Pokazywanie postów oznaczonych etykietą denko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą denko. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 listopada 2015

Denko 9-10/2015

Nie wiem jak Was, ale mnie cieszy każdy kolejny produkt w denkowej torbie. Jeśli kosmetyk podczas używania był dla mnie męczarnią, to cieszę się jeszcze bardziej, gdy nie muszę już więcej na niego patrzeć. Natomiast, jeśli kosmetyk był genialny w działaniu, to z żalem wyrzucam puste opakowanie. We wrześniu i październiku zdenkowałam i takie, i takie produkty, ale wykończyłam również kosmetyki, których wyrzucenie nie spowodowało u mnie większych emocji.
Ledżenda:
produkt, do którego z chęcią powrócę
produkt, do którego nie wiem czy powrócę
produkt, do którego nie powrócę
1. Szampon do włosów Diamond gloss Nivea: To mój pierwszy szampon z Nivea i muszę przyznać, że spisywał się ok. Nie podrażniał skalpu, dobrze się pienił, miał ładny zapach. Jedyne zastrzeżenia mam do zbyt kremowej konsystencji – mogłaby być odrobinę rzadsza.
2. Odżywka do włosów Balea figa & perła: Po tym produkcie moje włosy były miękkie w dotyku i to w sumie tyle. Miała rzadką konsystencję przez co w ogóle się nie pieniła. Posiadała dziwny zapach. Ta wersja jest już niedostępna, ale i tak bym do niej nie wróciła.
3. Nawilżający płyn micelarny BeBeauty: Zmienione opakowanie, ale działanie bez zmian. Polecam, jeśli ktoś jeszcze nie próbował;)
4. Odświeżający płyn do demakijażu oczu Garnier: No niestety zawiodłam się. Szczypał w oczy, niedokładnie usuwał maskarę i był niewydajny. Pachniał bardzo delikatnie winogronem.
5. Krem do twarzy nawilżający-matujący Ziaja 25+: Pierwsze opakowanie było hitem, drugie ok, a trzeciego miałam serdecznie dość. Nawilżał cerę, ale jej nie matował, a do tego pozostawiał na cały dzień wyczuwalny film. Nie wszędzie jeszcze jest dostępny. Recenzja.
6. Płukanka do ust Colgate Plax Cool Mint: Miała kolor niebieski i smak miętowej pasty do zębów, więc podobnie do wersji „whitening”. Odświeżała na krótko. Liczyłam na dłuższy i lepszy efekt.
7. Płukanka do ust Colgate Plax Deep Clean: To zdecydowanie najlepsza wersja ze wszystkich płukanek Colgate, jakie miałam okazję testować! Miała zapach i smak cukierków Halls, więc możecie sobie wyobrazić jak wyparzała gębę – na szczęście do wytrzymania :D Szkoda, że nawet w promocji kosztuje sporo (jak na płukankę), ale dla efektu długiego odświeżenia naprawdę warto!
8. Antyperspirant Fa fresh & dry Green tea: Skusiłam się na niego przez wzgląd na ładny zapach. Niestety, potem stał się duszący, bo mocno „kurzyło” się z aplikatora. Chronił przeciętnie, o wiele słabiej niż wersje „Sport”.
9. Żel pod prysznic Lirene soczyste winogrona: Drugie zużyte opakowanie utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to świetny żel i mam ochotę na więcej! Gęsta konsystencja i delikatny zapach winogron to jego największe atuty. Niestety, ostatnio w ogóle nie widuję go na półkach drogeryjnych... Może Wy orientujecie się, gdzie mogę go dorwać?
10. Sól kąpielowa z Morza Martwego Różana kąpiel DermaSel Spa: Wyglądała i pachniała jak sól kuchenna. Dopiero, gdy dodało się różanego olejku, zyskała piękny aromat i ciemnoróżowy odcień. Jednak nie była na tyle efektowna, żebym sięgnęła po nią ponownie, zwłaszcza że jej cena nie należy do najniższych.
11. Masło do ciała Alverde Honigmelone: Dramat. Przez specyficzny zapach i konsystencję męczyłam się z nim strasznie. Żeby przyspieszyć dno, zużyłam je pod prysznicem.
12. Balsam do ciała Balea z olejkiem migdałowym: Perełka! Ciasteczkowy zapach zawładnął moim nosem i sercem od pierwszego powąchania! Świetny dla posiadaczy suchej skóry, ponieważ znacznie poprawia jej kondycję. Przeszkadzać w nim może jedynie „olejkowata warstewka”, jaką pozostawia na ciele oraz niedostępność w naszym kraju… Recenzja.
13. Krem do rąk Baylis&Harding Plum pudding: Posiadał podobne właściwości jak mini balsam do ciała z tej serii, czyli był klejący i słabo się rozprowadzał, z tą różnicą że w ogóle nie nawilżał dłoni.
14. Krem do rąk Baylis&Harding Royale Bouquet verbena&chamomile: Pachniał bardzo delikatnie i słabo nawilżał, chociaż podczas upalnego lata był ok. Ja wygrałam go w jednym z rozdań, ale widziałam, że jest dostępny w TK Maxx i to w czterokrotnie większej pojemności.
15. Mydełko do rąk Dove beuaty cream bar: To moje pierwsze mydło z Dove i od razu je pokochałam! Nie wysuszało dłoni, dobrze je domywało, a do tego pięknie i świeżo pachniało.   
16. Mydełko do rąk Dove go fresh restore: To mydło pachniało już figą, ale zapach był na tyle delikatny, że słabo utrzymywał się na dłoniach. Ogólne właściwości mydła były ok, ale nie miałam z niego już takiej satysfakcji jak z wersji klasycznej. Miało turkusowy kolor.  
17. Tusz do rzęs Rimmel Wonder’full argan oil: Wciąż nie rozumiem, dlaczego w blogosferze zebrał aż tyle negatywnych opinii. Ja byłam z niego bardzo zadowolona! Pięknie rozdzielał i wydłużał rzęsy. Nadawał im na tyle głęboką czerń, że miałam poważne problemy z jego demakijażem! Pięknie prezentował się razem z cieniami do oczu, bo solo nie wyglądał już tak spektakularnie. Jestem też zdania, że zawartość olejku arganowego w tej maskarze to nie ściema!
18. Korektor 2w1 Eveline art scenic 06 Ivory: Nie byłam z niego do końca zadowolona. Dawał słabe krycie, chociaż ładnie rozświetlał skórę pod oczami. Na początku był jasny, ale z czasem się utlenił i zaczął przybierać różowe tony. Jego napisy błyskawicznie się starły, mimo że leżakował w plastikowej szufladce mojej „kosmetyczki”. Był bardzo wydajny.
19. Eyeliner do oczu Wibo czarny: Niestety trafiłam na rozczapierzony pędzelek, co utrudniało aplikację. Nawet odcięcie odstających włosków nic nie dało, bo sytuacja się powtórzyła. W działaniu jednak jak zawsze był super - do samego momentu demakijażu utrzymywał się na powiece w nienaruszonym stanie.
20. Lakier do paznokci Rimmel Salon PRO 711 Punk Rock: Przepiękny kolor, który zbierał mnóstwo komplementów. Ni to fiolet, ni to grafit. Najbardziej pasuje na jesień, ale ja używałam go przez cały rok :D Niestety, zużyłam go tylko do połowy, ponieważ dziwnym trafem dość szybko zgęstniał:(
21. Puder do twarzy Maybelline Affinitone 03 Light Sand Beige: Uważam, że każdy puder powinien posiadać takie opakowanie, bo powyższe było mocne, poręczne oraz zawierało lusterko (wieczko z lusterkiem, które wyłamałam dopiero po zużyciu pudru, trafiło do klatki z papugami Mojego Ukochanego jako zabawka :D). Opakowanie zawierało również gąbeczkę, ale okazała się beznadziejna w użyciu i puder wyglądał o wiele lepiej na twarzy, gdy nałożyło się go puszkiem lub pędzlem. Z początku nie podobał mi się efekt tego pudru (efekt mąki na twarzy;]), ale było to właśnie spowodowane aplikacją gąbeczką. Był tak bardzo wydajny, że gdy tylko zobaczyłam zbliżające się denko, trochę mu pomogłam i rozkruszyłam go całkowicie :P Miał dość intensywny zapach, ale mi to nie przeszkadzało. Jak dla mnie jego konsystencja była zbyt „kamienna” a kolor trochę za jasny, dlatego zastanawiałabym się nad jego ponownym zakupem (kusi mnie jedynie powrót do opakowania:P).
22. Płatki do demakijażu Iseree Maxi: Żałuję, że wcześniej nie odkryłam takiej formy wacików! O wiele łatwiej i szybciej zmywa się nimi makijaż z twarzy lub lakier z paznokci niż tymi klasycznymi o mniejszej średnicy. Te pochodziły z Lidla i zakupiłam kolejne opakowania, mimo że przeszkadza mi brak obszycia.
23. Maszynki do golenia Wilkinson (męskie): Kiedyś bardzo je lubiłam, bo były ostre i skuteczne. Teraz też takie były, ale moja skóra pod pachami zaczęła protestować, więc chyba już do nich nie powrócę.
24. Odżywka do włosów Cosmo naturel: Dostałam ją jako gratis przy zakupach w drogerii Pigment, co bardzo miło wspominam. Pachniała podobnie do orzeźwiającego balsamu do rąk z Pat&Rub i miała żółty kolor. Nie pieniła się za pewne przez naturalny skład. Próbka miała jednak za małą pojemność, aby cokolwiek napisać o działaniu zawartości.
25. Odżywka do włosów Nivea diamond gloss: Była przyczepiona do szamponu z tej serii. Pachniała tak samo ładnie jak owy szampon, jednak miała od niego mniej kremową konsystencję. Choć próbka starczyła mi na 2 razy, to wciąż za mało, abym mogła wyrazić pełne zdanie na jej temat.   
   
