środa, 9 lipca 2014

Zakupy 6/2014

W poprzednim miesiącu nie wpadłam w szał zakupów kosmetycznych z kilku powodów. Po pierwsze, byłam ciągle w rozjazdach i nie miałam sposobności chodzić po drogeriach. Po drugie, potrzebowałam tak naprawdę tylko kilku produktów. A po trzecie, ten słynny „minimalizm”… znowu mi się wkręcił, bo przygotowując się powoli logistycznie do wyprowadzki z aktualnego mieszkania, przeraził mnie fakt pakowania moich zapasów kosmetycznych, a co dopiero, jakby się one jeszcze powiększyły…

Oto kilka czerwcowych nabytków:
Najpierw poszłam do Rossmanna po antyperspiranty. Planowałam kupić dwa z Rexony, ale ostatecznie z tej firmy wzięłam tylko jeden (2) w sztyfcie Invisible Aqua (6,49 zł*). Uległam też małemu gratisowi, bo do antyperspirantów z Fa dodawali bransoletkę, którą możecie zobaczyć na środku zdjęcia. Ze względu na to, że ostatnio zachwyciłam się biało-fioletową sportową wersją sprayu, tym razem chciałam wypróbować wersję różową (1) Fa Sport Double Power (5,99 zł*). W czerwcu miałam też kilka uroczystości rodzinnych, a nie wiedziałam, na ile jeszcze starczy mi mój eyeliner, dlatego dla bezpieczeństwa zaopatrzyłam się w kolejny egzemplarz (3) z Wibo (7,39 zł*). Do koszyka dorzuciłam również (4) Natural Lip Stick z aloesem i mentolem, tym razem w sztyfcie (3,99 zł).
W Biedrze zakupiłam przecenione (5) arbuzowe masełka z Bielendy (3,99 zł*) – drugą sztukę możecie wygrać w moim rozdaniu tutaj:) Do tego kupiłam również (6) płatki kosmetyczne Carea (1,99 zł), tym razem w wersji fioletowej. Natomiast w Tesco zaopatrzyłam się w zestaw (7) maszynek do golenia (3,99 zł), które kiedyś kupowałam i dawały wtedy radę.

Jak widzicie, nie było tego wiele, ale mnie to akurat bardzo cieszy :D Ciekawe, czy złamię się przy obecnej stonkowej ofercie kosmetycznej :P Na razie trzymam się dzielnie :P

poniedziałek, 7 lipca 2014

Denko 5-6/2014

Jakkolwiek uwielbiam posty denkowe, tak chyba po raz pierwszy odetchnęłam z tak ogromną ulgą po wywaleniu posegregowanych śmieci do odpowiednich kontenerów na podwórku! I wcale nie chodzi o ilość pustaków w majowo-czerwcowym denku, ale o pustaki z poprzednich miesięcy (jeszcze z zeszłego roku…), które wciąż czekały na zaległe recenzje. Kiedy po otwarciu szafy wysypała się na mnie zawartość denkowej torby, powiedziałam sobie: „O nie, Neonowa! Koniec tych sentymentów! Weź się w garść!” :P No i tak zrobiłam: zedytowałam kilka starych denek (wg obietnic z tego postu) oraz napisałam kilka zaległych recenzji, które w bliższej lub dalszej przyszłości ujrzą światło dzienne na blogu;) Swoją drogą, nie sądziłam, że projekt denko może mnie aż tak wymęczyć :P
Nie przedłużając, zapraszam Was teraz na aktualne denko z maja i czerwca, przypominając jednocześnie mini legendę:

produkt, do którego z chęcią powrócę
produkt, do którego nie wiem czy powrócę
produkt, do którego nie powrócę
  
1. Kremowy żel pod prysznic BeBeauty Happy Moments: Bardzo tani żel o dużej pojemności. Pachniał pięknie, orzeźwiająco i intensywnie. Uwielbiam takie zapachy! Konsystencja była miła w dotyku, dobrze się pieniła. Niestety, wysuszył moją skórę, a co gorsze, podrażnił ją! :( Recenzja tutaj

2. Żel pod prysznic Balea Carambola Lambada: Planuję zbiorczą recenzję letniej edycji limitowanej. Nie powrócę do niego ze względu na jego sezonowość oraz to, że mam mnóstwo innych żeli w zapasie.

