Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsam do ciała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą balsam do ciała. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 października 2015

Ciasteczkowa perełka od Balea

Będąc zeszłej jesieni w DM, chciałam kupić sobie jakiś nowy balsam do ciała w tubce z Balea. Balsam z letniej edycji sprawdził się u mnie doskonale, więc nie miałam oporów przed zakupem innej wersji. Niestety, zapachy zimowej edycji nie przypadły mi do gustu, więc musiałam poszukać czegoś innego. Moim oczom ukazał się balsam do ciała Balea z olejkiem migdałowym. Opakowanie wyglądało zwyczajnie (nie tak kolorowo jak np. żele), więc sięgnęłam po niego bez przekonania i nie sądziłam, że aż tak zawróci mi w głowie!  
Od producenta:
Opakowanie: Duża tubka wykonana z matowego plastiku, dzięki czemu łatwo trzyma się ją w dłoniach, z zakrętką na „klik”. Na etykiecie widnieją migdały i orzechy marula skąpane w olejku oraz wszelkie niezbędne informacje od producenta.

Konsystencja: Kremowa.
Kolor: Biały.

Zapach: Ciasteczkowy, maślany.

Skład:
 
Moja opinia: Pierwsze, co przykuło moją uwagę w tym balsamie to zapach! Boże, jak ten balsam pachnie!!! Ja wyczuwam w nim maślane, słodkie ciasteczka :D W sumie pachnie bardzo podobnie do szamponu i odżywki do włosów z linii profesjonalnej Balea Oil Repair (w ciemnych, brązowych tubkach), ale jest o wiele przyjemniejszy. Zapach jest intensywny i przez kilka godzin (!) utrzymuje się na ciele.
Konsystencja jest kremowa, więc bez problemu aplikuje się ją na skórę. Jest ona również bogata pod względem składu, ponieważ posiada 40%-ową zawartość oleju migdałowego i słonecznikowego. Z tego też względu balsam pozostawia po sobie lekko „olejkowaty” film (właściwie to bardziej pasuje tu określenie „olejkowata warstewka”). Nie jest tłusty, ale jest cały czas wyczuwalny na ciele, więc najlepiej poczekać chwilę na wchłonięcie i dopiero ubrać się w piżamy (raczej nie polecam stosować balsamu w dzień).
Balsam przeznaczony jest do suchej i wymagającej skóry, czyli akuratnie do mojej. Produkt naprawdę na długo nawilża, odżywia i zmiękcza skórę. Nie ma mowy o żadnych suchych miejscach czy podrażnieniach.
Niedawno z wielkim żalem skończyłam ten balsam. Oszczędzałam go jak tylko mogłam, ponieważ na etykiecie widnieje napis, że produkt pochodzi z edycji limitowanej. Żałowałam, że kupiłam tylko jedną sztukę, bo byłam pewna, że już więcej nie pojawi się na półkach w DM. Jakież było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się od jednej dziewczyny mieszkającej w Niemczech, że balsam pojawia się sezonowo na jesień co rok! :D Ja raczej w tym roku nie wybiorę się już do Niemiec, ale jeśli Wy macie okazję, to kupujcie go w ciemno!;)
Podsumowując, uważam, że balsam sprawdzi się tak naprawdę u każdego, nawet u posiadacza normalnej skóry, ale trzeba mieć na uwadze bogatą konsystencję, bo nie każdemu może spodobać się „warstewka”, którą pozostawia po sobie. Jednak ciasteczkowy zapach wygrywa wszystko i można przymknąć na to oko;) Szkoda, że balsam jest dostępny sezonowo, ale gdy za rok uda mi się na jesień pojechać do DM, to obowiązkowo zakupię kilka sztuk!

Dostępność: DM, online.
Pojemność: 200 ml
Cena: 1,75 €

Lubicie balsamy Balea? Które jeszcze balsamy z DM możecie polecić ?

środa, 16 września 2015

To zupełnie nie moja bajka

Wzdychasz do kosmetyków zagranicznej firmy, której nie możesz kupić stacjonarnie w swoim mieście. Czytasz i słyszysz w Internetach same „ochy” i „achy” na temat tych produktów. Pragniesz je mieć i samemu przetestować, a kiedy masz już taką możliwość, odczuwasz wielkie rozczarowanie pod każdym względem. Znasz to? Ja tak właśnie miałam z balsamem do ciała Bath & Body Works Midnight Pomegranate…
Od producenta: Midnight Pomegranate Shea & Vitamin E Body Lotion. Fiery pomegranate, purple iris and night musk. The perfect daily moisturizer: * Provides 16 hours of continuous moisture * Infused with Shea Butter and our Daily Moisture Complex of Vitamin E, Aloe and Vitamin B5 * Non-greasy formula absorbs quickly,leaving skin feeling soft, smooth and nourished.

[Moje & translatora Wujka Gugla tłumaczenie:] Midnight Pomegranate Shea & Vitamin E Balsam. Ognisty granat, purpurowy irys i piżmo. Idealne dzienne nawilżenie: *zapewnia 16 h ciągłego nawilżenia *zawiera masło shea oraz dzienny kompleks nawilżenia witaminy E, aloesu i witaminy B5 *nietłusta formuła szybko się wchłania, pozostawiając skórę miękką, gładką i odżywioną.

Opakowanie: Przezroczysta buteleczka wykonana z twardszego plastiku, z plastikowo-metalową zakrętką typu „press”, na której umieszczona została nazwa firmy. Na przedniej etykiecie widnieje kwiat irysa oraz owoc granatu.
Konsystencja: Kremowa.

Kolor: Jasny róż.

Zapach: Owocowo-kwiatowy, intensywny.