A jak Wasze denka? Zużyłyście więcej produktów z ulgą czy ze smutkiem? :P

czwartek, 1 października 2015

Denko 7-8/2015

Trochę zwlekałam z opublikowaniem dwumiesięcznego denka, ponieważ wrześniowa aura utrudniała zrobienie dobrze oświetlonych zdjęć. Kiedy już udało się sfotografować pustaki, zdałam sobie sprawę, że tylko do dwóch z nich mogłabym podlinkować Wam recenzję, więc najpierw postanowiłam nadrobić kilka zaległości.
Lipcowo-sierpniowe zużycia pozytywnie mnie zaskoczyły! W poprzednim denku pisałam, że po publikacji pustaków mija trochę czasu zanim znowu wrzucę coś do swojej „śmieciowej” torby. Tym razem było inaczej! Kosmetyki kończyły się jak szalone, zdarzało się, że nawet po kilka dziennie. Regularność używania kosmetyków jak widać popłaca, a ja jestem z siebie mega dumna! :D      
 Ledżenda:
produkt, do którego z chęcią powrócę
produkt, do którego nie wiem czy powrócę
produkt, do którego nie powrócę
1. Suchy szampon Batiste original: Pachniał świeżo, cytrynowo. Zdecydowanie lepiej i na dłużej odświeżał włosy niż wersja cherry. Niestety, strasznie swędział mnie po nim skalp, więc jeszcze tego samego dnia i tak musiałam umyć głowę.
2. Maska do włosów Kallos Silk: To moja pierwsza maska do włosów i jakże idealna! Włosy były po niej gładkie, lśniące i sypkie. Pachniała przyjemnie, owocowo. Pod koniec zawartości trochę słabiej działała, ale nadal było widać jej pozytywne efekty. Recenzja.
3. Matujący płyn micelarny BeBeauty: Standardowo zużyłam go do demakijażu twarzy z podkładu. Szkoda tylko, że duża pojemność pojawia się sezonowo.
4. Płyn micelarny Rival de Loop: Pierwsze użycie było „wow”, ale potem zaczął szczypać i podrażniać moje oczy. Do tego nie radził sobie dokładnie z ciemniejszą maskarą.
5. Płyn dwufazowy Rival de Loop: Chyba znalazłam ideał! Tutaj pierwsze użycie również było „wow”, ale w porównaniu do poprzednika, uczucie satysfakcji towarzyszyło mi do samego dna produktu. Płyn błyskawicznie domywał wszystko z oczu i nie podrażniał ich! Już nie mogę się doczekać, kiedy zużyję swoje demakijażowe zapasy i będę mogła sięgnąć po niego ponownie!
6. Żel myjący normalizujący na dzień/na noc Ziaja liście manuka: Posiadał wygodną w użyciu pompkę. Miał mydlany i intensywny zapach, co mi nie odpowiadało. Dobrze się pienił i dobrze oczyszczał skórę, ale po jego użyciu cera była trochę „ściągnięta”. Na szczęście nie wywołał podrażnień ani wysypu niedoskonałości. Recenzja.
7. Żel pod prysznic Alverde mięta & bergamotka: Mam mieszane uczucia. Konsystencja żelu była rzadka i słabo się pieniła. Pachniał bardzo chemicznie – w butelce bardzo intensywnie, a podczas aplikacji delikatnie. Nie posiadał właściwości nawilżających, ale też nie uczulił skóry.  
8. Żel pod prysznic Oceania trawa cytrynowa: Niesamowity produkt za niecałe 3 złocisze! Sprawdził się idealnie podczas upałów. Miał orzeźwiający zapach (wiadomo, trawa cytrynowa <3), gęstą konsystencję i dobrze się pienił. Jedynym jego minusem jest sezonowość:(
9. Balsam do ciała Bath&Body Works midnight pomegranate: Totalna pomyłka! Nic mi się w nim nie podobało począwszy od zakrętki, poprzez konsystencję, intensywny zapach, cenę, aż po działanie pielęgnacyjne, a raczej jego brak. Nie mogłam przemóc się do jego używania, więc odstawiłam go na kilka miesięcy. Gdy postanowiłam do niego wrócić, okazało się, że akurat stracił swoją ważność. Nie chciałam go wyrzucać, więc zużyłam go pod prysznicem, powiedzmy jako „balsam pod prysznic”, ale nawet pod tym względem się nie sprawdził. Recenzja.
10. Krem pod oczy Rival de Loop Hydro: Lekki krem, który nawilżał i napinał skórę pod oczami. Szkoda, że można go stosować tylko na dolną powiekę, ale dzięki temu starcza na dłużej. Był tani.
11. Uniwersalny krem kojąco-osłaniający Himalaya: Kupiłam go pod wpływem recenzji jednej blogerki. Myślałam, że pomoże mi w walce z wypryskami, ale zawiodłam się. Z łagodzeniem podrażnień lub drobnych ranek również sobie nie poradził. Ostatecznie zużyłam go na skórę nóg po depilacji, więc skończył się w mgnieniu oka.
12. Orzeźwiający balsam do rąk Pat&Rub: Choć pachniał głównie cytryną (tak jak inny produkt z tej firmy), tym razem zapach mi podpasował. Posiadał pompkę air-less, co dodatkowo przełożyło się na wygodę użytkowania. W działaniu okazał się jednak bardzo słaby. Recenzja.
13. Krem do rąk Anida aloes z nagietkiem: To moje drugie opakowanie tego kremu i nie zmieniłam o nim zdania. Jest świetny! Długotrwale nawilża i uelastycznia naskórek, a do tego łagodzi podrażnienia. Ideał za śmieszną cenę! Jak tylko zużyję inne kremy do rąk, zamierzam kupować już tylko ten z Anidy! Recenzja.
14. Krem do rąk Synergen happy day: Pojemność idealna do torebki i w tym celu został zakupiony. Miał bardzo ładny, słodki i owocowy zapach, który okazał się zaskakująco intensywny. Niestety, był to chyba najbardziej krótkotrwały krem do rąk, jaki kiedykolwiek posiadałam – po minucie-dwóch (!) dłonie znowu były suche na wiór:/
15. Perfumowany dezodorant Beyonce Heat Rush: Używałam go zeszłej zimy i to był błąd, ponieważ w ogóle nie wyczuwałam jego zapachu. Dopiero, kiedy zrobiło się cieplej, wreszcie czułam go na sobie. Zapach należał do słodko-cytrusowych, był przyjemny, ale nie utrzymywał się długo.
16. Zmywacz do paznokci Isana zielony: Jest skuteczny i błyskawiczny, jednak nie wpływa dobrze na moją płytkę paznokciową, ze względu na zawartość acetonu. Na razie nie planuję powrotu.
