Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antyperspirant. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą antyperspirant. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 maja 2014

Antyperspirant na 5+

Od niedawna polubiłam antyperspiranty w spray’u. Wcześniej lubowałam się w kulkach, ale zauważyłam, że przestały zapewniać mi dostateczną ochronę, dlatego postanowiłam spróbować innej formuły. Chociaż zużyłam już kilka antyperspirantów w spray’u z różnych firm, cały czas szukałam swojego faworyta. Kiedy otrzymałam pod choinkę zestaw kosmetyków z Fa (pokazywałam tutaj), byłam bardzo ciekawa, jak spisze się antyperspirant Fa Sport Invisible Power, zwłaszcza że po przeczytaniu napisu „72 h”, pomyślałam sobie od razu: „Are you kidding me?” ;>


Od producenta: Odkryj niewidzialną ochronę aż do 72 h z antyperspirantem Fa Sport Invisible Power o nieograniczonej mocy! Formuła nie zawiera pudru. Przeciw białym, żółtym i tłustym plamom. Wstrząśnij dobrze przed użyciem. Dezodorant należy trzymać prosto 15 cm od skóry i rozpylać krótkimi seriami.

Opakowanie: Antyperspirant znajduje się w typowym dla tego typu produktów aluminiowym pojemniku z plastikowym dozownikiem w spray’u, do którego dołączona jest plastikowa zatyczka.  Fioletowo-biała szata graficzna jest skromna, ale mi to akurat nie przeszkadza.

Konsystencja: Spray.

Zapach: Można określić go jako „sportowy” – nie jest to na pewno zapach kwiatowy czy owocowy. Mimo, iż wg producenta nie zawiera pudru, to zapach jest dla mnie właśnie taki „pudrowy”, ale bardzo przyjemny. Jest intensywny przez co może kłócić się z perfumami.

Wydajność: Średnia.

Skład: Butane, Propane, Aqua, Aluminium Chlorohydate, Propylene Glycol, C10-13 Isoparaffin, Isobutane, Isopropyl Myristate, Dimethicone, Parfum, PEG/PPG-18/18 Dimethicone, Isoceteth-20, Phenoxyethanol, Hexyl Cinnamal, Alpha-Isomethyl Ionone, Geraniol, Citronellol, Butylphenyl, Methylpropional, Limonene, Cyclomethicone, Coumarin, Benzyl Alcohol.

Moja opinia: Jest to najlepszy antyperspirant jaki do tej pory miałam okazję używać! Nie przypuszczałam, że będzie aż tak skuteczny! Wiadomo, że nie uchroni naszych pach przed potem przez bite 3 dni, ale jest na pewno skuteczniejszy od zwykłych 24-godzinnych antyperspirantów. Nie uprawiam żadnego sportu, więc nie wiem jak spisywałby się w trakcie treningów, ale na moje zwykłe potrzeby dnia codziennego (a zdarza się też, że cały dzień latam po mieście) okazał się być bardzo dobry, nie odczuwałam z jego powodu jakiegokolwiek dyskomfortu. Nie podrażnił mnie ani nie pozostawiał na ubraniach żadnych śladów. Jedynie zapach był dla mnie trochę zbyt intensywny. Mimo tego ostatniego faktu, sportowy wariant antyperspirantu Fa zasługuje na 5 z plusem!

Dostępność: np. Rossmann
Pojemność: 150 ml
Cena: 8,49 zł (wg Rossnet)


Miałyście kiedyś tę wersję? Jaki antyperspirant jest Waszym ulubionym?:)

niedziela, 23 czerwca 2013

Owocowy antyperspirant w żelu

W prowadzeniu bloga z recenzjami kosmetycznymi widzę kilka zalet, a jedną z nich jest to, że w każdej chwili mogę powrócić do własnej opinii danego produktu, którego miałam okazję wcześniej używać, na wypadek gdybym (w skrajnym przypadku) uległa amnezji lub (bardziej prawdopodobne) posiadała wątpliwości czy dać owemu kosmetykowi drugą szansę. O antyperspirancie w żelu Lady Spped Stick Fruity Splash piszę po raz pierwszy i po raz ostatni (nie licząc denka). Po zakupie przypomniałam sobie wszelkie wady tego produktu, choć kiedyś posiadałam chyba inny wariant zapachowy, ale w tym przypadku różnica w zapachu nie ma akurat żadnego znaczenia.


Od producenta: Nowy dezodorant antyperspiracyjny w żelu Lady Speed Stick Fruity Splash zawiera stopniowo uwalniające się składniki, które skutecznie chronią przed potem i nieświeżym zapachem. Używany codziennie chroni przez 24 godziny 7 dni w tygodniu. Nie pozostawia białych śladów.