Skład: 
Moja opinia: Nawet nie wiem od czego zacząć, bo wszystko jest na „nie” w tym produkcie… Ale ok, zacznijmy, jak to się mówi „od początku”. Balsam ma całkiem fajne i ładne opakowanie, ale posiada zakrętkę typu „press”, której bardzo nie lubię. Co ciekawe, widziałam w Internecie różne etykiety i kształty tego balsamu, więc nie wiem, czy mój egzemplarz zalicza się do starszej, czy nowszej wersji.
Konsystencja jest kremowa i średnio gęsta, jak na balsam przystało. Podoba mi się w niej to, że nie osadza się na ściankach opakowania, tylko spływa równomiernie wraz ze zużyciem. Niestety, w kontakcie ze skórą, konsystencja okazuje się być lepka i choć łatwo rozprowadza się ją na ciele oraz szybko się wchłania, to pozostawia po sobie nieprzyjemny film.
Zapach od początku nie trafił w moje gusta. Wiem, że wielu osobom się podoba, ale dla mnie okazał się nietrafioną mieszanką owocowo-kwiatową. Słyszałam, że zapachy kosmetyków Bath & Body Works są intensywne, ale nie spodziewałam się, że aż tak! Zapach balsamu jest również bardzo intensywny, co okazało się nad wyraz męczące, ponieważ ubrania są nim automatycznie przesiąknięte, a do tego nie ma sensu aplikować swoich perfum, bo i tak ich nie będzie czuć. Z tego względu, postanowiłam smarować balsamem jedynie swoje nogi.
W działaniu balsam okazał się być bardzo słaby. Owszem, może i skóra jest gładka, ale na pewno nie jest nawilżona czy odżywiona. Właściwie, to bym powiedziała, że balsam oblepia skórę, choć parafiny nie zawiera. Zresztą, nie ma się co dziwić jego słabym właściwościom, skoro wysoko w składzie, bo już na piątym miejscu, znajduje się zapach, a za nim prawie 30 kolejnych czynników:]
Produkt ma nietypową jak na polskie warunki pojemność, bo zawiera 236 ml. Nietypowa i powalająca jest również cena, bo dla mnie przesadą jest wydać 50 zł na kosmetyk, którego używanie staje się tak naprawdę męczarnią a nie przyjemnością:/ Cieszę się, że sama go sobie nie kupiłam, tylko wygrałam kiedyś u Szarony, bo mocno żałowałabym wydanych pieniędzy.
Podsumowując, jestem zawiedziona tym produktem na każdym polu. Balsam nie zachwycił mnie dosłownie niczym i na pewno nie sięgnę po inne wersje. Chcę podkreślić jednak, że nie skreślam całkowicie marki Btah & Body Works, ponieważ z ich żelu antybakteryjnego jestem bardzo zadowolona, a mam jeszcze chęć wypróbowania m.in. ich mgiełki, żelu pod prysznic i świecy zapachowej.   
  
Dostępność: Bath & Body Works
Pojemność: 236 ml
Cena: 49 zł

Miałyście ten balsam? Jaką macie opinię o produktach Bath & Body Works?

wtorek, 18 czerwca 2013

Ekspresowy balsam do ciała

Choć uwielbiam chomikować swoje denka, to nie lubię, gdy niektóre produkty są tak mało wydajne, że szybko muszę dokupować kolejne zamienniki (poza żelami pod prysznic, bo to sama radocha móc testować te, których się jeszcze nie miało :D). Do takich kosmetyków zdecydowanie należą u mnie wszelkie mazidła do ciała. Spokojnie mogłabym trzymać w szafie ich całoroczne zapasy, bo standardowa pojemność 200-250 ml nie starcza mi na tyle, na ile bym chciała. Jest to też zależne od konsystencji, dlatego najmniej przepadam chyba za balsamami, które przy regularnej aplikacji znikają dość szybko. Mimo wszystko zdarza mi się je kupować, głównie ze względu na zapach.
Tym razem też szukałam jakiegoś ładnie pachnącego balsamu, ale już o większej pojemności. Z powodu marcowego bana, jaki sobie nałożyłam, ciężko było kupić coś aromatycznie ciekawego w niskiej cenie i w większym opakowaniu. Z odsieczą przyszedł mi ujędrniający balsam do ciała z kofeiną Synergen. Co prawda nie pachniał ani ładnie, ani właściwie w ogóle, to jednak kupiłam go, ponieważ był wycofywany, a ja mogłam przyoszczędzić.
Dlaczego produkt został wycofany? Tego do końca nie wiadomo, ale niektórzy wietrzyli w tym pewien spisek :P Będąc w jednym Rossie i natykając się na ów balsam, stwierdziłam, że kupię go w drugim Rossie, który znajduje się bliżej mojego mieszkania, bo przecież Neonowej odpadłaby ręka, gdyby wzięła go od razu:] Wchodząc do bliżej zlokalizowanej drogerii, od razu skierowałam się do regału z kosmetykami do pielęgnacji ciała. Przeraziłam się na widok faceta, który kierował swoje łapska w stronę przecenionych balsamów, a może bardziej na widok tylko pięciu sztuk. Facet macał opakowania z każdej strony, a ja zamiast podejść i capnąć jeden dla siebie, to grzecznie czekałam aż skończy prowadzić dialog ze sprzedawczynią, bo przecież Neonowa nie będzie rozpychała się łokciami z powodu jakiegoś mazidła. Facet zadawał sprzedawczyni mnóstwo pytań typu: Dlaczego wycofują ten balsam? Czy jest szkodliwy? Co z nim jest nie tak? Czy w ogóle ktoś go wcześniej kupił? Gdy kobieta ze stoickim spokojem (choć myślałam, że zaraz obie parskniemy śmiechem) próbowała rozwiać wszelkie wątpliwości klienta, iż balsam jest dobry a jego wycofanie jest bardziej jedynie kwestią marketingu firmy, ów meńczyzna dalej nie mógł tego pojąć. W końcu wpakował do koszyka dwie sztuki balsamu, po czym zwrócił się do swojej partnerki, która do tej pory niezauważona stała obok: "To ile chcesz tych balsamów? Dwa? Może weź sobie więcej, skoro jest taki tani. Eee trzy to za dużo, weź dwa". Na szczęście nie wykupili wszystkich, więc jedna sztuka została i dla mnie. Nie zdecydowałam się dodatkowo na dwie ostatnie, bo przez gadki tego faceta, sama zaczęłam wierzyć w teorię spiskową i obawiałam się skutków ubocznych po zastosowaniu ewentualnego bubla. A poza tym, jak ban to ban :P