17. Antyperspirant Lady Speed Stick Stainguard: Tutaj powrotu na pewno nie będzie! Wielokrotnie dawałam szansę antyperspirantom LSS w sztyfcie i za każdym razem spotykał mnie zawód. Ta wersja zostawiała białe ślady pod pachami, nie wspominając o żółtych plamach na białych ubraniach, czemu akurat miała zapobiegać! Echh… Któregoś razu wykręciłam za dużo zawartości i sztyft mi się ułamał. Co prawda, udało mi się go zreanimować, ale aplikacja stała się niewygodna. Z powodu pozostawiania śladów stosowałam go jedynie po wieczornym prysznicu, więc nie potrafię powiedzieć, czy radzi sobie z potem.
18. Płyn do higieny intymnej Ziaja intima brzoskwinia: Bardzo chciałam ją przetestować i do tej pory nie wiem, dlaczego. Pewnie myślałam, że będzie ładnie pachnieć. Hm, brzoskwiniowe aromaty w „tych” okolicach jednak się nie sprawdzają. Nie czułam się komfortowo ani z tym zapachem, ani z działaniem tej wersji. Dobrze, że się już skończyła, aczkolwiek długo to trwało, bo płyny Ziaji są bardzo wydajne.
19. Żel do golenia Balea Summer Garden: Zapach taki sobie, liczyłam na słodsze mango. Dopiero w połowie opakowania zaczęłam być zadowolona z tego produktu. Najwidoczniej nie potrafiłam wcześniej z niego korzystać. Powstała z żelu piana dobrze trzymała się skóry. Produkt był nawet wydajny. Do tej wersji zapachowej jednak nie wrócę.
20. Płukanka do jamy ustnej Colgate Plax Whitening: Płukanka miała niebieski kolor, więc smakowo przypominała miętowe pasty do zębów. Smak ten nie był jednak aż tak intensywny jak podejrzewałam. Produkt zadowalająco odświeżał oddech. Nie podobała mi się jedynie zakrętka, ponieważ po jej nałożeniu resztki płukanki spływały na zewnątrz i musiałam wycierać całą butelkę.
21. Pasta do zębów Colgate MaxFresh ActiClean: Po raz drugi w historii całego bloga pokazuję w denku pastę do zębów. Tym razem robię to jednak bardziej dla siebie, ponieważ chcę ją zapamiętać. Już dawno nie miałam tak dobrej pasty! Co prawda, wybielenia nie zauważyłam (zresztą, chyba żadna pasta nie jest w stanie wybielić moich zębów), ale miała dobry posmak i co najważniejsze, pozostawiała po sobie bardzo świeży oddech na bardzo długo, co w połączeniu z powyższą płukanką sprawdzało się doskonale! W tym czasie nie miałam również problemów z bólem zębów czy krwawieniem dziąseł. Aktualnie używam fioletowej wersji, również z mikrokryształkami, ale w ogóle nie jestem z niej zadowolona, więc do „niebieskiej” obowiązkowo wrócę! 
22. Maska do twarzy 7 Skin Scheduler Friday Recovery Mask Acerola LomiLomi: Był to produkt koreański i dopiero teraz zauważyłam, że był tam napis „piątek” (nie pamiętam, w jaki dzień go nałożyłam, ale okazuje się, że pochodzi on z „tygodniowej” serii) :P Maska była w płacie i bez problemu dopasowałam ją do swojej twarzy. Szczerze mówiąc, jak przejrzałam się w lustrze po nałożeniu tej maski, to myślałam, że się posikam! Chyba z pięć minut chichrałam się sama do siebie i nie mogłam przestać, bo wyglądałam prawie jak Hannibal Lecter (to moja pierwsza tego typu maska, więc pewnie stąd to skojarzenie) :D Oczywiście, nie odmówiłam sobie też wystraszenia Mojego Ukochanego :> Trzymałam ją jednak krócej na twarzy niż zalecał producent, ponieważ maź, którą była nasączona, była obślizgła w dotyku i bardzo nieprzyjemna. Jakiejś regeneracji cery nie odczułam, ale przynajmniej jej stan się nie pogorszył :P 
23. Maska-serum + wulkaniczny peeling do stóp Perfecta SPA: Z pewnością jest to jakaś alternatywa dla zabieganych osób, które nie poświęcają swoim stopom za dużo uwagi. Ja akurat w porę wzięłam się za pielęgnację swoich stóp i jestem zadowolona z ich stanu, więc po jednorazowym użyciu tego duetu nie zauważyłam niczego spektakularnego. Naskórek był zmiękczony na krótko i tyle.
24. Maseczka rozświetlająca Rival de Loop Gurkenextrakt & Bisabolol: Dostałam ją jako gratis do jednego z rozdań. Nie widzę jej na stronie Rossmanna, więc chyba jest już niedostępna. Trochę szczypała moją twarz, a do tego… widziałam wszystko na niebiesko :P Miała niebieską konsystencję, więc może dlatego odbijało się od niej światło :P W każdym razie, jest to jakiś dziwny produkt…Została mi jeszcze druga saszetka, ale boję się ją aplikować. 
25. Hipoalergiczne mydło naturalne: Kupiłam je w Biedrze. Miało 200 g, więc dwa razy więcej niż standardowa kostka. Można uznać, że to podróba „białego Jelenia”, ale o wiele lepsza od oryginału :D Mydło było wydajne, dobrze się pieniło i bardzo dobrze oczyszczało ręce oraz pędzle. Kosztowało niewiele, więc nic tylko kupować! :D
26. Mydełko naturalne z nanosrebrem: Z pierwszego egzemplarza nie byłam zadowolona. To jest drugie i dostałam je w prezencie. Nie zmieniłam o nim zdania. Pozostawiało klejące dłonie, nie domywało zapachów i było niewydajne.
27. 2 x Patyczki higieniczne Cleanic: Kupiłam je wyłącznie ze względu na opakowania, żeby trzymać w nich tańsze patyczki i waciki do twarzy. Patyczki same w sobie są ok, ale nie widzę sensu przepłacania. Tak naprawdę jedno opakowanie zużyłam już wcześniej, ale zapomniałam pokazać je w poprzednim denku :P
28. Płatki kosmetyczne Carea aloesowe: Uwielbiam, uwielbiam i jeszcze raz uwielbiam! Tym razem zużyłam tylko jedno opakowanie, ponieważ używałam ich jedynie do demakijażu oczu, a resztę twarzy zmywałam większymi, owalnymi wacikami.

