sobota, 31 maja 2014

Zakupy 4/2014

Kwiecień, jak wiadomo, był miesiącem sporych i częstych obniżek cen na kosmetyki w wielu drogeriach. Z kolorówką nie poszalałam, bo pozostało mi wiele produktów jeszcze z zeszłorocznej promocji w Rossie. Nieplanowane "małe" (pojęcie względne :P) szaleństwo wkradło się natomiast przy okazji wizyty w DM-ie (:D), więc moje oszczędzanie i minimalizm poszły się… wiadomo co :P

Prezentację nabytków zaczynamy od DM-u:
Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i „musiałam” powiększyć swoją kolekcję żeli pod prysznic (tak, wiem, jestem uzależniona^^). Od razu zgarnęłam z półki całą letnią limitowankę: (1) Melon Tango, (2) Mango Mambo i (3) Carambola Lambada, za zawrotną cenę 0,65 €/szt.. Powiem Wam, że jestem trochę zawiedziona zapachami - myślałam, że będą słodsze… no ale... u mnie się nic nie zmarnuje :P Jak już miałabym wybrać, to z tych trzech wersji zapachowych znowu najbardziej spodobało mi się mango, dlatego zdecydowałam się również na (4) balsam do ciała z tej samej serii (1,25 €). W porównaniu do Balea, o wiele mniej słychać w blogosferze o żelach z Alverde. Postanowiłam zatem przekonać się na własnej skórze o ich właściwościach i kupiłam na próbę (5) żel pod prysznic Alverde mięta & bergamotka (1,45 €). Pachnie bardzo chemicznie, ale orzeźwiająco. Poczekam z jego użyciem do upałów. Na koniec kupiłam jeszcze dwa żele do golenia Balea (6) Buttermilk Lemon i limitowany (7) Summer Garden (oba w cenie 1,35 €/szt.). Ten pierwszy pachnie jak babka cytrynowa (om nom nom :D), natomiast drugi, póki co, wcale nie przypomina mi zapachu mango:/ 

Acha! Nie kupujcie męskiego żelu do golenia SKINO z Biedry (5,79 zł), bo zapach jest nie do zniesienia – oddałam go Mojemu Ukochanemu. W końcu jak produkt męski, to męski, a ja przecież nie jestem Conchitą Kiełbasą^^


Trochę kasy zostawiłam też w Rossmanie:
Na początku miesiąca kupiłam (8) antyperspirant Garnier mineral Maximum Control 72 h (6,59 zł*). Na promocji -49% kupiłam jedynie (9) korektor 2w1 Eveline art scenic (6,62 zł*) i na zapas (10) maskarę Lovely curling Pump Up (4,58 zł*). Skusiłam się też na (11) pomadkę Nivea Fruity Shine Watermelon (4,99 zł*), bo kocham arbuza, a także (12) pilniczek szafirowy for your Beauty (3,99 zł*), gdyż mój poprzedni jest już zajechany :P


Na koniec trzy różności:

Zrobiłam się sama w jajo, myśląc, że znalazłam niezłą promocję w Realu na (13) podkład Maybelline Affinitone 03 (14,99 zł*), a po kilku dniach wprowadzili w Rossie -49%, gdzie oczywiście można było kupić go jeszcze taniej:] Zaczęłam coraz większą uwagę przywiązywać do łagodnych mydełek do rąk, dlatego z apteki do mojej łazienki trafiło (14) mydełko naturalne z nanosrebrem (7,40 zł). Miałam kiedyś wersję w płynie i jakoś szczególnie mnie nie zachwyciła, ale to było sto lat temu, gdzie jak coś miało brzydki kolor i nieszczególny zapach, to było już na wstępie bleeee :P Ostatnim zakupem (jedynym chyba niezbędnym :P) były (15) płatki kosmetyczne Caterine (2,69 zł) z Kauflandu, które są beznadziejne:]


Znacie/lubicie/polecacie?;)

piątek, 30 maja 2014

Denko 3-4/2014

Zapraszam Was na kolejne dwumiesięczne denko. Faktycznie, jakoś tak lepiej się czuję, jak mam dwa miesiące „zbieractwa”, bo nie muszę aż tak spieszyć się z recenzjami :P Niestety i tym razem nie wyrobiłam się ze wszystkimi, ale „relaaaax, take it easy” – da się to nadrobić :D
 
Aby denko było bardziej czytelne, postanowiłam wprowadzić małą kolorystyczną legendę:

produkt, do którego z chęcią powrócę
produkt, do którego nie wiem czy powrócę
produkt, do którego nie powrócę

1. Odżywczy szampon do włosów DeBa: Bardzo wydajny i tani szampon, który okazał się być średniakiem. Konsystencja była do bani, większość szamponu lądowała w wannie. No i ten zapach Domestosu… :D Recenzja tutaj.

2. Odżywka do włosów Garnier Ultra Doux z olejkiem awokado i masłem karite: Bardzo dobra odżywka, dzięki której przestałam wstydzić się moich włosów. Poprawiła ich kondycję, nadała im miękkości. Należy jednak uważać z ilością i częstotliwością jej stosowania, bo podejrzewam, że mogłaby obciążać włosy. Recenzja tutaj.

3. Kremowy żel pod prysznic Kult lilia wodna & trawa cytrynowa: Będzie osobna recenzja.

4. Kremowy żel pod prysznic Balea kokos & nektarynka: Kłóciłabym się z tym, że miał kremową konsystencję. Żel jak żel, ale zapach był genialny! Idealne połączenie zapachowe! Jak na razie, jest to mój faworyt (zaraz po zeszłorocznym mango) wśród żeli z Balea. Recenzja tutaj.
5. Perfumy La Rive Spring Lady: edit: Miała być osobna recenzja, ale zapomniałam cyknąć fotki flakonika zanim zużyłam jego zawartość:( Co do samego flakonika, to miał bardzo niefrasobliwą nakrętkę. Perfumy były idealne na wiosnę, pachniały rześko, konkretnie zieloną herbatą. To pierwsze perfumy z La Rive, które przypadły mi do gustu, a nie miały słodkiego zapachu. Tradycyjnie, nie utrzymywały się zbyt długo na skórze. Przypuszczam, patrząc na tekturowe opakowanie, że jest to odpowiednik perfum Elizabeth Arden Green Tea.