Od producenta:

Opakowanie: Balsam znajduje się w wysokim, plastikowym białym opakowaniu z różową nakrętką. Po zużyciu 3/4 produktu, opakowanie stawiałam do góry nogami, gdyż zawartość nie chciała już tak swobodnie wypływać z wnętrza. A teraz popatrzcie na fragment przedniej etykiety: 
Widzimy tam długonogą (dałabym jej co najmniej 2 m wzrostu) kobietę o bardzo sztucznej twarzy (mega szerokie oczy, zamiast całego nosa widać jedynie dziurki, usta jak po wstrzyknięciu botoxu, a z policzków odessany tłuszcz), przyjmującej pozę siedzenia na łazienkowym tronie. Czy ta pani kogoś Wam nie przypomina? Bo mi już po pierwszym spojrzeniu skojarzyła się z:
Sorry Weronika :P (źródło drugiego zdjęcia)
Kolor: Biały

Konsystencja: Balsamowa :P Bardzo łatwo się ją rozprowadza.
Zapach: Neutralny i słabo wyczuwalny. Szybko ulatniał się ze skóry.

Działanie: Nie potrafię stwierdzić czy po zastosowaniu tego balsamu, skóra staje się jędrna, bo moja taka jest bez żadnych specyfików, dlatego też nie przywiązywałam uwagi do tej właściwości opisywanej przez producenta. Balsam dobrze nawilża ciało, nie pozostawia żadnych suchych miejsc. Przyznam, że rozbawiło mnie stwierdzenie na etykiecie, iż czas wchłaniania wynosi aż jedną minutę, bo jeszcze żadne mazidło do ciała nie wnikało w nie tak prędko. Tylko raz sprawdziłam z zegarkiem w ręku czy faktycznie tak jest. I wiecie co? Po upływie minuty był wyczuwalny lekki film na skórze. Dopiero po dwóch minutach wchłonął się całkowicie :D Nawet bez dokładnego mierzenia czasu jestem zadowolona z tego kosmetyku, ponieważ po posmarowaniu nóg i wzięciu się za balsamowanie górnych partii ciała, można spokojnie założyć spodnie od piżam (jak kto woli: pidżam) :D Ogólnie jestem bardzo zadowolona z tego kosmetyku, bo obawiałam się jakiegoś uczulenia, a nic takiego mnie nie spotkało. Szkoda tylko, że nie pachniał jakoś owocowo. A największa żałość jest taka, że balsam został już wycofany:(

Wydajność: Starcza na 2,5 miesiąca.

Dostępność: Rossmann (produkt wycofany)
Pojemność: 400 ml
Cena: 4,99 zł (CND - Cena Na Do widzenia)


Miałyście ten balsam? Znacie jakieś ekspresowo wchłaniające się mazidła do ciała?:) 

czwartek, 2 maja 2013

Kwietniowy Garbage 2013

Koniec starego i początek nowego miesiąca to zdecydowanie najbardziej ulubiony i wyczekiwany przeze mnie okres w blogosferze. Z każdej strony jestem zasypywana śmietnikowymi recenzjami, przez co nie nadążam z ich przeglądaniem i komentowaniem. Jak można podniecać się zawartością śmietnika? :O Ano można! Jestem tego najlepszym przykładem :D 
Mój kwietniowy Garbage prezentował się następująco:


Prysznico-wanna:
1. Żel pod prysznic Isana kwiat maku: Przyjemny świeży zapaszek, idealny na wiosnę. Szkoda, że tak słabo wydajny. Jestem na TAK, chociaż pewnie więcej go nie kupię - pochodził z edycji limitowanej, a poza tym mam mnóstwo innych żeli do zużycia. Recenzja tutaj.
2. Żel pod prysznic BeBeauty Spa Bali ekstrakt z owoców egzotycznych: Żel, który pachniał "egzotyczną" gruszką. A przede wszystkim, do cholery, był peelingiem (choć bardzo słabym), którego nienawidzę! Jestem na zdecydowane NIE. Recenzja tutaj. 
3. Musująca kula do kąpieli Body Club limonka & kawa: Fajny bajer do wanny. Bardzo chemiczny zapach limonki, bo o kawie nic mi nie było wiadomo... MOŻE wypróbuję inne wersje zapachowe. Recenzja tutaj.

Twarzo-głowa:
4. Krem Eveline Extra Soft Allergique: Stosowałam go jedynie do twarzy. Nie sądziłam, że będzie aż tak mega wydajny! Starczył mi dokładnie na 6 miesięcy! Można go zużyć do samego końca, dzięki funkcjonalnemu opakowaniu. Niestety, chwilowe uczucie ściągniętej skóry towarzyszyło mi przez cały okres jego aplikowania, dlatego raczej NIE kupię go ponownie. Recenzja tutaj, pochodząca jeszcze z początku prowadzenia bloga, której do tej pory nikt nie chciał skomentować :P
5. Nawilżająca odżywka do włosów Alterra (granat & aloes): Wielkie rozczarowanie. Obciążała włosy i odpychała zapachem. Niestety jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Higiena rączek i paszek:
6. Zimowe mydło do rąk Isana czar kominka: Przepięknie i intensywnie pachnące przyprawami korzennymi mydło. Zapach, choć krótkotrwały, to idealny na zimę. Szkoda, że nie miało kremowej konsystencji, bo słabo się pieniło. Jak widać na załączonym obrazku, posłuchałam rady i zaznaczałam sobie poziom zużycia, dzięki czemu korzystałam z niego tylko ja, a nie moje współlokatorki:] Jestem na TAK. Na pewno kupię ponownie, o ile uda się je dorwać za rok - niestety edycja limitowana:( Recenzja tutaj.
7. Antyperspirant NIVEA Invisible Clear: Nie brudził ubrań, delikatnie pachniał. Spełniał swoje zadanie. Jestem na TAK.