Ech, tworzenie denkowego postu jest uciążliwe, ale za to jakie satysfakcjonujące! :D Doceńcie moje kilkugodzinne ślęczenie przed laptopem i napiszcie koniecznie, czy miałyście okazję używać jakiegoś produktu;)

Ps. Jak Wam się podoba nowe tło do zdjęć? :D

środa, 8 lipca 2015

Denko 5-6/2015

Pojawiam się po dwóch miesiącach i jak mam być szczera, to nie wiem, co zrobić z tym blogiem. Czasu mam dużo, ale chęci do jego prowadzenia coraz mniej. Kosmetyki nadal mnie interesują, ale nieszczególnie chce mi się o nich pisać z taką dokładnością, jak do tej pory. Schemat recenzja-denko-zakupy znudził mi się już dawno, ale ten blog na pewno nie obierze innego kierunku niż kosmetyczny. Coraz częściej myślę o tematyce lifestyle’owej, a konkretniej o założeniu kanału na YT (nie wierzę, że napisałam to publicznie!). Od ok. 2 lat regularnie oglądam różne youtuberki i jest to coś, co o wiele bardziej mnie kręci niż blogowanie. Dlatego powtórzę się, nie wiem co zrobić z tym blogiem… To znaczy chyba wiem, ale ciągle odkładam w czasie podjęcie ostatecznej decyzji …