6. Antyperspirant Fa Sport Invisible Power: Najlepszy antiperspirant, jaki kiedykolwiek używałam. Serio! Chronił mnie przez cały dzień. Drażniący był jedynie intensywny zapach, ale do przeżycia. Jestem ciekawa czy kolejny egzemplarz okazałby się równie skuteczny. Recenzja tutaj.

7. Antyperspirant Nivea Energy Fresh: Nadszedł czas, aby w końcu przyznać to publicznie, choć ciężko mi o tym pisać (autentycznie :P) – mój ukochany antyperspirant w kulce przestał na mnie działać:( W sumie, to zastanawiam się, czy tak naprawdę kiedykolwiek działał na mnie pozytywnie, oprócz przepięknego zapachu trawy cytrynowej… Był bardzo wydajny, stosowałam go codziennie, ale niestety nie radził sobie z ochroną:( Będę mieć do niego duży sentyment, jednak ciężko spisać mi go na straty… Może dam mu jeszcze kiedyś szansę… Tak na marginesie, zmienili zakrętkę ze szklanej na plastikową. Mogliby przerobić całe opakowanie na plastik, bo ciężka to cholera do noszenia ze sobą :P Bardzo stara recenzja tutaj.

8. Pianka do golenia Isana z aloesem: edit: Zupełnie nie spodziewałam się tak przyjemnego zapachu, nieprzypominającego w żadnym stopniu aloesu (na moje szczęście) :P Pod tym względem zdetronizował piankę brzoskwiniową. Niestety, tak samo jak ona, zawiódł mnie niepraktycznym atomizerem, który od połowy zawartości przerobił piankę na formę płynną.

9.  Krem intensywnie nawilżający Nivea Soft: Będzie osobna recenzja.
10. Oczyszczający płyn micelarny L’Oreal Ideal Soft: To moje drugie zużyte opakowanie. Gdybym napisała po nim recenzję, to posypałyby się same superlatywy. Ba, micel ten znalazł się nawet w gronie kosmetycznych ulubieńców 2013! Teraz kończę trzeci egzemplarz i nie wiem, czy nie będzie ostatnim…

11. Maska anty-stres Ziaja: Kupiona, bo była w promocji:] Twarz staje się po niej gładka i aksamitna, jednak na krótką chwilę. O działaniu antystresowym nie ma mowy, nawet po wyczerpującym dniu… Mam jeszcze jedną saszetkę, więc zobaczymy czy zmienię zdanie o działaniu tej maseczki. 

12. Karmelowe masełko do ust Nivea: Jak dla mnie bubelek! Zamiast nawilżać, wysuszał. Zamiast pachnieć karmelem, pachniał maślanymi ciasteczkami. W dodatku masełko nie chciało się wchłaniać i bieliło usta. A jakby tego było mało, to opakowanie doprowadzało mnie do szału… Recenzja tutaj.

13. Patyczki do uszu Carea: To chyba moje pierwsze patyczki z Biedry. Do uszu były ok, a przy korekcie makijażu sprawdzały się o wiele lepiej niż te z innych firm. Nie ukrywam, że skusiłam się na nie przez pudełeczko z „odskakującym” wieczkiem :D No i przez wizerunek Rzymu… achh :D Wersji z miastami niestety już nie ma, a szkoda, bo chciałam upolować jeszcze New York :D Tak czy siak, kupię jeszcze wersję standardową.
14. Zmywacz do paznokci BeBeauty (różowy): Polubiłam się z nim. Dobrze zmywał ciemne lakiery, z brokatami też sobie radził. Przyjemnie pachniał (jak na zmywacz). Był to mój pierwszy zmywacz z pompką i jak na razie ostatni, bo nie chcę znowu się rozczarować. Na początku pompka sprawdzała się idealnie, jednak podczas podróży opakowanie zaczęło przeciekać i połowa zawartości zalała mi kosmetyczkę:[ [Biedronka/5,95 zł]

15. Mydełko do rąk Palmolive mięta & eukaliptus: Mydełko było małe i niewydajne. Zawierało w sobie fajne drobinki peelingujące, przez które zdecydowałam się na zakup. Niestety, ta wersja zapachowa zbyt mocno kojarzyła mi się z zapachem szaletu z dworca PKP… [Drogerie Polskie/1,69 zł w promocji]

16. Nawilżające chusteczki pielęgnacyjne babydream aloes & rumianek (80 szt.): Niestety, rzuciłam się na dwupak jak szczerbaty na suchary:/ Pomimo, iż za każdym razem szczelnie zamykałam opakowanie (o ile ta przezroczysta naklejka niczego nie przepuszcza…), chusteczki były suche. Pierwsza połowa opakowania (ta od góry) była średnio nawilżona, ale druga połowa to był już totalny suchy wiór! Chusteczki zużyłam zgodnie z planowanym przeznaczeniem, czyli do demakijażu dłoni, gdy pobrudziłam się podkładem czy korektorem i tutaj dawały radę, ale wkurzało mnie to, że po chwili robiły się suche:/ Nie myślcie nawet o ścieraniu nimi kurzu z mebli :P [Rossmann/2x80 szt. w cenie 6,99 zł w promocji]
  

Znacie coś? Podzielacie moją opinię? ;)

czwartek, 29 maja 2014

Idealne połączenie i rozdzielenie zapachowe od Balea

Istnieje wiele zapachów, których nie toleruję w kosmetykach. Jednym z nich jest kokos. No po prostu nie lubię go i już, a mój nos wykrzywia się już przy pierwszym węchu. Czasami jednak bywa tak, że pewne okoliczności przyćmiewają umysł człowieka i mimo wszystko kupuje on produkt, którego zapach nie do końca mu odpowiada. Tak było ze mną podczas mojej zeszłorocznej wizyty w niemieckim DM-ie, gdzie zaopatrzyłam się w kremowy żel pod prysznic Balea kokos & nektarynka. Nie spieszyło mi się do jego zużywania, ale kiedy trafił już do mojej łazienki, to żałowałam, że nie zabrałam go tam wcześniej…


Od producenta: 
[Moje tłumaczenie:] Rozkoszuj się swoim codziennym rytuałem: Balea Prysznic& Krem rozpieszcza zmysły delikatnym zapachem i nadaje skórze gładkość w dotyku.
Rozpieszcza & pielęgnuje: Balea Prysznic& Krem z pielęgnującym mleczkiem i ekstraktami z kokosa, i nektarynek sprawia, że skóra jest miękka i aksamitna, a egzotycznym zapachem wywołuje rozpieszczenie zmysłów. Innowacyjna formuła nawilżająca Polyfructolu zachowuje głównie wilgoć i chroni skórę przed wysuszeniem. Szczególnie delikatny dla pielęgnacji skóry - idealny do codziennego prysznicu.
PH przyjazne dla skóry. Przetestowany dermatologicznie.