Opakowanie: Plastikowe i płaskie. Posiada pokrętło, które na początku mnie przeraziło, gdyż kręciłam nim w odpowiednim kierunku z dobre kilkanaście razy, a zawartość wcale nie chciała się wysuwać. Już myślałam, że kupiłam bubel, ale po chwili męczarni udało się osiągnąć cel. Jedyne, co spodobało mi się w opakowaniu, to kolorystyka, a w środku naklejona folia zabezpieczająca (od razu zerknęłam czy nikt nie maział się tym antyperspirantem).
Do tej pory irytuje mnie jednak etykieta (z tyłu), która już w drogerii była lekko odklejona, jednak ze względu na to, iż był to ostatni egzemplarz w drogerii, przymknęłam na to oko. To, co najbardziej wnerwia mnie w tym opakowaniu (żeby nie napisać dosadniej), to niefunkcjonalna zakrętka, z której wycieka żelowa zawartość, żeby po jakimś czasie zrobiła się glutowata i nie chciała się usunąć.

Kolor: Przezroczysty.

Konsystencja: Żelowa.

Zapach: Przyjemny, owocowy.

Działanie: Owy produkt nie satysfakcjonuje mnie pod względem skuteczności. Owszem, daje poczucie świeżości, ale nie chroni mnie przed potem na tyle, na ile bym chciała. Bardzo ładny zapach to dla mnie jego jedyna zaleta. Po dawnych doświadczeniach, tym razem korzystałam z niego na kilka, kilkanaście minut przed założeniem ubrania. Tylko raz zapomniałam poczekać i ten jeden raz wystarczył, żeby pozostał ślad na koszulce:/ Żel pozostawia również ślady pod pachami, bo bardzo, ale to bardzo je wysusza - wyglądają jak posypane białym pudrem:/ Nie polecam smarować pach tym antyperspirantem zaraz po goleniu - piecze:/

Wydajność: Średnia.

Dostępność: Hebe, Rossmann
Pojemność: 65 g
Cena: 6,99 zł (w promocji)


Preferujecie antyperspiranty z konsystencją żelową czy płynną? 

czwartek, 2 maja 2013

Kwietniowy Garbage 2013

Koniec starego i początek nowego miesiąca to zdecydowanie najbardziej ulubiony i wyczekiwany przeze mnie okres w blogosferze. Z każdej strony jestem zasypywana śmietnikowymi recenzjami, przez co nie nadążam z ich przeglądaniem i komentowaniem. Jak można podniecać się zawartością śmietnika? :O Ano można! Jestem tego najlepszym przykładem :D 
Mój kwietniowy Garbage prezentował się następująco:


Prysznico-wanna:
1. Żel pod prysznic Isana kwiat maku: Przyjemny świeży zapaszek, idealny na wiosnę. Szkoda, że tak słabo wydajny. Jestem na TAK, chociaż pewnie więcej go nie kupię - pochodził z edycji limitowanej, a poza tym mam mnóstwo innych żeli do zużycia. Recenzja tutaj.
2. Żel pod prysznic BeBeauty Spa Bali ekstrakt z owoców egzotycznych: Żel, który pachniał "egzotyczną" gruszką. A przede wszystkim, do cholery, był peelingiem (choć bardzo słabym), którego nienawidzę! Jestem na zdecydowane NIE. Recenzja tutaj
3. Musująca kula do kąpieli Body Club limonka & kawa: Fajny bajer do wanny. Bardzo chemiczny zapach limonki, bo o kawie nic mi nie było wiadomo... MOŻE wypróbuję inne wersje zapachowe. Recenzja tutaj.

Twarzo-głowa:
4. Krem Eveline Extra Soft Allergique: Stosowałam go jedynie do twarzy. Nie sądziłam, że będzie aż tak mega wydajny! Starczył mi dokładnie na 6 miesięcy! Można go zużyć do samego końca, dzięki funkcjonalnemu opakowaniu. Niestety, chwilowe uczucie ściągniętej skóry towarzyszyło mi przez cały okres jego aplikowania, dlatego raczej NIE kupię go ponownie. Recenzja tutaj, pochodząca jeszcze z początku prowadzenia bloga, której do tej pory nikt nie chciał skomentować :P
5. Nawilżająca odżywka do włosów Alterra (granat & aloes): Wielkie rozczarowanie. Obciążała włosy i odpychała zapachem. Niestety jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Higiena rączek i paszek:
6. Zimowe mydło do rąk Isana czar kominka: Przepięknie i intensywnie pachnące przyprawami korzennymi mydło. Zapach, choć krótkotrwały, to idealny na zimę. Szkoda, że nie miało kremowej konsystencji, bo słabo się pieniło. Jak widać na załączonym obrazku, posłuchałam rady i zaznaczałam sobie poziom zużycia, dzięki czemu korzystałam z niego tylko ja, a nie moje współlokatorki:] Jestem na TAK. Na pewno kupię ponownie, o ile uda się je dorwać za rok - niestety edycja limitowana:( Recenzja tutaj.
7. Antyperspirant NIVEA Invisible Clear: Nie brudził ubrań, delikatnie pachniał. Spełniał swoje zadanie. Jestem na TAK.