***

W maju zużyłam niewiele kosmetyków, ale nadrobiłam to z nawiązką w czerwcu. Zresztą, już dawno zauważyłam zasadę, że przez jakiś czas po napisaniu denka nie mam co wrzucić do papierowej torby, a pod koniec drugiego miesiąca zapełniam ją prawie po brzegi. Oprócz tradycyjnych pustaków pojawiło się też pechowo kilka bubli oraz trochę wyrzutków.
 Ledżenda:
produkt, do którego z chęcią powrócę
produkt, do którego nie wiem czy powrócę
produkt, do którego nie powrócę
1. Szampon do włosów Garnier Fructis Vitamin Force Fresh: Pięknie pachniał cytryną i miętą, był wydajny, nieźle się pienił. Był przeznaczony do włosów normalnych i przetłuszczających się, ale na drugi dzień po umyciu włosy wcale nie wyglądały lepiej. Wydaje mi się, że to on właśnie strasznie wysuszył mi skórę tuż przy nasadzie włosów.
2. Mgiełka termoochronna do włosów Marion: O wiele przyjemniej używało mi się jej niż prostującego płynu z tej samej firmy (o którym pisałam tutaj), chyba przez odmienny strumień atomizera. Moje włosy ostatnio są w kiepskiej kondycji i mam wrażenie, że ta mgiełka jakoś niespecjalnie je chroniła przed przesuszeniem.
3. Żel pod prysznic Avon Senses Acai Berry: Dla mnie żele z Avonu są i chyba już pozostaną mega niewydajne. Zapach był ok, ale zbyt delikatny i niepowalający z nóg na tyle, żebym koniecznie musiała do niego powrócić.
4. Odżywka do włosów Oil-Care Isana: Bubel. Nie robiła z włosami nic pożytecznego a wręcz przeciwnie, doprowadziła je do gorszego niż zazwyczaj siana na mojej głowie. Zużyłam 2/3, reszta wylądowała w kiblu.
5. Żel do mycia twarzy Synergen Soft Touch: Galareta, która spowodowała niemałe spustoszenie na mojej twarzy. Spotkał ją taki sam los, co poprzedniczkę wyżej. Co ciekawe, zielona wersja sprawdziła się u mnie całkiem przyzwoicie (kilka słów o niej tutaj).
6. Płyn micelarny Delia do cery wrażliwej: Jako jedyny micel od dawien dawna nie szczypał mnie w oczy! Niestety nie okazał się ideałem, bo nie zmywał zbyt dokładnie niektórych kosmetyków kolorowych, a do tego podrażniał skórę pod oczami.
7. Nawilżający krem do twarzy Cien med : Kupiłam go z myślą o największych mrozach, ale nie nadawał się pod makijaż, dlatego stosowałam go jedynie na noc. Był tak wydajny, że starczył mi na pół roku codziennego używania. Nawilżał i dobrze pielęgnował moją skórę, a przy tym jej nie zapychał. Dostępny sezonowo jedynie w Lidlu.
8. Pomadka ochronna Isana Intensiv: Do codziennej pielęgnacji była ok, ale nie radziła sobie przy niższych temperaturach na dworze. Sam sztyft był dosyć twardy, więc nie sunął aż tak gładko po ustach.
9. Krem do twarzy Bielenda Ogórek & Limonka: Moje nowe cudo do twarzy! Nawilżało, matowiło, budziło z rana swoim pięknym zapachem i było mega wydajne. Już się nie mogę doczekać kolejnego opakowania!
10. Płyn do płukania jamy ustnej Colgate Total Zdrowe dziąsła: To moja pierwsza płukanka do ust, więc nie mam do czego porównać. Smak był średnio intensywny. Nie utrzymywał się zbyt długo, więc jak dla mnie kicha. Dziąsła czasami i tak mi krwawiły, więc nie wiem, jak z pozostałymi obietnicami producenta. Płyn miał dziwną zakrętkę i trzeba było „pić” jak z kielicha. Nie opłaca się kupować w regularnej cenie, bo ma mniejszą pojemność niż standardowe  płukanki.   
11. Antyperspirant Rexona Aloe Vera: Spray’e z Rexony to chyba nie moja bajka. Ta wersja nie zapewniała mi odpowiedniej ochrony, a przez kłęby „dymu” unoszące się podczas aplikacji można było się udusić nawet przy zatkanym nosie i buzi:/
12. Otulające masło do ciała Pat & Rub: Właściwości pielęgnacyjne na tak, reszta (film, zapach i cena) na zdecydowane nie. Recenzja.
13. Olejek do masażu Love Me Green: Stosowałabym go do masażu, ale śmierdział okropnie! Znalazłam dla niego alternatywę i zużyłam do golenia nóg, gdzie sprawdził się genialnie!
14. Żel pod prysznic Baylis & Harding Royale Bouquet Black Raspberry & Fig: Kolejny żel z tej firmy i kolejny niewypał pod względem konsystencji (czyt. galareta, która wylatywała dopiero po kilkukrotnym wstrząśnięciu opakowaniem). Zapach ładny, ale dla mnie za mało intensywny. Opakowanie było bardzo twarde, więc musiałam nalać do środka wody, żeby wydobyć resztkę (i tak miniaturowego) żelu.
15. Balsam do ciała Baylis & Harding plum pudding: Nawet przywozicie nawilżał, ale strasznie się lepił podczas rozsmarowywania. Zapach również zbyt delikatny.
16. Podkład Maybelline Affinitone 03 Light Sand Beige: W zimie nie byłam z niego zadowolona, ale kiedy na wiosnę/lato moja skóra twarzy się polepszyła, to i podkład zaczął mi odpowiadać. Nie był zbyt kryjący, ale odcień miał odpowiedni do mojej bladej cery. Dużo by zyskał, gdyby opakowanie miało pompkę, bo konsystencja była strasznie lejąca.
17. Tusz do rzęs Essence I <3 Extreme: Wielkie rozczarowanie! Miał dużą i grubą szczotę, co powodowało niewygodną aplikację, sklejone rzęsy i każdorazowy wnerw. Czerń była intensywna, więc ciężko było ją zmyć z rzęs.
18. Błyszczyk do ust L’Oreal Glam Shine 183 Aqua Pomegranate: Wygrałam go kiedyś w słynnej loterii Princessy i choć rzadko sięgam po błyszczyki, to ten akurat był genialny! Nie sklejał ust i długo się na nich utrzymywał. Miał słodki smak. Posiadał prawie idealną gąbeczkę, która była bardzo miękka i gładko aplikowała odpowiednią ilość produktu (dzięki tzw. zbiorniczkowi) na wargi. Niestety była za krótka, przez co nie sięgała dna i nie mogłam zużyć produktu do końca. Nie wiem, czy jest on jeszcze dostępny stacjonarnie.
19. Chusteczki do higieny intymnej Intimea rumiankowe: Moje (jak do tej pory) ulubione. Robią, co mają robić, są odpowiednio nawilżone, tanie i zawsze dostępne (wiadomo, Biedra :D).
20. Płatki kosmetyczne Carea aloesowe: Jak wyżej, z tą różnicą, że nie są nawilżone :P Pierwsza sztuka pochodzi chyba jeszcze z trójpaku, ale w obu przypadkach płatki były felerne, bo chyba zapomnieli je obszyć:[ Mimo tej wpadki i tak będę je kupować (aktualnie mam kolejny trójpak i już się nie rozwarstwiają :D).

Przyszedł też czas na uporządkowanie kolorówki i pozbycie się kilku gagatków:
21. Podkład Vichy Teint Ideal 25: To chyba najjaśniejszy odcień, ale dla mnie był za ciemny. Konsystencję miał lejącą i nawet pompka w niczym nie ułatwiała aplikacji. Od samego początku strasznie śmierdział alkoholem. Jak zaczął mnie zapychać, bałam się go dłużej używać.
22. Wydłużający tusz do rzęs Grashka: Porażka na całej linii. Oczywiście nie wydłużał rzęs. Efekt był bardzo, bardzo i jeszcze raz bardzo delikatny, prawie niewidoczny. Szczoteczka była tak skonstruowana, że nabierała za dużo tuszu, przez co jej włosie było wiecznie sklejone i nie dało się jej prawidłowo używać.
23. Błyszczyk do ust Rimmel Vinyl Stars: Nie wiem jaki to odcień, bo napisy się starły. Strasznie sklejał usta. Posiadał w sobie drobinki. Pachniał owocowo. Opakowanie przy zakrętce było nieszczelne, więc błyszczyk lubił sobie spływać po zewnętrznych ściankach, co uniemożliwiało noszenie go w torebce czy nawet trzymanie go w kosmetyczce w pozycji poziomej. Przeterminował się i zmienił zapach, więc wolę się z nim już nie męczyć.
24. Błyszczykowa pomadka do ust Lovely 04: Ni to pomadka, ni to błyszczyk. Produkt bardzo nietrwały. Pachniał arbuzem <3 dopóki nie stracił ważności. Miał lepsze opakowanie od Eliksirów, ale wciąż kiczowate. Ja wygrałam go kiedyś w rozdaniu, ale moim zdaniem szkoda wydawać na niego nawet tych 8 złociszy.
25. Lakier do paznokci Wibo Extreme Nasil nr 492: Użyłam go kilka razy. Wyglądał na miętkę, ale okazał się być bardziej niebieski. Chciałam znowu dać mu szansę, ale zaczął śmierdzieć, więc leci do śmietnika.
26. Lakier do paznokci Hean.pl 631 Brick Look: Sięgnęłam po niego bardzo późno, bo to kompletnie nie moja kolorystyka (wygrałam go). Trochę rudy, trochę ceglasty, jak sama nazwa wskazuje. Kiedy chciałam go wypróbować na nowo, okazało się, że był to najszybciej wysychający lakier, z jakim miałam do czynienia, więc bardzo ułatwiał mi malowanie przed pójściem spać. Pozbywam się go, bo się przeterminował tak jak poprzednik.
27. Próbka różu mineralnego Coral: Również pochodzi z rozdania. Nie użyłam go ani razu, bo po pierwsze nie używam (jeszcze) różu, a po drugie nie bardzo miałam czym go nakładać, co związane jest z tym pierwszym. Wydaje mi się jednak, że byłby za ciemny dla mojej karnacji. Nie wiem, jaki ma termin przydatności, więc się go pozbywam, bo trochę go już mam. Poza tym i tak pewnie bym go nie użyła, nawet jakby był ważny jeszcze przez 10 lat :P