Opakowanie: Plastikowe, podłużne - tradycyjne dla żeli pod prysznic Balea. Wersja z kokosem i nektarynką jest w kolorystyce biało-niebieskiej, z kawałkiem kokosa, nektarynek i listków, spływających po wodzie i mleczku (domniemam: kokosowym) :P

Konsystencja: Miała być kremowa, a dla mnie nie różniła się niczym od innych, żelowych wersji Balea.
Kolor: Można było spodziewać się po zakrętce niebieskiego koloru (zazwyczaj kolor zakrętki odpowiada kolorowi zawartości produktu z Balea), ale żel okazał się być brzoskwiniowy.

Zapach: Kokosowo-nektarynkowy (więcej szczegółów w „mojej opinii”).

Wydajność: Standardowa, choć ja akurat oszczędzałam zawartość :P

Skład:

Moja opinia: Pomimo, iż jego właściwości były akurat zwyczajne (pienił się, mył ciało, nie podrażniając go), to już teraz wiem, że recenzowany żel trafi do moich kosmetycznych ulubieńców 2014 roku! W życiu bym się nie spodziewała, że tak bardzo polubię się z „kokosowym” kosmetykiem. Jego zapach był niezwykły! Po raz pierwszy spotkałam się z czymś takim, że potrafiłam wyczuć w zapachu żelu pod prysznic zarówno jego osobne składniki, jak i ich połączenie. Dużą rolę odgrywa tu pewnie nasza świadomość, bo wystarczy pomyśleć sobie „chcę poczuć tylko kokosa” albo „chcę poczuć tylko nektarynkę” i tak się dzieje (a przynajmniej tak było w moim przypadku :D)! Zapach kokosa w tym żelu był akurat znośny, bo na moje szczęście bardziej wyczuwalna była nektarynka (a może tylko taką selekcję nakazywałam swojej świadomości? :P). Sam zapach utrzymywał się na skórze, a dodatkowo wypełniał całą łazienkę! Serdecznie polecam ten produkt miłośnikom owocowych i słodkich zapachów, zwłaszcza że nie jest to edycja limitowana!:)

Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €

niedziela, 25 maja 2014

Uciążliwe masełko do ust

Nie cierpię kosmetyków pielęgnacyjnych, które trzeba aplikować palcami, a konkretniej ich opuszkami. Zależne jest to od konsystencji produktu lub kiepskiego opakowania. Takie nieprzyjemne wrażenia (tłuste palce czy, najgorsze, zbieranie się produktu pod paznokciami) odczuwam zazwyczaj przy masłach do ciała lub masłach/balsamach do ust. Ze względu na swoje doświadczenia i świadomość tego, co może mnie czekać, bardzo długo wzbraniałam się przed zakupem karmelowego masełka do ust NIVEA. Któregoś razu dałam się skusić na „chłyt matekingowy”, zakupiłam zachwalane masełko (bo promocja była! ech... :P) i… pożałowałam.


Od producenta: Wzbogacona o masło shea i olejek migdałowy formuła balsamu do ust NIVEA z HYDRA IQ, zapewnia intensywne nawilżenie i długotrwałą pielęgnację. Rozpieszczająca usta formuła z aromatem Caramel Cream sprawia, że są one niezwykle miękkie. Produkt przebadany dermatologicznie.
Opakowanie: Masełko znajduje się w małej, okrągłej i płaskiej puszeczce. 
Wieczko jest bardzo uciążliwe – aby dostać się do zawartości, trzeba je podważyć paznokciami, co zajmuje dłuższą chwilę. Jest szczelne, bo samo się nie otworzy, ale trochę masełka lubi wyjść na zewnątrz, przez co brzeg puszki bywał często „uświniony”.
Masełko było dodatkowo zapakowane w kartonik z kilkoma informacjami od producenta.

Konsystencja: Na początku jest zbita i przypomina bardziej wazelinę niż masełko, ale pod wpływem temperatury dłoni robi się bardziej maślana i miękka.
Kolor: Waniliowy :P Przy nałożeniu dużej ilości masełka na usta nie prezentuje się ono zbyt ładnie, gdyż trochę bieli usta.

Zapach: Niby miał być karmelowy, ale ja wyczuwałam tam maślane ciasteczka :P Zapach przyjemny, choć o wiele bardziej wyczuwalny w pojemniczku niż na ustach.

Wydajność: Duża. Produkt spokojnie wystarcza na kilka miesięcy.

Skład:

Moja opinia: Muszę zacząć od skrytykowania opakowania, no muszę! Puszeczka, choć fajna, bo mała, okazała się być bardzo niefunkcjonalna. Ciężko otwierające się wieczko było dla mnie naprawdę uciążliwe. W dodatku tworzywo, z którego zostało wykonane całe pudełeczko jest zbyt miękkie i może się odkształcać (teraz, gdy zużyłam już zawartość, mogę zgnieść opakowanie w jednej dłoni!).
Konsystencja notorycznie zbierała mi się pod paznokciami i nie potrafiłam nałożyć na palec odpowiedniej ilości produktu, więc większość musiałam wycierać w chusteczkę. Zupełnie nie wchodziło zatem w grę korzystanie z produktu poza domem. Utwierdziłam się jedynie w tym, że produkty do ust, przy których niezbędna jest aplikacja palcami, po prostu nie są dla mnie.
Przechodząc do najważniejszego, czyli do działania, to zawiodłam się na całej linii! Czytałam o tym masełku same pochlebne opinie, że jest cudowne, że tak świetnie nawilża i regeneruje usta, a u mnie się ono totalnie nie sprawdziło! Po pierwsze, cały czas towarzyszyło mi uczucie, że mam coś na ustach, bo masełko nie chciało się szybko wchłaniać. Po drugie, z tego względu nie nadawało się np. pod szminki, bo usta wyglądały jakbym nałożyła na nie za dużo kremu (przy dużej ilości) lub wazeliny (przy mniejszej ilości). A po trzecie, nie zlikwidowało ono suchych skórek, więc tak czy siak moje usta były ciągle spierzchnięte! Nie czułam żadnego nawilżenia, a wręcz przeciwnie. Ogólnie mówiąc, masełko nie zrobiło z moimi ustami nic! Naprawdę spodziewałam się czegoś lepszego od tego produktu, ale też dzięki niemu przekonałam się, że nie warto rzucać się na wszelkie nowości kosmetyczne, nawet od takich wielkich firm, jak NIVEA. 