Miniaturki:
8. Preparat do demakijażu twarzy i oczu 3 w 1 Vichy: Natychmiastowo zmywał jedynie eyeliner, z tuszem trzeba było pomęczyć się dłużej, choć i tak nie robił tego dokładnie. Ciężko było wydobyć resztki z plastikowego opakowania - skutek: przecięty kciuk. Jestem na NIE.
9. Płyn micelarny do demakijażu oczu i wrażliwej skóry twarzy Vichy: Była to moja pierwsza przygoda z micelem i przyznam się, że bardzo przyjemna. Dobrze usuwał resztki makijażu oczu (demakijażu dokonuję za pomocą mleczka), choć stosowałam go głównie do twarzy. Bardzo fajnie ją oczyszczał i odświeżał. Przyjemnie pachniał mentolem. Jestem na TAK. Bardzo chętnie spróbowałabym pełnowymiarowej wersji, choć domyślam się, że jest droga.
10. Perfumy Christina Aguilera (nie wiem niestety jaka wersja): Zapach kobiecy, niezbyt intensywny. Niczym szczególnym nie wyróżniał się, nie przypadł mi do gustu. Szkoda, że nie było aplikatora, bo otwór był jednak duży. Jestem na NIE.

Próbki:
Słowem wstępu. Niektóre blogerki uważają, że nie powinno się recenzować próbek. Owszem, pisanie o efektach czy wydajności byłoby skazane na pośmiewisko, ale moim zdaniem nawet po jednorazowym użyciu można wyrobić sobie pewne zdanie na podstawie danej cechy produktu, która od razu zachęci lub zniechęci nas do zakupu pełnowymiarowego kosmetyku.

11. Krem nawilżający z mocznikiem Emoleum do skóry suchej, bardzo suchej i atopowej: Czułam lekkie ściągnięcie skóry twarzy, więc nie dam mu pełnowymiarowej szansy. Jestem na NIE.
12. Masło do ciała Tutti Frutti karmel & cynamon: Przyjemna konsystencja, znacznie lepsza od orangutana. Niestety spotkałam się z tym, czego się obawiałam i co w ostateczności powstrzymywało mnie od dotychczasowego zakupu - pachniał zbyt intensywnie, za słodko:( MOŻE skuszę się na niego w zimie.
13. Szampon łopianowy włosy tłuste z tendencją do łupieżu Herbal Care Farmona: Śmierdział zielskiem, więc zdecydowanie nie dla mnie. Nie starczył na umycie całej głowy (7 ml), więc musiałam wspomóc się innym szamponem. Miał gęstą konsystencję. Jestem na NIE.
14. Balsam odżywczy do ciała oliwkowy Herbal Care Farmona: Pomimo mojej niechęci do oliwki, była to całkiem przyjemna aplikacja. Dobrze się rozsmarowywał i nawilżył kawałek skóry, który nim posmarowałam. Raczej NIE kupię, bo wolę inne zapachy. 
15. Balsam mineralny nawilżająco-regenerujący Aqualia Thermal Vichy: Bardzo fajny balsam, który zużyłam do posmarowania twarzy. Miał tłustą konsystencję, aczkolwiek bardzo łatwo można było ją rozprowadzić. Spowodował niesamowity efekt - czułam, że moja skóra była bardzo aksamitna i gładka. Troszkę przeszkadzał mi zapach, choć producent zapewnia, że balsam nie zawierał środków zapachowych. Jestem na TAK, choć pewnie nie będzie mi dane skorzystać z pełnowymiarowej wersji ze względu na cenę.

Kolorówka:
16. Konturówka do oczu Avon Blackest Black: Zakupiłam ją w celu podkreślania linii wodnej oka, ale nie nadawała się do tego zupełnie. Dzięki temu zaczęłam rysować kreski na powiekach, które niestety wychodziły zbyt grube, gdyż konturówki nie dało się temperować - była wykręcana. Kreski nie były zbyt trwałe i odbijały się niekiedy na górnych powiekach. Dlaczego mimo wszystko jestem na TAK? Bo była wygodna w użyciu - nie lubię temperować kredek. Recenzja tutaj
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak to działa :D Jeśli jesteście zainteresowane jak wygląda konturówka od środka, to spójrzcie poniżej :D
Byłam pewna, że zużyłam ją do końca, a jednak ostał się kawałeczek. Dało się nim jeszcze narysować kreski, a przy okazji wsadziłam go sobie do oka:] 
17. Żelowa kredka do oczu Avon Super Shock Black: Bardzo ją lubię, pomimo że niekiedy doprowadza mnie do szału. Bardzo dobrze podkreśla linię wodną, na powieki również się nadaje. Kreski są długotrwałe, aczkolwiek rozmazują się:( Temperowanie tej kredki to istna katorga! Rysik jest bardzo miękki (w końcu to "żelowa" kredka), przez co bardzo szybko ulega zmaltretowaniu w kontakcie z temperówką:(  Ogólnie jestem na TAK.