I na koniec próbki kosmetyków, które niczym mnie nie zachwyciły, więc nie skuszę się na ich pełnowymiarowe opakowania:  

Wreszcie mogę to wszystko wywalić na śmietnik! Wreszcie w mojej szafie zrobi się miejsce! Tylko nie wiem, czy nadal będę zbierać pustaki do mojej denkowej torby...

piątek, 1 maja 2015

Denko 3-4/2015

Minęły kolejne dwa miesiące, więc przyszła pora na kolejny wysyp kosmetycznych śmieci. Liczyłam na więcej, a wyszło jak zwykle. Znalazł się jednak jeden powód do dumy – zebrałam się w sobie i zrobiłam w końcu gruntowne porządki w lakierach! A to już zakrawa o sukces :D  
Ledżenda:
produkt, do którego z chęcią powrócę
produkt, do którego nie wiem czy powrócę
produkt, do którego nie powrócę
1. Żel pod prysznic Fruit Kiss Exotic passion: Genialny żel z Biedry, który zasłużył na miano kosmetycznego hitu! Wszystko mi się w nim podobało, mimo że nie przepadam za ananasowym aromatem. Żałuję, że nie zrobiłam sobie zapasów, ale nie sądziłam, że tak błyskawicznie zniknie z biedronkowych półek:( Po cichu liczę, że ta edycja wróci w przyszłym roku… Recenzja.
2. Żel pod prysznic Avon Senses mood therapy indulgent (shea butter): To mój drugi żel z tej firmy i tym razem zapach mi się nie spodobał. Był zbyt delikatny, czasami w ogóle niewyczuwalny, także przyjemność ze zużywania żadna:/ Do tego znowu kiepska wydajność – starczył na jakieś dwa tygodnie:/
3. Żel pod prysznic Dove krem pistacjowy z magnolią: Zaskoczył mnie swoją bardzo delikatną i przyjemną konsystencją, więc na pewno sięgnę po inne wersje. Myślałam, że wpiszę go na swoją listę kosmetycznych hitów obecnego roku, ale niestety jego zapach zaliczył kilka wpadek… Recenzja.
4. Rozgrzewająca sól do kąpieli BeBeauty owoce cytrusowe: Zużyłam ją głównie do stóp, ale kiedy miałam okazję, to wsypywałam ją do wanny. W obu przypadkach spisała się dobrze. Nie miała jakichś odkrywczych właściwości, ale zmiękczała i „olejowała” skórę. Efektów rozgrzewających brak. Pachniała cudownie i intensywnie.
5. Płyn micelarny 3 w 1 Green Pharmacy owies: Dobry płyn micelarny, ale wciąż nie ideał. Nie radził sobie ze zmywaniem ciemniejszych maskar. Czasami szczypał w oczy, ale dało się przeżyć. Miał dziwny zapach. Najbardziej spodobało mi się w nim opakowanie i cena.
6. Płyn micelarny BeBeauty: Stały bywalec denka jeszcze w starym opakowaniu. Stosuję go jako pierwszą fazę demakijażu twarzy i w tej roli sprawdza się świetnie.
7. Delikatny żel-krem łagodzący do mycia twarzy BeBeauty: Nie cierpię jego konsystencji i zapachu. Uwielbiam natomiast jego delikatność wobec skóry, cenę oraz dostępność. Wiecie, taka relacja miłość-nienawiść :P Recenzja.
8. Woda termalna Vichy: Tę sztukę zużyłam inaczej niż dotychczas. Przeznaczyłam ją do łagodzenia podrażnień, kiedy moja skóra twarzy miewała gorsze dni (okres grzewczy). Przynosiła ukojenie i rzeczywiście trochę łagodziła zaczerwienienia.
9. Body spray Fruttini Raspberry Cream: Wreszcie nadszedł jej kres! :D Ładnie pachniała maliną, choć bardzo sztucznie. I w sumie tyle było w niej fajnego :P Atomizer się zacinał, a sama mgiełka podrażniała skórę:/ Recenzja.
10. Antyperspirant Rexona Shower fresh: To mój pierwszy antyperspirant w spray’u Rexony. Ogólnie był skuteczny, ale w bardzo stresujących sytuacjach nie zapewniał mi 100% komfortu. Miał przyjemny zapach.
11. Maska anty-stres Ziaja: No i wykrakałam! Pierwsza saszetka była w miarę ok, ale z drugiej nie byłam już zadowolona:/ Czasami działała normalnie, a innym razem była do bani - albo piekła mnie po niej skóra, albo wyskakiwało mi coś na twarzy:/
12. Dezodorant w chusteczce Deo Fresh Cleanic: Dziwny twór. Nadaje skórze zapach dezodorantu, ale na krótką chwilę. Do tego pozostawia nieprzyjemne, lepkie uczucie:/
13. Chusteczki odświeżające Babydream (80 szt.): Bubel, jakich mało. Chusteczki były bardzo słabo nasączone. Kiepskie zamknięcie powodowało, że szybko wyschły na wiór. Nareszcie żegnam.
14. Płatki kosmetyczne Carea aloesowe (zielone): Tym razem pochodzą z trójpaku, który był chyba felernej produkcji, bo niektóre płatki były rozwarstwione. Mimo to, nadal należą i należeć będą do moich ulubieńców.
A na koniec wspomniane we wstępie lakierowe porządki. Zbliżająca się trzecia część promo w Rossmannie skutecznie zachęciła mnie do pozbycia się zarówno lakierów, jak i sentymentów do nich. Kryteria były następujące: niedobrany kolor, zaschnięcie, bądź zgęstnienie. Z tej całej gromadki polecam jedynie przezroczysty lakier z NYC (stosowałam jako top coat), lakiery Miss Sporty (za trwałość, szeroki pędzelek i dużą gamę kolorów) oraz miętkę z Rimmela (Salon Pro 500 Peppermint), którą jako jedyny lakier zużyłam w całości.