Miniaturki:
8. Preparat do demakijażu twarzy i oczu 3 w 1 Vichy: Natychmiastowo zmywał jedynie eyeliner, z tuszem trzeba było pomęczyć się dłużej, choć i tak nie robił tego dokładnie. Ciężko było wydobyć resztki z plastikowego opakowania - skutek: przecięty kciuk. Jestem na NIE.
9. Płyn micelarny do demakijażu oczu i wrażliwej skóry twarzy Vichy: Była to moja pierwsza przygoda z micelem i przyznam się, że bardzo przyjemna. Dobrze usuwał resztki makijażu oczu (demakijażu dokonuję za pomocą mleczka), choć stosowałam go głównie do twarzy. Bardzo fajnie ją oczyszczał i odświeżał. Przyjemnie pachniał mentolem. Jestem na TAK. Bardzo chętnie spróbowałabym pełnowymiarowej wersji, choć domyślam się, że jest droga.
10. Perfumy Christina Aguilera (nie wiem niestety jaka wersja): Zapach kobiecy, niezbyt intensywny. Niczym szczególnym nie wyróżniał się, nie przypadł mi do gustu. Szkoda, że nie było aplikatora, bo otwór był jednak duży. Jestem na NIE.

Próbki:
Słowem wstępu. Niektóre blogerki uważają, że nie powinno się recenzować próbek. Owszem, pisanie o efektach czy wydajności byłoby skazane na pośmiewisko, ale moim zdaniem nawet po jednorazowym użyciu można wyrobić sobie pewne zdanie na podstawie danej cechy produktu, która od razu zachęci lub zniechęci nas do zakupu pełnowymiarowego kosmetyku.

11. Krem nawilżający z mocznikiem Emoleum do skóry suchej, bardzo suchej i atopowej: Czułam lekkie ściągnięcie skóry twarzy, więc nie dam mu pełnowymiarowej szansy. Jestem na NIE.
12. Masło do ciała Tutti Frutti karmel & cynamon: Przyjemna konsystencja, znacznie lepsza od orangutana. Niestety spotkałam się z tym, czego się obawiałam i co w ostateczności powstrzymywało mnie od dotychczasowego zakupu - pachniał zbyt intensywnie, za słodko:( MOŻE skuszę się na niego w zimie.
13. Szampon łopianowy włosy tłuste z tendencją do łupieżu Herbal Care Farmona: Śmierdział zielskiem, więc zdecydowanie nie dla mnie. Nie starczył na umycie całej głowy (7 ml), więc musiałam wspomóc się innym szamponem. Miał gęstą konsystencję. Jestem na NIE.
14. Balsam odżywczy do ciała oliwkowy Herbal Care Farmona: Pomimo mojej niechęci do oliwki, była to całkiem przyjemna aplikacja. Dobrze się rozsmarowywał i nawilżył kawałek skóry, który nim posmarowałam. Raczej NIE kupię, bo wolę inne zapachy. 
15. Balsam mineralny nawilżająco-regenerujący Aqualia Thermal Vichy: Bardzo fajny balsam, który zużyłam do posmarowania twarzy. Miał tłustą konsystencję, aczkolwiek bardzo łatwo można było ją rozprowadzić. Spowodował niesamowity efekt - czułam, że moja skóra była bardzo aksamitna i gładka. Troszkę przeszkadzał mi zapach, choć producent zapewnia, że balsam nie zawierał środków zapachowych. Jestem na TAK, choć pewnie nie będzie mi dane skorzystać z pełnowymiarowej wersji ze względu na cenę.

Kolorówka:
16. Konturówka do oczu Avon Blackest Black: Zakupiłam ją w celu podkreślania linii wodnej oka, ale nie nadawała się do tego zupełnie. Dzięki temu zaczęłam rysować kreski na powiekach, które niestety wychodziły zbyt grube, gdyż konturówki nie dało się temperować - była wykręcana. Kreski nie były zbyt trwałe i odbijały się niekiedy na górnych powiekach. Dlaczego mimo wszystko jestem na TAK? Bo była wygodna w użyciu - nie lubię temperować kredek. Recenzja tutaj. 
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła, jak to działa :D Jeśli jesteście zainteresowane jak wygląda konturówka od środka, to spójrzcie poniżej :D
Byłam pewna, że zużyłam ją do końca, a jednak ostał się kawałeczek. Dało się nim jeszcze narysować kreski, a przy okazji wsadziłam go sobie do oka:] 
17. Żelowa kredka do oczu Avon Super Shock Black: Bardzo ją lubię, pomimo że niekiedy doprowadza mnie do szału. Bardzo dobrze podkreśla linię wodną, na powieki również się nadaje. Kreski są długotrwałe, aczkolwiek rozmazują się:( Temperowanie tej kredki to istna katorga! Rysik jest bardzo miękki (w końcu to "żelowa" kredka), przez co bardzo szybko ulega zmaltretowaniu w kontakcie z temperówką:(  Ogólnie jestem na TAK.