Dostępność: Drogerie Polskie
Pojemność: 16,7 g/19 ml
Cena: 7,99 zł (w promocji)


Miałyście którąś wersję masełka do ust z NIVEA? Lubicie taką formę aplikacji?  

czwartek, 15 maja 2014

Antyperspirant na 5+

Od niedawna polubiłam antyperspiranty w spray’u. Wcześniej lubowałam się w kulkach, ale zauważyłam, że przestały zapewniać mi dostateczną ochronę, dlatego postanowiłam spróbować innej formuły. Chociaż zużyłam już kilka antyperspirantów w spray’u z różnych firm, cały czas szukałam swojego faworyta. Kiedy otrzymałam pod choinkę zestaw kosmetyków z Fa (pokazywałam tutaj), byłam bardzo ciekawa, jak spisze się antyperspirant Fa Sport Invisible Power, zwłaszcza że po przeczytaniu napisu „72 h”, pomyślałam sobie od razu: „Are you kidding me?” ;>


Od producenta: Odkryj niewidzialną ochronę aż do 72 h z antyperspirantem Fa Sport Invisible Power o nieograniczonej mocy! Formuła nie zawiera pudru. Przeciw białym, żółtym i tłustym plamom. Wstrząśnij dobrze przed użyciem. Dezodorant należy trzymać prosto 15 cm od skóry i rozpylać krótkimi seriami.

Opakowanie: Antyperspirant znajduje się w typowym dla tego typu produktów aluminiowym pojemniku z plastikowym dozownikiem w spray’u, do którego dołączona jest plastikowa zatyczka.  Fioletowo-biała szata graficzna jest skromna, ale mi to akurat nie przeszkadza.

Konsystencja: Spray.

Zapach: Można określić go jako „sportowy” – nie jest to na pewno zapach kwiatowy czy owocowy. Mimo, iż wg producenta nie zawiera pudru, to zapach jest dla mnie właśnie taki „pudrowy”, ale bardzo przyjemny. Jest intensywny przez co może kłócić się z perfumami.

Wydajność: Średnia.

Skład: Butane, Propane, Aqua, Aluminium Chlorohydate, Propylene Glycol, C10-13 Isoparaffin, Isobutane, Isopropyl Myristate, Dimethicone, Parfum, PEG/PPG-18/18 Dimethicone, Isoceteth-20, Phenoxyethanol, Hexyl Cinnamal, Alpha-Isomethyl Ionone, Geraniol, Citronellol, Butylphenyl, Methylpropional, Limonene, Cyclomethicone, Coumarin, Benzyl Alcohol.

Moja opinia: Jest to najlepszy antyperspirant jaki do tej pory miałam okazję używać! Nie przypuszczałam, że będzie aż tak skuteczny! Wiadomo, że nie uchroni naszych pach przed potem przez bite 3 dni, ale jest na pewno skuteczniejszy od zwykłych 24-godzinnych antyperspirantów. Nie uprawiam żadnego sportu, więc nie wiem jak spisywałby się w trakcie treningów, ale na moje zwykłe potrzeby dnia codziennego (a zdarza się też, że cały dzień latam po mieście) okazał się być bardzo dobry, nie odczuwałam z jego powodu jakiegokolwiek dyskomfortu. Nie podrażnił mnie ani nie pozostawiał na ubraniach żadnych śladów. Jedynie zapach był dla mnie trochę zbyt intensywny. Mimo tego ostatniego faktu, sportowy wariant antyperspirantu Fa zasługuje na 5 z plusem!

Dostępność: np. Rossmann
Pojemność: 150 ml
Cena: 8,49 zł (wg Rossnet)


Miałyście kiedyś tę wersję? Jaki antyperspirant jest Waszym ulubionym?:)

poniedziałek, 12 maja 2014

Odpowiedni produkt dla "istnej masakry" na głowie

Kilka lat temu co rusz używałam do włosów produktów Garnier. Nie wyrządzały krzywdy moim włosom, a do tego były tanie. Pomimo, że były dobre, to zaprzestałam ich kupowania – po prostu mi się znudziły i chciałam przetestować coś innego. Od paru miesięcy w blogosferze przewijały się recenzje odżywki do włosów Garnier Ultra Doux z olejkiem awokado i masłem karite. Przez wzgląd na to, iż większość z nich była pozytywna, postanowiłam powrócić niejako do korzeni i wypróbować ten osławiony produkt. Muszę zaznaczyć, że moje włosy w ówczesnym czasie były w tragicznym stanie (szampon-winowajca nie doczekał się jeszcze osobnej recenzji) – m.in. suche i zniszczone, czyli takie, dla których przeznaczona jest recenzowana odżywka. Prawie zawsze kupowałam produkty właśnie dla „suchych i zniszczonych” włosów (m.in. efekt stosowania prostownicy), ale tym razem miałam na głowie naprawdę istną masakrę (o szczegółach będzie można poczytać przy recenzji wspomnianego „winowajcy”), dlatego byłam bardzo ciekawa czy odżywka z Garniera poradzi sobie z jej zniwelowaniem.


Od producenta: 
Opakowanie: Wykonane z twardego plastiku, charakterystyczne dla całej serii odżywek Garnier. Plus za „stanie na głowie” i wyżłobiony listek przy zatrzasku nakrętki, dzięki czemu łatwiej jest go otwierać, bez łamania sobie paznokci. Przyjemna dla oka etykieta z samymi konkretami również zasługuje na pochwałę.

Konsystencja: Ani rzadka, ani gęsta, czyli coś pomiędzy :P
Kolor: Żółty.

Zapach: Przyjemny, utrzymujący się na włosach. Nie wyczuwam w nim awokado, więc podejrzewam, że jest to zapach masła karite.

Wydajność: Średnia.