Używałyście powyższych produktów? Jakie macie o nich zdanie? Chętnie poczytam:)

poniedziałek, 4 marca 2013

Lutowy Garbage 2013

Na początek - wow! Osiągnęłam pierwszą magiczną liczbę 50, zarówno w ilości postów, jak i obserwatorów! Dziękuję:* I oczywiście zapraszam do dalszego zaglądania, czytania, komentowania:)

Dzisiaj czas na garbagowy post. Prawie do końca miesiąca w mojej reklamówce przeznaczonej do przechowywania zużytych opakowań znajdowały się tylko dwie próbki. "Ale siara" - myślałam. Jednakże przez ostatnich kilka dni udało mi się wykończyć parę produktów. Nie będę usprawiedliwiać tego stanu rzeczy krótszym miesiącem (jak niektóre blogerki ;>), bo dwa dni to żadna różnica. Styczeń obfitował w wiele pustych opakowań, stąd w lutym pootwierałam dużo nowych produktów, z których niekoniecznie codziennie korzystałam. W dodatku, po zakończonej sesji pojechałam na tydzień do domu i nie zabierałam ze sobą prawie żadnych kosmetyków, bo  mój bagaż i tak był pokaźny. Czy moje tłumaczenia są wystarczające? :P


1. Próbka delikatnie myjącego mleczka do twarzy Madara: 

Kremowa, gęsta konsystencja o biało-żółtawym kolorze. Zużyłam je też do demakijażu oczu i dosyć dobrze sobie z tym poradziło.  Nie podrażniło mojej skóry, w końcu to "ecoface" :P Fajnie pachniało truflami :P Był to bonus do zamówienia, ale chętnie wypróbowałabym pełnowymiarowe opakowanie.









2. Próbka toniku do twarzy Madara:

Co za bubel! Próbka mogłaby być w jakiejś buteleczce, bo po przecięciu opakowania, połowa wylała mi się na rękę. Tonik walił alkoholem na kilometr! W sekundę pojawiło się uczucie ściągniętej skóry, dlatego od razu wylałam wszystko do zlewu. A niby taki "eco", pfff! Nie chcę go więcej!








3. Antyperspirant Fa Pink Passion:

Był jednym z moich ulubionych antyperspirantów. Z powodu  podrażnienia i wysuszenia skóry nie kupię go ponownie. A szkoda, bo zapach miał piękny:( Recenzja tutaj.










4. Balsam do ciała Naturia z kiwi:

Fajny, delikatny balsam. Pomimo, że krótkotrwale nawilżał skórę i wkurzała mnie niepraktyczna zakrętka, to dla samego zapachu może kupię ponownie. Recenzja tutaj.










5. Łagodzące mydło do higieny intymnej Green Pharmacy (szałwia): 

Zdarzyło się z 2-3 razy, że czułam przez nie podrażnienie. Samo w sobie było ok, ale nie podobał mi się zapach suszonych śliwek :P Nie kupię ponownie. Recenzja tutaj.










6. Żel pod prysznic Isana cranberry & white tee: 

Rozczarował mnie. Pachniał mało intensywnie, a do tego strasznie wysuszył moją skórę:( Nie kupię ponownie. Recenzja tutaj.










7. Odżywka do włosów Timotei with Jericho Rose (głęboki brąz):

Nie wiem po co ją kupiłam. Nic nie zrobiła z moimi farbowanymi włosami. Mało wydajna. No i ten smród! Bleee! Na pewno nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)






8. Mydło do rąk Isana mango & orange:

Mydło prawie idealne. Dobrze myło, pieniło się, nie kleiło rąk.  Najważniejsze, że zapach utrzymywał się bardzo długo na dłoniach. Nie podpasował mi jednak zapach multiwitaminy, ale myślę, że spróbuję innych wersji. Recenzja tutaj.

niedziela, 24 lutego 2013

Aaałaa, czyli degradacja antyperspirantu od Fa

Dawno, dawno temu posiadałam antyperspirant Fa Pink Passion. Nie pamiętam, ile sztuk zużyłam, ale na pewno nie było ich zbyt wiele. Kojarzyłam natomiast piękny, jak na antyperspirant w kulce, zapach oraz pewien mankament. Po bardzo, ale to bardzo długim czasie postanowiłam przekonać się czy ów niemiły aspekt występuje nadal.