Ps. Wybaczcie mi zmianę tekstury tła z jednolitego na "pledowy" (:P), ale znowu się przeprowadziłam i nie tachałam już ze sobą starego "tworzywa"...

sobota, 28 lutego 2015

Denko 1-2/2015

Przekrój zużytych produktów w dwóch pierwszych miesiącach 2015 roku był u mnie nawet szeroki. Przede wszystkim wykończyłam część arsenału włosowego (który już doczekał się uzupełnienia), twarzowego (nad czym akurat ubolewam :P), kąpielowego (choć tutaj zbytnio nie poszalałam, bo pootwierałam kilka żeli na raz :P), a nawet kolorówkowego (to cieszy najbardziej :D). Jeszcze do połowy lutego miałam kilka zdenkowanych kosmetyków, a potem jak się cała reszta zaczęła kończyć, to już wszystko na raz. Jestem pewna, że też tak macie co jakiś czas :P
Ledżenda:
produkt, do którego z chęcią powrócę
produkt, do którego nie wiem czy powrócę
produkt, do którego nie powrócę

1. Lakier do włosów Isana 5: Albo ja nie umiem używać lakierów do włosów, albo ten produkt był wybitnie słaby, pomimo swojej największej „mocy”. Miał mieć neutralny zapach, ale pod tym względem nie różnił się niczym od innych zwykłych lakierów. Najgorsze, że sklejał włosy i podrażniał skórę głowy. Dobrze, że wreszcie go zużyłam (a miałam go ponad 2 lata…)!
2. Nawilżający szampon do włosów Balea mango & aloes: Zwykły szampon, który nie wyrządził krzywdy skórze głowy, chociaż dobrze oczyszczał włosy. Pachniał soczystym mango. Przez wzgląd na włosowy efekt szorstkości raczej nie sięgnęłabym po niego ponownie, ale dylemat z ewentualnym zakupem rozwiązał się sam, ponieważ szampon został prawdopodobnie wycofany z DM. Recenzja.
3. Szampon do włosów Schauma Świeżość Bawełny: W moim odczuciu nie był to dobry szampon. Wcale nie zapobiegał przetłuszczaniu się włosów. Na plus duża piana i niska cena za taką pojemność (oczywiście w promocji), ale cała reszta to klapa.
4. Odżywka do włosów Schauma Lekkość i Pielęgnacja: Zwykła odżywka bez efektu „wow”. Miała lekką konsystencję i dobrze rozczesywało się po niej włosy. Być może skuszę się na nią ponownie tylko i wyłącznie ze względu na ładny zapach (jak dla mnie pachniała właśnie świeżą bawełną, w przeciwieństwie do szamponu powyżej :P).
5. Krem do twarzy nawilżający matujący Ziaja 25+: To moje drugie zużyte opakowanie i nadal mam pozytywną opinię o tym kremie, pomimo iż posiada on małe mankamenty. Kolejna sztuka na pewno doczeka się już recenzji :P
6. Matujący płyn micelarny BeBeauty: Nie zauważyłam, żeby matująca wersja różniła się czymkolwiek od klasycznej. Niestety też szczypała mnie w oczy, dlatego zużyłam ją tradycyjnie do pierwszej fazy demakijażu twarzy. Jak tylko znowu pojawią się w Biedrze duże opakowania, to zakupię kolejną butlę.
7. Krem do rąk Anida aloes z nagietkiem: Na chwilę obecną mój ideał wśród kremów do rąk. Szkoda, że całkowicie nie regeneruje podrażnień, ale i tak go uwielbiam! Już zakupiłam drugi egzemplarz:) Recenzja.
8. Płyn do kąpieli Luksja Lemon Pie: Bardzo przyjemny produkt. Jedyna szkoda, że podczas kąpieli płyn nie pachniał tak samo intensywnie jak w butelce:( Następnym razem będę chciała spróbować innej wersji – ciągnie mnie do makaronikowej, choć jeszcze jej nie wąchałam :P
9. Żel pod prysznic Balea Black Secret: Podstawowe właściwości były takie same, jak w każdej innej wersji żelu z tej firmy. Zapach był przyjemny i odurzający. Niestety same doznania zapachowe nie przełożyły się na relaks pod prysznicem, bo produkt strasznie uczulił moją skórę (zwłaszcza pleców), dlatego 1/3 zużyłam do mycia rąk (nie uczulił ich, ale wysuszył:/). Recenzja.
10. Żel pod prysznic Baylis & Harding Frosted Cranberry: Miał bardzo subtelny zapach żurawiny i dziwaczną konsystencję – niby bardzo gęsta, ale w ogóle nie trzymała się ciała, przez co większość produktu lądowała pod prysznicem/w wannie.
11. Żel pod prysznic Baylis & Harding Spiced Orange: Konsystencja jak powyżej, ale zapach na dłuższą metę nie do zniesienia przez swoją intensywność… No chyba, że ktoś lubuje kąpać się w cynamonie :D
12. Płyn do higieny intymnej Ziaja Intima macierzanka: Drugie zużyte opakowanie, które ponownie starczyło na dobrych kilka miesięcy. Tak, jak pisałam w przedostatnim denku, kupiłam teraz inną wersję, ale macierzanka i tak będzie moim stałym ulubieńcem:) Recenzja.
13. Antyperspirant w sztyfcie Rexona Invisible Aqua: Znudziły mi się kulki, znudziły mi się spray’e, to przerzuciłam się na sztyfty :D Wydaje się, że spełniał wszystkie moje wymagania, ale biorąc pod uwagę, że okres podczas jego użytkowania nie był jakoś wyjątkowo stresujący, to mogło być zupełnie inaczej :P W każdym razie, kolejne opakowanie z pewnością to zweryfikuje :D
14. Antybakteryjny żel do rąk CleanHands: Żel trafił dwa lata temu do moich kosmetycznych hitów, ale tylko z tego względu, że nie posiadałam żadnego zamiennika. Odkąd używam żelu z B&BW, wiem, że do tego aloesowego gagatka nie powrócę nigdy więcej. Działał ok, ale strasznie "dawał" alkoholem, a opakowanie uległo samozniszczeniu w dolnej części tubki, przez co zawartość oblepiała wszystko, co napotkała na swojej drodze…
15. Zmywacz do paznokci BeBeauty (różowy): Właściwości miał nad wyraz dobre: zmywał wszelkie typy lakierów, nie wysuszał paznokci, a przy tym całkiem ładnie pachniał (jak na zmywacz rzecz jasna). Jednak z powodu przeciekającego opakowania postrzegam go jako bubla, bubla i jeszcze raz tragedię. Recenzja.
16. Maskara Lovely Curling Pump Up: Drugie zużyte opakowanie a produkt nadal jest w gronie moich tuszowych faworytów. Ładnie rozdziela rzęsy, wydłuża, a do tego kosztuje mało PLN-ów. W zapasach czeka kolejna sztuka:)
17. Czarny eyeliner Wibo: Bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Kreska utrzymuje się na powiekach cały dzień, jest intensywnie czarna, a do tego nic się nie rozmazuje. Był to mój drugi eyeliner w kałamarzu, ale jak na razie jest ideałem wśród całego grona eyelinerów, niezależnie od formy aplikacji. Kolejna sztuka jest już w użytku:)
18. Korektor Bell Multi Mineral 2: Był tani i wydajny. Zakrywał cienie pod oczami, ale nie na tyle, na ile bym chciała. Z czasem zaczął ciemnieć na skórze. Przeznaczony był raczej jedynie do okolic oczu, ale ja stosowałam go również do zakrywania niedoskonałości, z czym radził sobie średnio.