Skład:
Moja opinia: Pokładałam w tej odżywce wielkie nadzieje i nie zawiodłam się! Ona naprawdę poprawiła stan moich włosów! Dzięki niej stały się odżywione i mięciutkie w dotyku. Z łatwością mogłam je również rozszczekać. Nie były może jakoś „niewiarygodnie” błyszczące, jak zapewnia producent, ale na tym efekcie akurat mi nie zależało. Odżywka pachniała przyjemnie, choć myślę, że na dłuższą metę zapach okazałby się jednak męczący. Niestety producent nie określił dokładnego czasu pozostawienia odżywki na włosach, no bo „kilka chwil” to dla mnie żaden konkret. W większości przypadków nakładałam ją na włosy, zawijałam ręcznik na głowę i dopiero po wykonaniu kilku innych czynności (np. umycie zębów, demakijaż twarzy), które zajmowały mi kilka minut, spłukiwałam produkt. Gdy się spieszyłam, to spłukiwałam ją niemalże od razu po nałożeniu. Garnierowskiej odżywki nie używałam przy każdym myciu włosów, bo obawiałam się ich obciążenia (wtedy stosowałam odżywkę w spray’u z innej firmy), dlatego nie wiem, jakie skutki przyniosłoby jej codzienne stosowanie. Jedyne, co nie przypadło mi do gustu w tej odżywce, to jej konsystencja, przez co produkt traci na wydajności.  


Dostępność: drogerie, markety
Pojemność: 200 ml
Cena: ok. 6-8 zł; ja kupiłam ją za 5,49 zł w Biedronce

piątek, 2 maja 2014

'Bio' niekoniecznie musi pociągać za sobą 'wow'

Jesienią zeszłego roku zakupiłam w Stonce odżywczy szampon do włosów DeBa. Nie znałam wcześniej tej firmy, ale skusiło mnie fajne opakowanie i niska cena w stosunku do dużej pojemności. Po czasie okazało się, że ten „naturalny” szampon za 6 zeta kosztował wtedy w Internetach prawie trzy razy więcej. Na promocji (gdy kończył się termin urodowej gazetki ze Stonki) można było dorwać go nawet za 3 złocisze. Normalnie szał pał :D Czy szampon DeBa wart jest zatem każdej ceny?


Od producenta: Bio Vital – szampon odżywczy oraz rewitalizujący. Miękka formuła szamponu DeBa Bio Vital została wzbogacona ekstraktem organicznym oliwy oraz ekstraktem organicznym aloe vera, które pomagają nawilżyć i odświeżyć odwodnione włosy. O przyjemnym zapachu cytrynowym. Nadaje się do włosów suchych, po obróbce i po koloryzowaniu. Bez sylikonów.

Opakowanie: Szampon znajduje się w dużej, poręcznej butelce. Butelka wykonana została z mocnego, czarnego plastiku (zielona etykieta zmyli każdego :P) przez co nie zobaczymy, nawet po ściągnięciu zakrętki, ile zostało w niej szamponu. Sama zakrętka jest z kategorii tych „denerwujących”, ale akurat w przypadku recenzowanego produktu, wydobywała się o dziwo adekwatna ilość zawartości. 
Konsystencja: Przezroczysta, lejąca się.
Kolor: Żółty.

Zapach: Cytrusowy, intensywny.

Wydajność: Duża.

Skład:
Moja opinia: Nie wiem, czy to efekt placebo w postaci świadomości, iż szampon jest z serii „naturalnych”, czy też jego rzeczywiste właściwości sprawiły, że nie zauważyłam w nim większych wad. Nie wyrządził moim włosom krzywdy, ale z drugiej strony tak naprawdę nie zrobił z nimi niczego nadzwyczajnego. Szampon DeBa w działaniu był ok, ale przyczepiłabym się do dwóch kwestii. Po pierwsze, beznadziejna konsystencja, która kiepsko się pieniła, a przede wszystkim przelewała się przez palce, więc więcej szamponu lądowało w wannie niż na głowie. Pomimo tego (o dziwo), szampon okazał się wydajny, ale to w końcu prawie półlitrowa butla! :P Po drugie – zapach. Na pierwszy węch wydał mi się przyjemny, cytrynowy, ale kiedy umyłam nim włosy po raz pierwszy, to w łazience zaczął unosić się niemalże aromat Domestosu. Na szczęście, jakoś przyzwyczaiłam się do tego zapachu, ale dla niektórych może być on nie do przejścia.

Dostępność: Biedronka, sklepy internetowe
Pojemność: 400 ml
Cena: 5,99 zł (w Biedrze, czasem mniej)


Miałyście jakiś szampon DeBa? Co myślicie o ich „naturalnym” składzie?

niedziela, 13 kwietnia 2014

HexxBOX - Poznaj i testuj z 1001 Pasji! Rozświetlający krem pod oczy Lumene Vitamin C+