Używałyście powyższych produktów? Jakie macie o nich zdanie? Chętnie poczytam:)

środa, 3 kwietnia 2013

Marcowy Garbage 2013

Balsam, krem, mydło, żel pod prysznic, balsam, krem, mydło, żel pod prysznic... i tak w kółko. Mam wrażenie, że popadam w rutynę, jeśli chodzi o przedmioty recenzji. Nie lubię umieszczać w comiesięcznym Garbagu opakowań produktów, których nie zdążyłam wcześniej opisać. Dlatego na co dzień dodaję posty o kosmetykach, które używam na bieżąco, tak aby pod koniec miesiąca tylko krótko je podsumować. W marcowych zużytkach przeważała (jak zwykle) pielęgnacja. 


Pielęgnacja:
1. Wygładzająco-nawilżający balsam do ciała Piękne Ciało Silk touch Soraya: Przeciętniak o marnej wydajności. Jestem na NIE. Recenzja tutaj.
2. Balsam do ciała Energia i świeżość owoców Cztery Pory Roku: Pięknie pachnący balsam w niefajnej tubce. Lekko podrażniał:( Ze względu na zapach jestem na TAK. Recenzja tutaj. 
3. Regenerujący zimowy krem do rąk Cztery Pory Roku (żurawina + miód + mleko): Wydajność to jedyna zaleta tego produktu. Nie regenerował skóry, a do tego nieprzyjemnie pachniał. Jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Prysznic:
4. Żel pod prysznic Original Source Lime: Mój drugi ulubiony OS. Choć zapach był zbyt intensywny i nie utrzymywał się na skórze w ogóle, to niesamowicie orzeźwiał. Największym zaskoczeniem były właściwości pielęgnujące! Jestem na TAK. Recenzja tutaj.

Makijaż:
5. Tusz do rzęs Essence Multi action: Moja najukochańsza maskara! Nie pamiętam kiedy ją kupiłam, ale używałam jej mimo, że już dawno upłynęło 6 miesięcy od momentu otwarcia opakowania :P Nie mogłam się z nią rozstać, ale w końcu nastał ten przykry moment... tusz zaczął zasychać i sklejać rzęsy. Jestem BARDZO na TAK. Kupię go ponownie, gdy wykorzystam inne tusze, bo inaczej i one wyschną na wiór :P 

Próbki:
6. Szampon do włosów Czysty Blask Garnier Fructis: Mył i przyjemnie pachniał :P Próbka starczyłaby na dwa umycia, ale ja nie chciałam się paćkać i wykorzystałam całą od razu :P MOŻE spróbowałabym ponownie.
7. Krem przeciwzmarszczkowy Gerovital Plant: Nie sądziłam, że powinnam zacząć używać kremu przeciwzmarszczkowego, mając prawie 24 lata :P Cóż, skoro wygrałam próbki, to je wykorzystałam :P Krem o dziwo pozytywnie mnie zaskoczył, bo nie podrażnił mojej skóry (zawsze mam pietra przy nowościach). Miał przyjemną konsystencję i zapach. Jestem na TAK. Z chęcią wypróbowałabym pełnowymiarowy produkt:)
8. Krem ochronny Alantandermoline z witaminą A i E: Bardzo dobry krem, który znam od dawna w pełnym wymiarze. Jestem oczywiście na TAK. Recenzja tutaj.

niedziela, 31 marca 2013

Owocowe upojenie...

Chyba z półtora roku temu moją uwagę w hipermarkecie zwrócił na siebie kolorowy balsam. Wołał w moim kierunku: "Weź mnie, weź mnie, sprawdź jak pięknie pachnę" :D O tym, czy mówił prawdę, przekonacie się za chwilę :P W tamtym czasie nie miałam jeszcze w sobie wyrobionego nawyku regularnego pielęgnowania skóry. Nie cierpiałam smarować się żadnymi balsamami, kremami itd., mimo iż moja sucha skóra powinna być nawilżana w co najmniej podwojonej dawce. Nadal nie lubię samej czynności smarowania (i to się nigdy nie zmieni), jednak na rzecz kwestii zdrowotnych byłam w stanie przekształcić swoje nastawienie. Po zakupie balsamu do ciała "Energia i świeżość owoców" Cztery Pory Roku stosowałam go bardzo rzadko, gdy nachodziła mnie ochota na domowe SPA. Dopiero dzięki blogowi i wprowadzeniu samodyscypliny w zużyciach, przypomniałam sobie o tym balsamie, przez co przeniósł się z pokoju do łazienki;)
Tubka jest krzywa, ponieważ zapomniałam cyknąć fotkę przed jej rozcięciem:/
Od producenta: "Delikatny balsam do ciała o działaniu intensywnie nawilżającym. Zawarte w ekstraktach owocowych witaminy, doskonale odżywiają skórę, czyniąc ją gładką i elastyczną. Systematyczne stosowanie balsamu sprawia, że skóra jest odżywiona i aksamitna. Odpowiedni poziom nawilżenia naskórka i delikatna jogurtowa konsystencja, zapewniają doskonałą pielęgnację."

Opakowanie: Balsam znajduje się w plastikowej tubce z zakrętką na "klik". Tworzywo jest miękkie i śliskie, co mi zdecydowanie przeszkadzało. Było na tyle niefunkcjonalne, że trzeba było przeciąć opakowanie, aby dostać się do "resztek".
"Resztki" starczyły na kilka dni
Opakowanie posiada niesamowitą etykietę, która od razu przykuwa wzrok. Widzimy kwiatki, owoce i wstążki (na odwrocie), a wszystko jest kolorowe i kojarzy się z cieplejszymi porami roku. 

