałam już tego problemu. W różowej (ech) Lindzie podoba mi się jedynie opakowanie, jest okrągłe, ładnie wygląda, no i zawiera pompkę. Uwielbiam mydła z dozownikiem i już od dawien dawna nie używam mydeł w kostce. Niestety nawet przyjemny zapach aloesu w połączeniu z lotosem (samego aloesu również nie znoszę jak oliwek) nie może wpłynąć na pozytywną opinię tego produktu.

Biedronka/2,99 zł
500 ml

  • Krem ochronny Alantandermoline z witaminą A i E: 
I znów różowy produkt, ale to naprawdę jedyny jego minus;) Alantan do tej pory kojarzył mi się jedynie z maściami. Tym razem miałam okazję poznać go pod postacią kremu ochronnego półtłustego. Ze względu na moją bardzo wrażliwą skórę przez długi czas szukałam kremu, który nie wywoływałby podrażnień na mojej twarzy. I znalazłam dzięki mamie, która zakupiła go w aptece. Uwielbiam go właśnie dlatego, że jest przyjazny dla mojej skóry, o czym świadczy również pozytywna opinia "Centrum Zdrowia Dziecka". Choć krem jest półtłusty, to dosyć szybko się wchłania (dla osób nie lubiących tłustych czy półtłustych kremów mam dobrą informację, ponieważ jest też wersja lżejsza z witaminą A - opakowanie fioletowe). Ja stosowałam go na twarzy, choć polecany jest również do pielęgnacji dłoni, łokci i stóp. Mogą korzystać z niego wszyscy - niemowlęta, dzieci i dorośli. Jest to odpowiedni krem na zimę, ponieważ chroni przed wiatrem i chłodem, ale nie tylko, bo ja stosuję go na co dzień. Mimo, że jest to małe opakowanie, krem starcza na bardzo długo. Co ważne, można go kupić bez recepty. Szkoda tylko, że jest bezzapachowy, bo lubię, gdy moja skóra ładnie pachnie.

Apteka/nie pamiętam ceny, ale ok.10 zł
50 g



  • Szampon VICHY Dercos:
Próbkę szamponu mineralnego dostałam od mamy. Według opisu producenta jest łagodny, wzmacniający i przeznaczony do wszystkich typów włosów. Został wzbogacony w minerały zawarte w wodzie termalnej Vichy (którą notabene uwielbiam!) a pozbawiony parabenu, silikonu i barwników. Jako, że jest to próbka, niewiele mogę wypowiedzieć się na temat funkcji wzmacniających tego szamponu. Jakoś nie przypadł mi do gustu. Miałam wtedy podrażnioną skórę głowy, więc lekko mnie szczypał, w dodatku pojawił się nadmiar łupieżu. Zawartość była na tyle mała, że nie starczyła na pokrycie całej głowy... Na saszetce nie było, o dziwo, daty ważności.


Apteka/Darmowa próbka









  •  Mleczko do demakijażu BeBeauty:
Na szczęście jedno mydło z Biedronki nie wpłynęło na omijanie tego sklepu szerokim łukiem;) Mleczko do demakijażu twarzy i oczu BeBeauty stosuję od kilku lat. Ostatnio wybieram tylko wersję niebieską, dla skóry normalnej i mieszanej. Pamiętam, że wcześniej opakowanie było troszkę inne, ale cała reszta pozostaje niezmienna. Preparat zawiera ekstrakt z lotosu, d-panthenol, witaminę E oraz glicerynę. Właściwie mogę napisać tylko o demakijażu oczu, gdyż nie stosuję go do całej twarzy. Dosyć dobrze zmywa tusz czy kredkę, aczkolwiek trzeba to uczynić kilkakrotnie (na zmycie dwojga oczu zużywam 2 płatki kosmetyczne). Czasami dostanie się trochę zawartości pod powiekę, co przyprawia mnie o szczypanie, ale zdecydowanie nie tak wielkie jak przy innych tego typu mleczkach. Gdy dostanie się większa ilość, obecny jest efekt "zamglonych oczu", co najtrudniej jest wytrzymać, bo szczypie cholernie (już niezależnie od marki). Mleczko faktycznie nawilża, choć od razu po demakijażu płuczę całą twarz, a potem ją kremuję, więc skóra nie ma czasu być "sucha". Przyzwyczaiłam się do niego. Mając przykre doświadczenia z innymi mleczkami do demakijażu, boję się eksperymentować z nowymi, dlatego myślę, że jest to główny powód dla którego ciągle kupuję to stonkowe.

Biedronka/3,59 zł
200 ml
  

  • Wkładki higieniczne Femina Secret:


Również i z tym produktem stonkowym nie mogę się rozstać. Z powodu pewnych intymnych dolegliwości wkładki towarzyszą mi codziennie, niestety. Kupuję Feminę, bo te mi najbardziej odpowiadają. Są delikatne i czuję się z nimi bezpieczniej. Na opakowaniu widnieje napis, iż dopasowują się do linii ciała. Jakoś nie zwracałam na to uwagi. Są wygodne, choć czasem nieodpowiednią się przykleją i potem nie czuję się już tak komfortowo. Opakowanie zawiera 60 wkładek, co jest dosyć sporą liczbą w porównaniu do innych firm, aczkolwiek ja zużywam kilka sztuk dziennie, więc chciałabym, aby było ich więcej w jednym pudełku.


Biedronka/3,65 zł
60 sztuk