W październiku ubiegłego roku zostałam recenzentką siódmej edycji HexxBOX’a, o czym informowałam Was szerzej tutaj. Kiedy dowiedziałam się, że otrzymam do przetestowania rozświetlający krem pod oczy Lumene Vitamin C+, byłam… hmm… wkurzona/zdziwiona/rozbawiona/przerażona?;) No bo jak to, jeszcze nie przekroczyłam progu ćwierćwiecza a mam recenzować produkt, który związany jest w jakiś sposób ze zmarszczkami? Wyborowi Hexxany towarzyszyły skrajne emocje, przynajmniej u mnie :P Przede wszystkim, nie poczułam się kompetentna do wyrażania opinii o typie produktu, którego nigdy wcześniej nie stosowałam (mam na myśli ogólnie kremy pod oczy), ale w ostateczności nie mogłam nie podjąć się tego wyzywania;)
Zanim przejdę do recenzji, chciałabym poświęcić kilka słów na temat samej przesyłki. Podejrzewam, że byłam ostatnią osobą, do której dotarła zawartość HexxBOX’a, a to dlatego, że niespodziewanie zostałam bez dachu nad głową, więc dopiero pod koniec października, gdy moja sytuacja mieszkaniowa się ustabilizowała, mogłam podać adres do wysyłki (jeszcze raz dziękuję, Hexxano, za zrozumienie!:*). Po tym fakcie przesyłka dotarła ekspresowo, co świadczy tylko na korzyść firmy. Kiedy otworzyłam paczkę (która swoją drogą była dobrze zabezpieczona), pomyślałam, że kłopoty z mieszkaniem to był dopiero początek moich HexxBOX’owych perypetii, a to dlatego, że pierwsze, co ukazało się moim oczom, to była czarna kosmetyczka. „Hola, hola! Chyba ktoś tu się pomylił…!” – już snułam czarne wizje odkręcania wszystkiego i odsyłania zawartości do odpowiedniego odbiorcy, tym bardziej, że najpierw wyciągnęłam z kosmetyczki tusz do rzęs Grashka ^^ Na szczęście, na jej dnie znajdował się wyczekiwany krem;) Nie wiem, czyja to sprawka i w ogóle o co kaman, ale bardzo dziękuję za miły gest!:)
Druga sprawa. Nie posiadam na swoim blogu tzw. „profilu” kosmetycznego, dlatego na potrzeby recenzji wspomnę tylko, iż moja cera jest raczej typu mieszanego (tłusta strefa T oraz suche policzki), natomiast okolice oczu nie są problematyczne. Jedyne, z czym się „borykam”, to dosyć mocne cienie pod oczami, które mam od urodzenia.
Jeżeli chodzi o moje oczekiwania wobec produktu, to właściwie nie miałam ich w ogóle. Jak już wspominałam, dotychczas nie miałam do czynienia z kremami pod oczy, więc tak naprawdę nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Na pewno nie liczyłam na likwidację zmarszczek, ale uznałam, że jeśli w jakimś stopniu krem zniweluje moje cienie pod oczami (np. rozświetli skórę w tym miejscu), to będę z niego zadowolona i być może przekonam się do tego typu produktów.
Jako że recenzowany produkt należy do kategorii pielęgnacyjnej, to na jego przetestowanie, wg Przewodnika HexxRecenzentki, miałam maksymalnie pół roku. Kremu używałam codziennie rano i wieczorem przez kilkadziesiąt dni (z minimalną przerwą, o czym wspomnę w opinii), a dokładnie w okresie od 16. grudnia 2013 do 24. lutego 2014. Po przydługawym wstępie (ach, ta rzetelność :D), zapraszam do recenzji, do której, nie ukrywam, podchodziłam jak pies do jeża! :P

Od producenta: 

Opakowanie: Krem znajduje się w małej, poręcznej, białej plastikowej tubce z pomarańczową zakrętką ze srebrnym dodatkiem (wiecie, takie wrażenie produktu „de luxe” ^^), którą bez problemu można postawić na "głowie". Z tyłu tubki umieszczonych zostało kilka najważniejszych informacji, zarówno w języku angielskim, jak i, prawdopodobnie, fińskim.
Sama tubka ma dosyć długi i wąski aplikator, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem, ponieważ krem można aplikować od razu na powieki, bez konieczności wyciskania go na palec.
Tubka została zapakowana w malutki kartonik, zabezpieczony holograficzną naklejką, będącą certyfikatem jakości (szkoda, że tylko na górnym wieczku). Na kartoniku umieszczono znacznie więcej informacji niż na tubce, również w dwóch językach, a dodatkowo mamy naklejkę z polskim tłumaczeniem od producenta. Szata graficzna została utrzymana w biało-pomarańczowej kolorystyce, która została wzbogacona o obrazek „dzikiej arktycznej cloudberry”, czyli maliny moroszki, nazywanej też maliną nordycką (to tak dla tych, którzy lubią wiedzieć więcej :P).
Z tyłu kartonika widnieje jeszcze jedna istotna informacja, a mianowicie oś czasu z sugerowanym wiekiem dla osób, które mogą stosować recenzowany produkt. Hmmm, też uważacie, że granica wiekowa jest zbyt szeroka?

Sposób użycia: Aplikuj codziennie rano i/lub wieczorem na powiekę górną i dolną.

Konsystencja: Kremowa, lekka.
Kolor: Biały, zawierający mieniące się „drobinki”.

Zapach: Producent zapewnia, iż produkt jest „bezzapachowy”. Nie zgadzam się z tym zupełnie! Na początku stosowania krem pachniał bardzo ładnie (nie potrafię określić czym dokładnie), ale po kilkudziesięciu dniach zapach zmienił się na gorsze i krem zaczął po prostu cuchnieć:/

Wydajność: Bardzo duża. Przy codziennym stosowaniu przez 2,5 miesiąca zużyłam ok. 3/4 zawartości opakowania.

Skład:

Moja opinia: Z bólem serca (przez wzgląd na ogólną inicjatywę HexxBOX’a) zacznę z grubej rury: nie jestem zadowolona z przetestowanego produktu!:/
Zacznijmy od opakowania. Do tubki nie mam żadnych zastrzeżeń, natomiast do kartoniku już tak: jednostronne zabezpieczenie oraz ta granica wiekowa – nie trzeba być ekspertem kremów pod oczy, żeby wiedzieć, iż skóra w tym miejscu różni się wyglądem i wymaganiami u młodych dziewczyn od skóry starszych kobiet po 50-tce! Mam wrażenie, że gdyby producent miał większy polot, to krem nadawałby się nawet dla stuletnich babć:]
Wiecie co? Teraz mnie naszło… :P Pewnie zauważyłyście, że czasami lubię czepiać się producentów pod względem słowotwórczym, więc i tym razem, nie mogę sobie odmówić następującej rozkminy – dlaczego krem nazywany jest „kremem pod oczy”, jeśli można stosować go również na górną powiekę? ;> Zastanawiałyście się kiedyś nad tym czy tylko ja mam takie badawcze odpały? ^^
Jeśli miałabym się jeszcze czepiać czegoś na opakowaniu, to braku informacji na temat typu cery, dla której ten krem jest przeznaczony. Dopiero ze strony sprzedawcy dowiedziałam się, że produkt nadaje się do każdej cery.
Ok, lecimy dalej. Jedną z nielicznych właściwości kremu, które przypadły mi do gustu, to jego konsystencja. Była lekka i przyjemna w dotyku. Co prawda, po aplikacji wyczuwalny był przez chwilę tłusty film, ale na szczęście krem dosyć szybko się wchłaniał.
Nadszedł czas na właściwości, czyli rozkładamy opis producenta na czynniki pierwsze;> W tym przypadku mogę zgodzić się tylko z jedną kwestią: krem nawilżał skórę (każdy krem to robi:] edit: w domyśle - skóra w tej okolicy była gładziutka w dotyku). Co do rozświetlenia, to nie, moje oczy nie zamieniły się w latarki ani żadne neony, a cienie pod oczami nadal pozostawały cieniami. Te mieniące się „drobinki” znikały w miarę wchłaniania się produktu w skórę. Jeśli danego poranka się nie wyspałam i miałam wory pod oczami (przypominające te od Św. Mikołaja), to krem ich nie zatuszował ani nie nadał mi „promiennego spojrzenia”. Jeśli cokolwiek się świeciło, to przez chwilę, a ja i tak nakładałam (oczywiście nie od razu) korektor pod oczy, gdy wychodziłam z domu.
O zapachu wspominałam wcześniej. Pominę już to, że w ogóle (wg producenta) miało go nie być. Początkowo ładny zapaszek umilał mi codzienną, dwukrotną aplikację kremu. Nie mam pojęcia, czy któryś składnik produktu uległ nieprzewidzianemu rozkładowi, czy o co kaman, ale po sześćdziesięciu kilku dniach zaczęłam wyczuwać smrodek, niczym aceton ze zmywacza do paznokci:/ No dobra, pomyślałam, że może przesadzam, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy. Pomęczyłam się jeszcze parę dni, ale smrodek nie znikał. Zrobiłam sobie nawet kilkudniową przerwę od używania kremu, ale bezskutecznie… I to był ten moment, w którym postanowiłam zaprzestać stosowania produktu. Rzadko kiedy nie zużywam jakiegoś kosmetyku w całości, nawet jeśli nie do końca mi on odpowiada, ale często się twierdzi, że jeśli kosmetyk zmienia konsystencję lub zapach, to trzeba uważać – nie chciałam ryzykować, zwłaszcza w obszarze twarzy, więc powiedziałam temu kremowi „STOP!”. Tak na marginesie, krem do dnia dzisiejszego capi…
Na składach się nie znam, dlatego nie odniosę się do zapewnień producenta o braku „parabenów, olejów mineralnych i syntetycznych barwników”. Niemniej jednak nie ukrywam, że widoczny na opakowaniu tak długi skład mocno mnie przeraził…
A na koniec najlepsze, tzn. zapobieganie „powstawaniu i wpływowi rodników w komórkach”, czyli nic innego, jak w moim rozumieniu „brak ZMARCH”. No proooszę Was…;> Może i posiadam już pierwsze zmarszczki, szczególnie pod oczami, ale ten maluśki kremik nie jest w stanie zapobiec powstawaniu kolejnych, które z roku na rok będą mi niestety przybywać...
Podsumowując mój wywód, recenzowany krem okazał się być dla mnie jedynie kosmetycznym gadżetem, który nie zrobił ze skórą okolic moich oczu zupełnie nic poza chwilowym nawilżeniem i jeszcze krótszym „świeceniem”. Jeśli spodziewałyście się po tym kremie czegoś więcej, to lepiej wydajcie te pięć dyszek (seriously???) na dobry korektor maskujący pod oczy:]


Dostępność: np. Igruszka 
Pojemność: 15 ml
Cena: 54,90 zł

Dziękuję 
źródło
oraz 
źródło
za możliwość przetestowania kremu. 
Fakt otrzymania darmowego produktu nie wpłynął w żaden sposób na treść recenzji.


Ps. Przynajmniej kosmetyczka się na coś przyda;)
A teraz lecę do pozostałych Dziewczyn, żeby przeczytać ich recenzje na temat tego kremu, bo przyznam Wam, że nie chciałam się uprzedzać, mimo iż strasznie mnie to korciło! :P

wtorek, 8 kwietnia 2014

Zakupy 3/2014

Jestem z siebie dumna. Bardzo dumna :D Twardo trzymam się zasady minimalizmu zakupowego i nie wydaję pieniędzy na zbędne kosmetyki (trudno wydawać szmal, gdy się go nie ma:]). Różnorodne promocje nie kuszą mnie tak jak dawniej, chyba że jakiś kosmetyk akurat dobija dna, to żal nie zaoszczędzić na nim grosza (czasami dosłownie, o czym przeczytacie pod koniec posta:]). W marcu kupiłam tylko pięć produktów, a jeden dostałam od Mamy. Mam nadzieję, że w kwietniowy odwyk zakupowy pójdzie mi równie dobrze :D

Gdy kupowałam (1) szampon do włosów z Gliss Kur (6,88 zł*) moje włosy były właśnie "bardzo zniszczone" i "suche". W międzyczasie byłam u fryzjera, więc problem poniekąd sam się rozwiązał, ale liczę, że szampon pozwoli mi utrzymać włosy w dobrej kondycji. Postanowiłam wypróbować w końcu (2) antyperspirant w kulce z Rexony (6,49 zł*), o którym czytałam same dobre opinie, więc mam nadzieję, że i mnie on nie zawiedzie. Oba produkty zakupiłam w Kauflandzie.
Następny produkt, czyli (3) balsam z woskiem pszczelim z Avonu (ok. 7 zł), zamówiła mi moja Mama w celu regeneracji suchej skóry dłoni. Okazało się, że balsam jest uniwersalny, ponieważ można stosować go również do suchych ust czy skórek wokół paznokci.
Ostatnie zakupy poczyniłam w Rossmanie. Stan mojej skóry dłoni przez długi okres był tragiczny - sucha, podrażniona i popękana. Każde poprzednie mydło (czy to w płynie, czy w kostce) potęgowało przesuszenie i uczucie pieczenia, dlatego sięgnęłam po ostatnią deskę ratunku: (5) lekarskie mydło w kostce Arzt Seife Isana (1,79 zł). Na razie jest dobrze, ale nie zapeszajmy... Na koniec muszę Wam napisać, że Rossmann ostatnio coraz częściej mnie rozczarowuje. Kończyły mi się patyczki do uszu, więc zdecydowałam się na te (4) z Isany (1,79 zł), aby zdobyć rabat -40% na perfumy, które również mi się kończyły. Jeśli nie słyszałyście wcześniej o tej promocji, to aby uzyskać owy rabat w zeszłym miesiącu, należało kupić w Rossmanie dowolny produkt i wpisać na stronie www kilka informacji, tj. datę zakupu, kwotę oraz kod, który otrzymywało się wraz z paragonem. Wszystko ładnie, pięknie, Neonowa już się cieszyła, że kupi sobie zapachową zachciewajkę, na którą czaiła się od dawna, a tu... dup... klops:] Dane z www miały zostać zweryfikowane na drugi dzień, a kod rabatowy przysłali dopiero po trzech. Nie wkurzyłoby mnie to aż tak, gdyby nie fakt, że: kod przyszedł w ostatni dzień promocji; dzień ten był niedzielą, co dodatkowo utrudniało realizację zniżki w moim mieście; ja byłam w tym czasie w innym mieście, więc nie mogłam na bieżąco sprawdzać swojego maila; wstępując już do Rossmana, nie mogłam tam połączyć się z wi-fi; wkur...zona całą sytuacją z wielką niechęcią zakupiłam ok. godziny 17:00 (7) perfumy w atomizerze Killer Queen by Katy Perry (32,49 zł) w regularnej cenie, po czym, będąc już w domu, odebrałam maila z kodem z godziny 14... no jak tu się nie wściec???:[ Powiecie, że nie musiałam ich kupować. Jasne, nie musiałam kupować akurat tych i w tym dniu, ale poprzednie perfumy wykończyłam dzień wcześniej i nie chciałam pozostać bez żadnego zapachu. Nie zmienia to faktu, że Rossman zrobił mnie w balona i nie tylko mnie, bo mojej Mamie też przysłali kod dopiero po 3 dniach i też nie załapała się na zniżkę. Możecie się śmiać i uważać mnie za upierdliwą klientkę, ale nie zamierzam zostawić tej sytuacji bez chociażby złożenia mailowego zażalenia na politykę owej drogerii:]