Zapach: Mój ideał zapachowy wśród balsamów! Zresztą, czego innego można byłoby się spodziewać po Czterech Porach Roku?;) Przepiękny aromat, taki mix z owoców leśnych;) Według producenta łączy on w sobie maliny, jagody i wiśnie. Nie wiem tylko czemu zamiast tych ostatnich na opakowaniu widnieją jeżyny :P Zapach nie utrzymywał się długo na skórze. Wielka szkoda:(

Kolor: Biały.

Konsystencja: "Jogurtowa", łatwo rozprowadzająca się. Szybko się wchłaniała. 

Działanie: Balsam spełniał swoją rolę - dobrze nawilżał i odżywiał. Co prawda, robił to jedynie na kilka godzin, ale po upływie tego czasu nie zauważyłam, aby moja skóra była przesuszona. Polecam ten produkt na lato, ponieważ odczuwałam jego właściwości chłodzące, a zimową porą nie był to pożądany stan :P Czy dodawał energii? Jak coś bardzo ładnie pachnie, to od razu poprawia mi nastrój, co może powodować jakąś zwiększoną aktywność :P Nie miałam do niego większych zastrzeżeń poza jednym "ale" - troszkę mnie podrażniał w postaci małych czerwonych plamek:( Przez to też miałam pewne obawy, gdy postanowiłam do niego powrócić. Niestety, mimo sporej przerwy w jego stosowaniu, zaczerwienienia nadal się pojawiały:( Od razu napiszę, że nie musi to dotyczyć wszystkich, jednak osoby o wrażliwszej, alergicznej skórze powinny podejść do niego ostrożnie!
  
Wydajność: Trudno jest mi zaopiniować czy był wydajny, ponieważ nie stosowałam go regularnie.

Dostępność: Tesco (już dawno nie widziałam go na półkach:|)
Pojemność: 250 ml
Cena: ok. 10 zł

środa, 13 marca 2013

Landrynkowe pitu pitu

Pomimo mojej nienawiści do koloru różowego, o czym wspominam na każdym kroku, nabrałam chętki na pewien balsam. Paradoksalnie, prawie nie ma miejsca, w którym nie byłby różowy. Przypatrywałam się temu produktowi kiedyś w sklepie, ale nie kusił mnie na tyle, żeby kupić go od razu. Jakiś czas temu była na niego fajna promocja i już byłam zdecydowana na zakup aż tu nagle wygrałam go w jednym z rozdań;) Po kilku dniach od odebrania przesyłki z poczty, zaczęłam stosować wygładzająco-nawilżający balsam do ciała Piękne Ciało Silk touch Soraya. 
Od producenta: 
Opakowanie: Pod względem rozmiaru jest to standardowa tubka. Wyróżnia ją jednak matowe wykonanie, dzięki czemu wypaćkane dłonie nie zapewnią nam bliższego kontaktu tubki z podłogą. Posiada zakrętkę "na klik", którą niestety za każdym razem trzeba domykać, dociskając ją na środku. Pod zakrętką znajduje się coś, co bardzo mi odpowiada i z czym nie spotkałam się jeszcze w żadnym balsamie. Mianowicie nazwałam to "dzióbkiem" :D 
Zdecydowanie ułatwia on aplikację zawartości, bo nie paćkamy nią na wszystkie strony - wystarczy przyłożyć palec do "dzióbka". Po rozcięciu opakowania nie było problemów z dotarciem do resztek balsamu.
Design balsamu jest strasznie cukierkowaty, landrynkowy, a jednocześnie kobiecy, bo przedstawia wściekłoróżową szpilkę sztuk jeden i czarną hm... podwiązkę? Całość kojarzy mi się z latami 50/60 i z perfumami z pompką. Jestem przekonana, że gdyby Marylin Monroe nadal żyła, to byłaby oczarowana wyglądem opakowania;)

Konsystencja: Kremowa, średniogęsta, choć na zdjęciu może wydawać się "cięższa". 
Nie jest łatwo ją rozprowadzić, trzeba się trochę przy tym "namachać". Niestety nie wchłania się szybko i zostawia tłusty film na skórze przez jakiś czas. 

Kolor: biały

Zapach: Delikatny, ledwo wyczuwalny. Nie przeszkadzał mi, ale też wielce nie zachwycał. Właściwie to pachnie jak zwykły krem :P

Działanie: W odniesieniu do pitu pitu od producenta, jedyne z czym mogę się zgodzić to uczucie gładkiej, "jedwabistej" (nie powinno się mówić "jedwabnej"?) skóry. Co prawda, uczucie to towarzyszy przez krótki czas, ale zawsze. Na pewno nie nawilża skóry na kilka godzin, czyni to jedynie chwilowo. Zdecydowanie nie nadaje się dla osób z suchą skórą, nie zregeneruje jej. Efekt wyszczuplenia? No proszę Was... gdzie? :D Nic takiego nie miało miejsca - sadełko jakie było, takie jest. 

Wydajność: Marna. Zużyłam go w 2 tygodnie. 

Skład: 
Dostępność: Super-Pharm, Natura, Kaufland.
Pojemność: 200 ml
Cena: Otrzymałam go w rozdaniu (najtaniej widziałam go za 9,99 zł, normalnie kosztuje chyba ok. 14 zł).