3. Musujące kule do kąpieli Dairy fun (milk&honey, caramel apple, peach&mango): W opakowaniu pachniały przyjemnie, a w użyciu już niekoniecznie. Powiedziałabym nawet, że śmierdziały :/ Lekko zabarwiały wodę, nie wytwarzały piany. Bardzo dobrze natłuszczały skórę.
4. Płyn micelarny BeBeauty: Zużyłam kolejną dużą butlę i tylko taką opłaca się kupować. Micel z Biedry trochę mi się już znudził i nie planowałam do niego wracać, ale niedawno zmieniłam zdanie i muszę się znowu w niego zaopatrzeć.

5. Płyn micelarny L’Oreal Ideal Soft: Zużyłam ostatnią sztukę tego micela, jaką zachomikowałam. Nadal mam co do niego mieszane uczucia. Planuję zbiorczą recenzję kilku miceli, więc tam napiszę o nim więcej.

6. Hipoalergiczny żel do mycia twarzy z aloesem i ogórkiem: Posiadał nieszczelną zakrętkę, więc całe opakowanie i wszystko dookoła się lepiło. Z demakijażem radził sobie różnie. Nie wysuszył mojej skóry, ale strasznie mnie po nim wysypało:/ Cieszę się, że dobił wreszcie dna! Recenzja tutaj.
7. Olej kokosowy KTC: Zamówiłam go do olejowania włosów, ale nie było to na moje nerwy. Próbowałam wykorzystać go do pielęgnacji ciała, ale z kolei był za tłusty i wolno się wchłaniał. Dałam mu ostatnią szansę i zużyłam go do smażenia :D Tu spisał się świetnie! Poza gołąbkami nic mi się na nim nie przypaliło, uwydatnił smak potraw, a do tego nie zaśmierdział całego mieszkania :P Do kuchni polecam jak najbardziej :P Pachniał specyficznie (mnie się zapach nie podobał). Konsystencja oleju była uzależniona od temperatury pomieszczenia: w zimie – stan stały, w lecie – stan ciekły.

8. Tłuszcz mleczny z nagietkiem Natko: Produkt przeznaczony dla osób z problemami skórnymi. Łagodził podrażnienia po goleniu i niwelował zaczerwienione miejsca na ciele. Nie regenerował w pełni skóry. Na długi czas pozostawiał po sobie tłusty film, do tego miał okropny zapach:/ Recenzja tutaj.

9. Krem Alantan dermoline z wit. A+E: stara recenzja tutaj. Za jakiś czas planuję napisać zbiorczy post całej serii tych kremów.

10. Maseczka aktywnie matująca Dermedic Normativ: Pierwsza saszetka przyniosła opłakane skutki w postaci nadmiernego ściągnięcia skóry, pieczenia, a potem świądu. Przy drugim opakowaniu nie zauważyłam nic niepokojącego. Maseczka na krótko matowiła skórę i to tyle z jej działania.  
11. Nawilżający krem do rąk Cien: Bardzo wydajny, tani, a co najważniejsze - skuteczny krem do rąk. I to z Lidla :P Ładnie pachnie i szybko się wchłania. Recenzja tutaj.

12. Lekarskie mydło w kostce Isana Sensitive: Bardzo dobre mydło dla osób z wrażliwą skórą dłoni. Nie wysusza i nie podrażnia. Nie rozleciało się na części, było wydajne. Szkoda tylko, że nie posiadało zapachu:( Recenzja tutaj.

13. Mydełko naturalne z nanosrebrem VinSvin: Drogie (ponad 7 zł!) mydło, a wcale nie było lepsze od tego z Isany. Myć myło, ale czasem zdarzało mu się wywołać pieczenie w kontakcie z naderwanym naskórkiem. Miało brązowawy odcień. Pachniało delikatnie, ale zupełnie nie w moim guście. Szybko się zużyło.