wtorek, 11 marca 2014

Okiem Omnomnoma #1

Dziewczyny! Dzisiaj zostawiam Was z nietypowym recenzentem, który zadebiutował przeszło rok temu (ale ten czas zapiernicza…!) za sprawą tej recenzji. Czytelniczki, które są ze mną od niedawna, mogły zapoznać się z jego wizerunkiem w tym poście. Dzisiejsze spotkanie inauguruje pierwszą w historii bloga serię recenzji pt. „Okiem Omnomnoma”! Przywitajcie go gromkimi brawami! :D


Witajcie ludziska, Ciasteczkowy Potwór Was dzisiaj ściska!


Jako że za oknem piękna wiosenna pogoda a na blogu Neonowej panuje jeszcze zima, postanowiłem dać o sobie znać w postaci małej recenzji.


Jak wpadłem na żel pod prysznic firmy Balea pewno już wiecie z powyższego filmiku - kilka siniaków, stłuczeń, ale wynagrodziły mi to zdobyte ciasteczka :) Przeszło mi nawet przez myśl, by owe ciacha rozdać w konkursie, jednak pokusa była większa i zostały "one" wchłonięte zanim pomysł wpadł do futrzastej głowy. Jak wypadła recenzja ciastee.... yyyym Balei przez Ciachowego Potwora? Ano zatem od samiutkiego początku...


Od producenta:
Nicht verstehen… Neonowa mówi, żebyście zajrzeli tutaj i zamiast „soczystym brazylijskim mango” wstawili „świeżym hawajskim ananasem” ^^

Opakowanie na pierwszy rzut oka nie budzi zastrzeżeń. Jako że lubię ananasy, już malutki plus za grafikę informującą o tym, iż po otwarciu powinien "zaatakować" mnie owy owoc. Czy zaatakował nokautująco? Co prawda, dawno nie pałaszowałem ananasa, ale jego zapach jest dosyć charakterystyczny. Na pierwszy mój węch ananasa nie stwierdziłem. Kokos, jako drugi owoc zamknięty w żelu, też mi się nie skojarzył. Może to wina mojego upadku przez opakowanie i zapachy się zmiksowały :P
Z otwarciem wieczka nie było najmniejszych problemów, jak i z jego zamknięciem - testy zderzeniowe wykazały, iż pomimo zdrowego huknięcia przeze mnie o produkt Balei, nic się nie ulało. To samo tyczy się opakowania i jego wytrzymałości przy otwieraniu ciastek :P Spokojnie zatem - jeśli przydarzyłby się upadek opakowania w łazience, akcja z mopem (jeśli macie kafelki) nie będzie potrzebna.

Wróćmy do zapachu
Po drugim hauście do mego noska i zamkniętych ocząt ujawniła się hawajska wyspa i ja na hamaku z drinkiem ze słomką w otwartym kokosie. Coś zatem z tego kokosa jest :P Bojąc się, że odpłynę z tym hamakiem na zbyt głębokie wody, przestałem testować zapach. Oceniam go pozytywnie, choć meszka mi nie urywa.

Kolej na kolor i konsystencję zawartości. 
Po ulaniu ukazuje się zielonkawy kolor, podobny jakby do jakiegoś żrącego kwasu o niewiadomym pochodzeniu. Przetestowałem żel na gąbce Balbince - żyje do dziś, czyli nie powinnien podrażniać skóry.

Czas na test terenowy... Po którymś tam z kolei użyciu nie byłbym sobą, gdybym nie sprawdził jak się ma trwałość zapachu po wojażach terenowych. Wynik: troszkę go czułem, natomiast Moja Druga Połowa Ciacha po poproszeniu o wypowiedzenie się czy coś czuje, dała wynik negatywny – stwierdzam, że nos do żeli do ciała to mam tylko ekhmmm... ja ^^

Wydajność Balei: Przyznam sie bez bicia, że nie używałem go nader często, ale ślepo mogę strzelać, iż na miesiąc powinien starczyć.

Skład:

Wrażenia z samego użytkowania są takie, jak przy większości używanych żeli. Ja osobiście czekam na taki, który przy użyciu wyrzuci mnie na drugą stronę Księżyca. Zasłyszałem też o jakiś hejtach na ten produkt wśród środowiska blogowego. Nie pytajcie o szczegóły, bo sam w tym nie siedzę :P Jaką zatem opinię wystawić jako ten nieznający się, ale czasem też testujący, zwierz? Osobiście nie podpadł mi w niczym, no… może poza paroma siniakami, dlatego z czystym sumieniem daje w rankingu od 0 do 5 mocne 4.

Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €

Jeśli Neonowa się zgodzi, to mogę w konkursie udostępnić Wam jedno opakowanie ciasteczek z jakimś bonusem ode mnie;), także wszelkie marudzenia przesyłajcie do Niej.


Miłego dnia i całuchy od Waszego Potwora Ciastkowego! Omnomnom…


Ps. Neonowa napisała wcześniej recenzje dwóch pozostałych żeli Balea z letniej limitowanej edycji. O mango pochodzącym prosto z Brazylii poczytacie tutaj, natomiast o dziwacznej marakuji - tutaj.