Opakowanie:  Przyglądając się opakowaniu w domu, stwierdziłam, że coś mi tu nie pasuje. Zorientowałam się, że kiedyś było inne. Miało troszkę inny kształt oraz było prześwitujące, dzięki czemu zawartość była widoczna. Etykieta także uległa małym przeobrażeniom. Na lepsze. Obecna wersja opakowania również jest mała, plastikowa i, na moje nieszczęście, różowa. Ma dosyć dziwny kształt, co jednak nie przeszkadza w jego wygodnym trzymaniu w ręce. Kulka nie zacina się.
Konsystencja: Ciężko jest mi ją określić poprzez nieprzezroczyste opakowanie. W starej wersji przybierała ona formę płynną. Podejrzewam, że teraz jest tak samo.

Kolor: Brak. Zawartość jest przezroczysta.
Zapach: Delikatny, ale piękny. Mój nos wyczuwa nutę kwiatową, co potwierdza napis na etykiecie. To właśnie z powodu zapachu ten antyperspirant zajmował u mnie miejsce na podium. Konkretnie: drugie. 

Działanie: Właśnie dobrnęliście do kwestii mankamentu. Wcale nie zapomniałam z jakiego powodu już tak dawno nie zakupywałam tego produktu. Niestety, w tym przypadku czas nie leczy ran. Dosłownie. Nie wiem dlaczego antyperspirant strasznie podrażnia moją skórę. I nie ma to akurat znaczenia czy skóra pach jest świeżo po depilacji, czy też przez kilka dni nie widziała na oczy maszynki do golenia. Każde zetknięcie ze skórą wywołuje pieczenie! W pierwszym przypadku - cholerne, w drugim - trochę mniejsze. Być może jest to kwestia składu. Nie wiem, nie znam się na tym. Ale tym bardziej wkurza mnie zamieszczony na etykiecie napis "skin-friendly". Dodatkowo, produkt strasznie wysusza skórę. Pod pachami mam jedną wielką Saharę w postaci białego okręgu. Następnym razem nie będę miała już dylematu czy zakupić kolejną różową "kulkę". Niestety, chyba muszę stwierdzić oficjalnie, że antyperspirant Fa Pink Passion został właśnie zdegradowany i znalazł się poza podium.

Wydajność: Średnia. Starcza na jakieś 3-4 tygodnie.

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 50 ml
Cena: 6,39 zł (w promocji)

niedziela, 3 lutego 2013

Styczniowy Garbage 2013

Zauważyłam, że w blogowej sferze najbardziej lubię oglądać posty denkowe. To śmieszne, że tak bardzo cieszy mnie widok plastikowych opakowań :P Może jest tak dlatego, że mam pewność, iż dana blogerka w pełni (czasem nie) zużyła dany produkt i jej recenzja może być bardziej rzetelna, dzięki czemu zachęci/zniechęci mnie do jego zakupu.
Moje pierwsze zużycia w tym roku wprawiły mnie w osłupienie. Po raz pierwszy (od momentu założenia bloga) udało mi się wykończyć aż tyle kosmetyków! Jestem z siebie dumna :D Przynajmniej zmniejszyło to moje wyrzuty sumienia po styczniowych zakupach, które pojawiają się w następnym poście :P


Poniżej znajdziecie moje krótkie opinie na temat zawartości styczniowego garbagu:

1. Mydło w płynie Luksja (róża & mleko):


Jest to pierwsze mydło z Luksji, jakie miałam okazję wypróbować. Posiadało przyjemną kremową konsystencję. Pieniło się, zapach przeciętny. Niestety nie zauważyłam, że zawartość uzupełniacza wynosiła jedynie 400 ml. Standardowo, skończyło się błyskawicznie, więc słaba wydajność. Nie kupię ponownie.

Dostępność: Rossmann, Real, Astor
Cena: 3,69 zł (w promocji)
2. Mleczko do demakijażu BeBeauty (skóra normalna i mieszana):


Z sentymentem patrzę na to opakowanie, które nie będzie już dostępne, bo jak za pewne wiecie, w Stonce możemy spotkać już tylko nowe wersje. Mleczko odpowiada moim potrzebom, choć mogłoby być doskonalsze. W każdym razie  kupię je ponownie! Nie zmieniam firmy, bo chcę uniknąć podrażnień oczu. Recenzja tutaj
3. Patyczki do uszu:


Nie piszę "bagietki", bo znowu kogoś rozśmieszę :P Szkoda, że już się skończyły. Mimo, iż zakupione w supermarkecie, były dla mnie idealne! Miałam je od września. Oprócz czyszczenia uszu służyły mi do korekcji makijażu. Miały cieniutkie zakończenie. Dodatkowym walorem było opakowanie, które po przyciśnięciu, otwierało się w połowie, dzięki czemu nie trzeba było podnosić całej "klapy" i unikało się wysypywania patyczków. Pudełeczko sobie zachowałam i przesypałam do niego patyczki z innej firmy. Na pewno kupię ponownie!
Dostępność: Real
Pojemność: 200 sztuk
Cena: ok. 2 zł

4. Odżywka do włosów Timotei with Jericho Rose (Lśniący blask):


Poza ładnym zapachem nie zachwyciła mnie. Denerwowała mnie zakrętka (jak w całej serii) i bardzo słaba wydajność. Na pewno nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)
5. Perfumy Adidas Fruity Rhythm:


Zapach przeciętny. Ulatniał się po kilkunastu minutach! Wielkie rozczarowanie - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
6. Antyperspirant Dove Go Fresh (grapefruit & lemongrass):


Mleczny kolor i zapach spoconej trawy cytrynowej skutecznie zniechęcił mnie do tego produktu - nie kupię ponownie! Recenzja tutaj.
7. Zimowy krem do rąk Cztery Pory Roku (bawełna norweska & imbir):


Jak na małą tubkę, był wydajny. Do samego końca irytował mnie zapach tabletek Strepsils:] Nawet szybko się wchłaniał. Nie rozgrzewał. Recenzja tutaj. Zmieniłam zdanie co do skuteczności - nie radził sobie jednak z bardzo suchą skórą, nawilżał na krótką chwilę, stąd na pewno nie kupię ponownie! 
8. Żel pod prysznic Original Source (Orange & Liquorice):


Totalne zaskoczenie co do zapachu, który okazał się karmelowy :P Wszystko genialne oprócz marnej wydajności! Kupię ponownie, ale myślę, że dopiero za rok, by umilić sobie zimowe kąpiele;) Recenzja tutaj.
9. Masło do ciała Tutti Frutti (Liczi & Rambutan):


Przeżyłabym wszystkie jego mankamenty, ale czarne kropko-kreski były ponad moją cierpliwość! Wykończyłam je całe i nie zamierzam się z nim więcej użerać - nie kupię na pewno! Plusem było dobre nawilżenie i nawet wydajność, o której zmieniłam zdanie. Recenzja tutaj.
10. Szampon do włosów Elisse (włosy suche i zniszczone):


Totalne zaskoczenie! Bardzo tani i mega wydajny szampon! Przyjemny zapach. Polepszył stan moich włosów - przestały rozdwajać mi się końcówki!:) Na pewno kupię ponownie! Recenzja tutaj.
11. Błyszczyk AVON:


Ciężko wypowiadać mi się na jego temat, gdyż dostałam go od koleżanki tydzień temu. Spontaniczny "prezent", długo by tłumaczyć :P Stan dosłownie terminalny, bo użyłam go może parę razy - końcówka nie sięgała dna. Miał powiększać usta, czego oczywiście nie robił, za to nieprzyjemnie szczypał. Co gorsza - śmierdział jakby śliwką (nie wiem jaki pierwotnie miał zapach :P). Jedynym plusem był przyjemny pędzelek, co mnie zaskoczyło, bo dotychczas spotykałam się jedynie z aplikatorami w formie gąbek. Może wypróbowałabym inne wersje zapachowe.
12. Fluid VICHY Aerateint Pure (nr 23):


Zupełnie zapomniałam, że posiadam pełnowymiarową wersję! Przywiozłam ją sobie z domu, a tu zonk, bo okazało się, że resztki, które zostały na dnie, zaschły :P I na marne było wiezienie opakowania tyle kilometrów :P Krótka recenzja, co prawda próbki, znajduje się tutaj. Przyjęłabym go ponownie, jednak sama bym go nie zakupiła.
13. Żel pod prysznic Original Source (Lemon & Tea Tree):

Glut o zapachu cytrynowej galaretki. Skończył się w mgnieniu oka. Nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Cena: 6,99 zł (w promocji)
14. Atomizer Puma Jamaica (żółta):


Mój ukochany zapach! Nie wiem, które to już puste opakowanie. Niestety, pozostaje mi jedynie forma atomizera, bo bardzo ciężko zdobyć w Polsce perfumy 40 ml! Na pewno kupię ponownie, ale czekam na jakąś promocję :D
I to by było na tyle. Jak widzicie, wiele z w/w kosmetyków mnie rozczarowało, dlatego nie kupię ich ponownie. Jeszcze raz podkreślę, że jestem bardzo zadowolona z ilości zużyć. Chciałabym, żeby w kolejnych miesiącach było podobnie, choć podejrzewam, że ciężko będzie utrzymać ten poziom :P

piątek, 1 lutego 2013

Nie wszędzie trawa cytrynowa pachnie tak samo!