Ps. Dziękuję Wam za ciepłe słowa skierowane pod adresem Mojego Chłopaka! Widziałam radość w jego oczach i na buźce, kiedy czytał wszystkie komentarze!;)

poniedziałek, 4 marca 2013

Lutowy Garbage 2013

Na początek - wow! Osiągnęłam pierwszą magiczną liczbę 50, zarówno w ilości postów, jak i obserwatorów! Dziękuję:* I oczywiście zapraszam do dalszego zaglądania, czytania, komentowania:)

Dzisiaj czas na garbagowy post. Prawie do końca miesiąca w mojej reklamówce przeznaczonej do przechowywania zużytych opakowań znajdowały się tylko dwie próbki. "Ale siara" - myślałam. Jednakże przez ostatnich kilka dni udało mi się wykończyć parę produktów. Nie będę usprawiedliwiać tego stanu rzeczy krótszym miesiącem (jak niektóre blogerki ;>), bo dwa dni to żadna różnica. Styczeń obfitował w wiele pustych opakowań, stąd w lutym pootwierałam dużo nowych produktów, z których niekoniecznie codziennie korzystałam. W dodatku, po zakończonej sesji pojechałam na tydzień do domu i nie zabierałam ze sobą prawie żadnych kosmetyków, bo  mój bagaż i tak był pokaźny. Czy moje tłumaczenia są wystarczające? :P


1. Próbka delikatnie myjącego mleczka do twarzy Madara: 

Kremowa, gęsta konsystencja o biało-żółtawym kolorze. Zużyłam je też do demakijażu oczu i dosyć dobrze sobie z tym poradziło.  Nie podrażniło mojej skóry, w końcu to "ecoface" :P Fajnie pachniało truflami :P Był to bonus do zamówienia, ale chętnie wypróbowałabym pełnowymiarowe opakowanie.









2. Próbka toniku do twarzy Madara:

Co za bubel! Próbka mogłaby być w jakiejś buteleczce, bo po przecięciu opakowania, połowa wylała mi się na rękę. Tonik walił alkoholem na kilometr! W sekundę pojawiło się uczucie ściągniętej skóry, dlatego od razu wylałam wszystko do zlewu. A niby taki "eco", pfff! Nie chcę go więcej!








3. Antyperspirant Fa Pink Passion:

Był jednym z moich ulubionych antyperspirantów. Z powodu  podrażnienia i wysuszenia skóry nie kupię go ponownie. A szkoda, bo zapach miał piękny:( Recenzja tutaj.










4. Balsam do ciała Naturia z kiwi:

Fajny, delikatny balsam. Pomimo, że krótkotrwale nawilżał skórę i wkurzała mnie niepraktyczna zakrętka, to dla samego zapachu może kupię ponownie. Recenzja tutaj.










5. Łagodzące mydło do higieny intymnej Green Pharmacy (szałwia): 

Zdarzyło się z 2-3 razy, że czułam przez nie podrażnienie. Samo w sobie było ok, ale nie podobał mi się zapach suszonych śliwek :P Nie kupię ponownie. Recenzja tutaj.










6. Żel pod prysznic Isana cranberry & white tee: 

Rozczarował mnie. Pachniał mało intensywnie, a do tego strasznie wysuszył moją skórę:( Nie kupię ponownie. Recenzja tutaj.










7. Odżywka do włosów Timotei with Jericho Rose (głęboki brąz):

Nie wiem po co ją kupiłam. Nic nie zrobiła z moimi farbowanymi włosami. Mało wydajna. No i ten smród! Bleee! Na pewno nie kupię ponownie!

Dostępność: Real
Pojemność: 200 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)






8. Mydło do rąk Isana mango & orange:

Mydło prawie idealne. Dobrze myło, pieniło się, nie kleiło rąk.  Najważniejsze, że zapach utrzymywał się bardzo długo na dłoniach. Nie podpasował mi jednak zapach multiwitaminy, ale myślę, że spróbuję innych wersji. Recenzja tutaj.

wtorek, 19 lutego 2013

Balsam kiwi ciało ożywi?

Po przygodzie z orangutanem nie chciałam ryzykować zakupem kolejnego niewypału, więc tym razem zamiast masła nabyłam balsam do ciała. Zupełnie zapomniałam, że posiadam w domu balsam, którego jeszcze nie zużyłam pomimo jego przepięknego zapachu (nie pytajcie dlaczego, bo sama nie wiem). Któregoś dnia na poprawę humoru wybrałam się do drogerii bez potrzeby nabycia czegoś konkretnego. Poszłam sobie ot tak, pooglądać. Ychy... jaaasne, żeby tylko na oglądaniu się skończyło :P W owym dniu rzuciły mi się w oczy kolorowe, smacznie wyglądające tubki. Powąchałam wszystkie dostępne wersje zapachowe i bez zbędnych ceregieli wybrałam balsam do ciała Naturia z kiwi.


Od producenta: Nawilżający balsam do ciała Naturia o świeżym owocowym zapachu zapewnia optymalną pielęgnację skóry. Nadaje jej gładkość i elastyczność oraz sprawia, że pozostaje miła w dotyku. Specjalnie opracowana receptura zawiera nawilżający ekstrakt z kiwi.

Opakowanie: Standardowa plastikowa tubka z nakrętką. Swoją drogą, ów nakrętka jest bardzo dobrze zamocowana, bo nie mam siły jej odkręcić. Zapytacie po co. A no po to, żeby wydobyć z opakowania całą zawartość bez jego przecinania. Balsam powoli zbliża się do dna, a że nie mam ochoty mocować się z plastikiem, to bez nożyczek jednak się nie obędzie. Na zdjęciu doskonale widać wąską szyjkę tubki, więc taka duża nakrętka tylko przeszkadza.


Dobrym rozwiązaniem dla mnie byłaby jednak mniejsza nakrętka umieszczona na górze szyjki (wtedy łatwiej wydobywałoby się resztki balsamu, bo można byłoby zrolować tubkę jak po paście do zębów), ale wątpię czy takie zakończenie byłoby w stanie utrzymać całą tubkę do góry nogami. Jeśli już muszą produkować olbrzymie nakrętki, to niech chociaż będą luźniej zakręcane :P 
Nie podoba mi się też samo tworzywo opakowania. Jest bardzo niepraktyczne, bo mając posmarowane ręce, najzwyczajniej w świecie wyślizguje się z nich.
Plusem jest na pewno design, zwłaszcza na przedniej etykiecie. Sam konkret, czyli co to, od kogo i po co, uzupełniony smakowitym obrazkiem kąpiących się w mleku (/jogurcie, o czym mowa niżej :P) połówek kiwi. Aż ma się ochotę skoczyć do sklepu po te owoce.