Próbki:
1. Regenerujące mleczko do ciała 10& Urea Eucerin: Mega nawilżające mleczko dla osób z bardzo suchą skórą, jednak nie wiem czy dałabym radę stosować je regularnie w ciągu tygodnia ze względu na uczucie ciągłej lepkości. Warto spróbować, ale ja korzystałabym z niego jedynie na weekendy, kiedy mogłabym całe dwa dni łazić w piżamach :D
2. Nawilżające mleczko Le Petit Marseillais: Wyczuwalna parafina na skórze, więc nie rzucam się na pełnowymiarowe opakowanie. Słaby zapach.
3. Szampon wzmacniający włosy Vichy Dercos: Ładny zapach, gęsta konsystencja, mnóstwo piany i brak łupieżu, czyli całkiem przyjemnie zapowiadający się szampon:)
4. Serum do twarzy Vichy Idealia: Takie g**ienko, a wywołało niemałe spustoszenie w postaci pryszczy. Zresztą, jak każdy produkt do twarzy z tej serii (przynajmniej w moim przypadku:/)…

              
Pustaki wywalone do odpowiednich kontenerów, więc trzeba zbierać śmieci na nowo :P A jak Wam poszło tym razem z denkowaniem?;)

poniedziałek, 29 grudnia 2014

Denko 11-12/2014

Ostatnie denko w tym roku nie przyniosło zbyt wielu pustych opakowań. W sumie i tak nie jest źle, patrząc na poprzednie ogromne zużycia, bo nie byłam pewna, czy w listopadzie i grudniu uda mi się cokolwiek zdenkować. Cóż, nie pozostaje mi chyba nic innego jak wyznaczyć sobie pierwsze noworoczne postanowienie, tj. większą mobilizację do zużywania kosmetyków;)


 Ledżenda:
produkt, do którego z chęcią powrócę
produkt, do którego nie wiem czy powrócę
produkt, do którego nie powrócę

1. Suchy szampon do włosów Batiste cherry – Używałam go bardzo rzadko, a i tak szybko się skończył. Bywały sytuacje, że ratował moje włosy, a bywały też i takie, że włosy wyglądały gorzej niż przed aplikacją szamponu. Pachniał sztuczną wiśnią.
2. Żel pod prysznic Balea Mango Mambo – Miał przyjemny, słodki zapach. Dobrze się pienił, wydajność standardowa, nie podrażniał skóry. Nie powrócę ze względu na edycję limitowaną.
3. Żel pod prysznic Fa Luxurious Moments Black Amethyst & Pink Viola – Właściwości były ok, ogólnie lubię żele z Fa. Intensywny zapach utrzymywał się dosyć długo na skórze. Przypominał trochę męskie perfumy, więc mi nie podpasował.
4. Balsam Fa Sensual&Oil Argan-, Marula- & Almand Oil – Dobrze i na długo nawilżał skórę. Bardzo ładnie i subtelnie pachniał. Jedyne zastrzeżenia mam do konsystencji, której rozprowadzanie na ciele zajmowało więcej czasu niż oczekiwałam.
5. Antyperspirant Fa Sport 96 h – Z działania byłam zadowolona, chociaż zauważyłam, że zdarzało mu się podrażniać moją skórę. Intensywny zapach, przypominający perfumy starych babek, skutecznie mnie znokautował i odstraszył na zawsze. Odradzam wrażliwym nosom!
6. Naturalny krem oliwkowy cera sucha i normalna Ziaja – Chciałam o nim jak najszybciej zapomnieć, ale chyba jednak poświęcę mu osobną recenzję, bo to straszny bubel był!
7. Lekki krem Alantan dermoline – Kolejne zużyte opakowanie. Kupuję go, gdy nie mam dostępu do Ziaji 25+, więc pewnie jeszcze kiedyś się u mnie pojawi;)
8. Maskara Maybelline the Colossal Volum Express 100% Black – Na początku była sucha jak wiór, żeby po ok. 2 tygodniach od otwarcia nabrać normalnej konsystencji. Nie była to jakaś oszałamiająca czerń. Pogrubiała rzęsy, ale też je sklejała. W dodatku osypywała się.
9. Odżywka do paznokci Eveline Maksymalny wzrost paznokci – Kolejna zużyta buteleczka i kolejna, która dała radę. Starczyła mi na jakieś 3-4 kuracje. Szkoda, że podczas ostatniej tak szybko gęstnieje i efekt nie jest już taki super.
10. Pomadka ochronna Maybelline Baby Lips Intensive Care – Zwykła pomadka do codziennego, domowego użytku. Bez szału, tak jak się spodziewałam.          
11. Patyczki do uszu Carea – Tradycyjnie w moim denku. Są dobre i tanie. No i mają funkcjonalne opakowanie :P
12. Płatki kosmetyczne Carea zielone – To również tradycja w moich zużyciach. Nie znam lepszych, więc nie kupuję już innych.

Jak widzicie, do większości produktów nie powrócę. Nie oznacza to jednak, że wszystkie okazały się bublami, ale nie zachwyciły mnie na tyle, aby zakupić je ponownie. 

Jak oceniacie swoje denka w 2014 roku? Jest progres w porównaniu do poprzednich lat? ;>