W zapachu trawy cytrynowej zakochałam się dzięki antyperspirantowi Nivea (recenzja tutaj). Uzupełniając zapasy, chciałam spróbować jakiegoś nowego specyfiku pod paszki. Któregoś dnia natrafiłam na promocję antyperspirantu Dove go fresh (grapefruit & lemongrass). Postanowiłam sprawdzić, czy zapach ten, choć pod inną marką, nadal będzie mnie urzekał. 


Opakownie: Kształt ciężki do określenia. Trochę jajowaty, aczkolwiek splaszczony. Nie mniej jednak opakowanie jest bardzo poręczne. 

Kolor: Mleczny! Że też nie pomyślałam, że przy nieprzezroczystym opakowaniu mogę natknąć się na nieprzezroczystą zawartość. Cóż, rysunek trawy cytrynowej przyćmił mój rozum w chwili zakupu... Nienawidzę mlecznych antyperspirantów! Oczywistym jest, że i wersja Dove pozostawia białe plamy na ubraniach. Z tego też powodu staram się używać jej jednak przed założeniem koszulki i czekam do całkowitego wyschnięcia.
Konsystencja: płynna.

Zapach: Od razu przyznam, że trawa cytrynowa z Nivea jest o wiele bardziej przyjemniejsza! W Dove zapach ten pachnie trochę inaczej, co nie oznacza, że jest o wiele gorszy. Bynajmniej tak mi się wydawało na początku korzystania z tego antyperspirantu... Aktualnie jest na wykończeniu i muszę stwierdzić, że kiedy zużyłam jego połowę zauważyłam coś dziwnego. W ciągu dnia czy nawet po wieczornej kąpieli zastanawiałam się, czemu nadal czuć ode mnie potem. Po powąchaniu kulki znalazł się winowajca! Zapach zmienił się tragicznie! Gdybym miała go opisać, użyłabym określenia "spocona trawa cytrynowa"! :| Może zadziało się tak przez połączenie z grejpfrutem? Na początku jednak ten drugi owoc zupełnie nie był wyczuwalny. Nie wiem jaka jest przyczyna zmienionego stanu, ale przecież nie mogłam spocić się po kąpaniu!

Etykieta: Zaczęła mnie denerwować po jakimś czasie, gdy zaczęła się odklejać...
  

... żeby zamienić się obecnie w coś takiego:


Rozumiem, że producent nie jest w stanie zamieścić na tak małym opakowaniu wielu informacji i ciekawym pomysłem jest przetłumaczenie treści na kilka języków, no ale...! Na pewno chciał też przy okazji zaoszczędzić, ale co mu z tego, jak właśnie stracił klienta. Ogólnie etykieta okazała się być 4-warstwowa, a po zerwaniu trzech części oczywiście cały tył opakowania się klei:]

Działanie: Niestety, antyperspirant wysusza skórę, choć w średnim stopniu. Pozostawia też na niej białe ślady. Mam wrażenie, że o wiele bardziej zmniejsza wydzielanie potu niż Nivea, bo wystarczy, że użyję go ok. 2-3 razy dziennie. Ale co mi z tego, skoro i tak czuć tym potem :|

Wydajność: Średnia.

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 50 ml
Cena: 8,99 zł (w promocji)

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Grudniowy Garbage

Przeglądając denkowe posty co poniektórych blogerek, moja radość z każdego zużytego opakowania zmalała. Ja nie wiem jak one to robią, że wykańczają aż tyle kosmetyków. Używają ich kilka razy dziennie, czy jak? :P

W grudniu udało mi się wrzucić do garbagu "tylko" poniższe produkty: 



1. Żel do higieny intymnej Intimea:



Kolejne zużyte opakowanie, nie wiem już które, bo nigdy ich nie liczyłam. Recenzja tutaj. Bardzo chwalę sobie ten żel. Na pewno kupię ponownie, chociaż trochę mi się już znudził i teraz zaopatrzyłam się w coś innego.









2. Odżywka do włosów Schauma Krem i Olejek:


Włosowe odkrycie roku! Genialna odżywka! Włosy były miękkie i łatwo się rozczesywały, a końcówki faktycznie przestały się rozdwajać! No i ten odurzający, orientalny zapach... ubóstwiam go! Niestety była za mało wydajna:( Co nie zmienia faktu, że na pewno kupię ją ponownie. Recenzja tutaj.








3. Żel pod prysznic Kult Mandarine & Grapefruit:



Fajny żel o przyjemnym zapachu za śmieszne pieniądze. Jego mała ilość wystarczała na wytworzenie się dużej ilości piany, dzięki czemu był bardzo wydajny. Chyba mnie lekko podrażniał. Nie mam pewności czy to jego wina, dlatego eksperymentalnie kupię ponownie. Recenzja tutaj.