Kolor: Jasnozielony.

Konsystencja: Kremowa, średniogęsta. Bez problemu rozprowadza się ją na ciele.


Zapach: Bardzo delikatny. Faktycznie, wyczuwalna jest nuta kiwi. Właściwie to balsam bardziej pachnie jak jogurt o smaku kiwi. Utrzymuje się na skórze przez kilka godzin, zanikając stopniowo. Dla samego zapachu warto zakupić balsamowe kiwi.

Działanie: Balsam błyskawicznie wchłania się w skórę i mam wrażenie, że z podobną prędkością pozostawia ją samą sobie. W tej chwili, po pięciu godzinach od wzięcia prysznica, nadal mam suche chociażby przedramiona czy okolice pach. 

Wydajność: Słaba, jak na balsam przystało.

Dostępność: Astor
Pojemność: 200 g
Cena: 5,90 zł


Edit: W dniu dzisiejszym balsam ledwo dyszał i ostatkiem sił wypluwał zawartość. Jako, że nie lubię marnować kosmetyków, gdy zbliżają się ku końcowi, sięgam po nożyczki. I całe szczęście! Kopara opadła  mi na sam widok "resztek". A wszystko przez utrudniającą plastikową big nakrętkę...

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Avril Lavigne nie tylko śpiewa...

Lubię Avril Lavigne. Jej muzykę, jak i ją samą. O tym, że nie tylko śpiewa, wiem nie od dziś. Avril posiada własną kolekcję modową Abbey Dawn (ubrania, buty, torby itp.) oraz własną linię perfum. I o tej drugiej właśnie dzisiaj będzie mowa;)
Mój chłopak podarował mi na tegoroczne urodziny zestaw Black Star Avril Lavigne. W zestawie tym znajdowały się: 


  • perfumy 15 ml
  • żel pod prysznic 50 ml
  • balsam do ciała 50 ml
Avril Lavigne Black Star 15ml Eau de Parfum Spray, 50ml Body Lotion & 50ml Shower Gel
Źródło: http://www.cheapsmells.com/productPaging.php?productId=122605

Od dawna chciałam mieć perfumy Avril, ale ich wysoka cena uniemożliwiała mi zakup. Dlatego tym bardziej ucieszyłam się z mini zestawu (mini pod względem pojemnościowym, ale maxi pod względem sercowym:)), który otrzymałam. Black Star jest pierwszą z trzech kosmetycznych linii Avril (potem były Forbidden Rose i Wild Rose). Cały zestaw jest w znienawidzonym przeze mnie kolorze różowym, ale Avrilce się wybacza;)
Perfumy zużyłam już dawno.

Pusty flakonik w kształcie diamentu ozdabia toaletową półkę w domu rodzinnym
Pomiędzy flakonikiem a czarną zakrętką znajduje się ozdobny srebrny pierścień z ćwiekami, co nadało mu rockowego pazura. Docelowo można go nosić na palcu jako pierścionek, jednakże na mnie był za duży. Ćwieki nie były ostre, ale dotykały pozostałych palców, co nie było komfortowe. Pierścień zatem został przy opakowaniu. Jeśli chodzi o sam zapach to był bardzo przyjemny, subtelny i kobiecy. Nuty zapachowe są następujące: linia głowy - mango, gruszka, czarna porzeczka; linia serca - jaśmin, różowy hibiskus, śliwka; linia podstawy - akordy ciemnej czekolady, wanilia, nuty piżmowe. Mnie się bardzo podobały.
Żelu pod prysznic i balsamu do ciała nie zużyłam już tak szybko. Oszczędzałam zawartość jak tylko mogłam, bo chciałam mieć je na dłużej, dlatego korzystałam z nich jedynie, gdy jechałam gdzieś na weekend. Ostatnio robiłam porządki w mojej wyjazdowej kosmetyczce i okazało się, że żel się skończył (nie wiem czemu nie wyrzuciłam opakowania, chyba z sentymentu :P), a pozostała jedynie odrobina balsamu, dlatego postanowiłam ostatecznie rozstać się z nim i go zdenkować. Cały zestaw miałam opisać w listopadowym garbagu, ale uznałam, że zasługuje on na osobną notkę;)
Żel pod prysznic miał gęstą konsystencję. Nie pienił się, więc trzeba było wycisnąć go więcej. Kolor żelu był pomarańczowy. Żel jak żel, nie zrobił na mnie specjalnego wrażenia.
Jeśli chodzi o balsam to konsystencja była rzadsza, kolor mleczny. Postanowiłam, że będę polować na jego pełną wersję, bo dawał przyjemne uczucie po zastosowaniu na skórę. Dobrze nawilżał i działał kojąco. Największą jego zaletą było niewątpliwie to, że błyskawicznie się wchłaniał. Niestety posiadał też największą wadę - na drugi dzień skóra była wysuszona. Co prawda tylko w okolicach pach, ale jednak... Mimo to, nie zniechęciłam się. 
Choć kolor opakowań doprowadzał mnie do szału, to jednak najbardziej spodobały mi się na nich czarne gwiazdki. W ogóle lubię motywy gwiazdkowe;) 


Oczywiście, zarówno żel, jak i balsam, pachniały tak samo jak perfumy, więc jeśli komuś spodoba się zapach Black Star, to bez zastanawiania się może sięgać po cały zestaw:) Nie wiem, ile kosztował, bo jak zaznaczyłam, dostałam go w prezencie. Swego czasu można było go kupić w drogerii Laboo, bo widziałam w swoim mieście, ale nie skusiłam się wtedy sprawdzić ceny. Jak prezent to prezent;)