4. Żel do higieny rąk Akumina:

Jakież to ciekawe próbki można odnaleźć w swojej szafie, do których rzadko się zagląda :D Cel: zobaczenie co to w ogóle jest + zdenkowanie. Żel przydatny w miejscach, w których nie ma dostępu do wody i mydła (czyt. pociąg chociażby :P). Miałam wrażenie, że zadziałał szybciej niż w 15 sekund (jak zapewnia napis na opakowaniu), ale uczucie poklejonych rąk niestety trwało dłużej. W dodatku miał eliminować "nieprzyjemny zapach rąk", a moim zdaniem taki właśnie zapach miało się po jego zastosowaniu, choć bardziej pasowałoby tu określenie obrzydliwy klozetowy smród. Jeśli ktoś lubi zapach środków dezynfekujących podłogi czy urządzenia sanitarne to proszę bardzo, ale ja na pewno więcej nie użyję tego produktu! Chwała, że nie był on pełnowymiarowy! :P

Pojemność: 2 ml


5. Antyperspirant Nivea Energy Fresh:


Moja ukochana trawa cytrynowa zużyła się po raz n-ty. Teraz dla urozmaicenia mam aż 3 inne antyperspiranty, ale i tak wiem, że na pewno kupię go ponownie, bo jest moim numerem 1 wśród produktów pod paszki! Recenzja tutaj.









6. Kremowe mydło w płynie Cien pomarańcza & biała herbata:

Miałam poświęcić mu osobną notkę, ale od razu po zakupie zaczęłam go używać i jakoś tak głupio było mi robić zdjęcia resztek :P W każdym razie mało się pieniło, ale przynajmniej nie pozostawiało efektu poklejonych rąk, z czym miałam ostatnio problem przy innych mydłach. Przyjemny pomarańczowy kolorek, ale samej pomarańczy tam nie czułam - prędzej zapach herbaty z plastrem cytryny;) Z tego też względu nie kupię go ponownie, bo nie lubię takiej herbaty (oczywiście mydła nie piłam :P), ale może wypróbuję inną wersję zapachową, bo w swojej pseudo kremowej konsystencji nie było aż takie złe. 

Dostępność: Lidl
Pojemność: 500 ml
Cena: 3,99 zł


7. Krem Vichy Nutriextra:

Chwalmy niebiosa! Zdenkowałam go! :D A cóż za katorgi przeżywał mój nos... Dla niewtajemniczonych recenzja tutaj. Dokonałam nawet heroicznego czynu i przecięłam opakowanie pod koniec użytkowania, żeby wydobyć z niego wszystko :D Zapytacie pewnie po kiego grzyba męczyłam się z nim i zwyczajnie go nie wywaliłam. A no właśnie dlatego, że "w tym domu nic się nie może zmarnować" :P Nie lubię wyrzucać kosmetyków, zwłaszcza, gdy dostaję je od kogoś. Gdyby nie ten paskudny zapach to byłby chyba moim ulubionym kremem... W każdym razie mówię mu never again!






8. Mleczko Vichy Nutriextra:

O zgrozo, znalazłam we wspomnianej już szafie kolejny Nutriextra! Domyślcie się, jaką musiałam mieć wtedy minę :P Jeszcze żadnego kosmetyku nie denkowałam tak błyskawicznie :D Próbka zamieszkiwała moją szafę z tego względu, że na opakowaniu zamieszczony był napis "fluid", przez co myślałam, że jest to podkład do twarzy hahaha :D Po przeżyciach z kremem chciałabym, żeby okazał się być tylko fluidem. Niestety, rozcinając próbkę, od razu ujrzałam biały kolor. Dla sprawdzenia mojej wyrobionej opinii powąchałam zawartość. Dalej ten sam smrodek, choć mniej intensywny. Jeszcze w tym samym dniu po kąpieli zużyłam mleczko. No i tutaj zaskoczka. Konsystencja o wiele przyjemniejsza i delikatniejsza niż w kremie. Ok, wydaje się normalne, ale zonk był przy zapachu... bo jak już się posmarowałam to zapach tak jakby przestał mi przeszkadzać. Nie mówię, że zupełnie, ale tak jakby nawet mi się spodobał (nie wierzę, że to piszę! :P). Co by nie było, wolę pozostać jednak przy negatywnej opinii na temat zapachu Nutriextra, pod jaką postacią by nie był :P I z pewnością również mówię żegnam!

Pojemność: 7 ml


Macie/miałyście coś z w/w? Polecacie jakieś zamienniki?;)

Ps. Z poprzednich odpowiedzi pod notką o Liebster Award wyszło, że nie tylko ja jestem śpiochem, pizzożercą i laptopo-blogowym maniakiem! Uff...;)