14. Hipoalergiczne mydło naturalne Biały Jeleń: Kupiłam je do mycia pędzli i w tym przypadku sprawdziło się idealnie! Szkoda tylko, że szybko się połamało.
15. Antyperspirant Garnier mineral Maximum Control 72 h: Najfaniejsza była w nim zakrętka z blokadą :D Pachniał delikatnie i naturalnie. Trochę się „kurzył”, ale do przejścia. Na początku zapewniał dobrą ochronę, ale moja skóra chyba za szybko się do niego przyzwyczaiła, bo potem było kiepsko pod pachami.

16. Maszynki do golenia Bic twin lady: Były ostre, ale do czasu. W każdej maszynce złamała mi się ta część z ostrzem –albo za mocno uderzałam nimi o wannę, albo plastik był za słaby :P Stawiam na jedno i drugie :P  

17. Maszynki do golenia BeBeauty: Najgorsze maszynki do golenia, jakie miałam. Nie powinny nazywać się jednorazówkami, tylko pół-jednorazówkami albo nawet-nie-pół-jednorazówkami. Jedną maszynką zdążyłam sobie ogolić tylko pachy albo jedną nogę, bo na drugą albo nie starczało ostrza, albo szybko się ono zapychało:/

18. Płatki kosmetyczne Caterine: Kupione w Kauflandzie. Rozwarstwiały się. Szybko je zużyłam. Co tu dużo pisać, były beznadziejne.

19. Płatki kosmetyczne Carea (aloe vera): Nie znam lepszych płatków niż te! Jako jedyne z wersji biedronkowych mają zszyte brzegi, dzięki czemu nie ma mowy o rozwarstwianiu się. Bardzo je lubię i żałuję, że nie odkryłam ich wcześniej!

20. Patyczki do uszu Lilibe: Zwykłe patyczki, nic szczególnego. Miały fajny fioletowy kolor. Do korekty makijażu oka były dla mnie za grube.


1. Podkład Eveline Art Scenic 3w1 (naturalny): Mój pierwszy podkład i jakże niedobrany kolor :P Nie dość, że sam w sobie był ciemny, to jeszcze bardziej ciemniał na twarzy. Tworzył efekt maski i uwydatniał suche skórki. Pomimo, że miał lejącą się konsystencję, to dobrze się ją aplikowało. Był tani (6,99 zł w Biedrze dawno, dawno temu :P) i miał nieco większą niż standardowe podkłady pojemność (40 ml).

2. Tusz do rzęs Essence Multi Action: Powtarzam to już któryś raz – moja ulubiona maskara! Niestety kupiłam otwierany egzemplarz (wiedziałam o tym, ale była to ostatnia sztuka), więc starczył mi na jakieś 2 miesiące.

3. Eyeliner Essence Extra longlasting (01 deep black): Początkowo, byłam nim zachwycona, bo dawał intensywną, długotrwałą czerń i miał dość precyzyjną końcówkę. Po jakimś miesiącu kolor zaczął powoli blaknąć, kreski odbijały się na górnej powiece, a do tego wszystkiego końcówka się rozjechała (a dokładniej jej włosie).

4. Natural Lip Balm Lovely (aloe vera&mentol): Wygrałam go w jednym z rozdań i żałowałam, że zaczęłam używać go tak późno. Myślałam, że skoro to produkt z Lovely, to nie może być to nic nadzwyczajnego. Jakże się grubo pomyliłam! Był to najlepszy produkt pielęgnacyjny do ust, jakiego kiedykolwiek używałam! Idealnie zregenerował moje suche usta, a potem kontynuował ich pielęgnację. Przy nim nie było mowy o żadnych suchych skórkach! Pachniał zielarsko, ale dostarczał przyjemnego mrowienia ust, dzięki mentolowi w składzie. Nie przeszkadzała mi nawet aż tak bardzo aplikacja balsamu palcami. Puszka była solidna i bez problemu odkręcało się jej wieczko. Używałabym go nadal, pomimo upływu terminu ważności, ale niestety coś dziwnego zaczęło dziać się z jego kolorem – z żółtego zaczął zmieniać się w brązowy, co wyglądało bardzo nieestetycznie. Myślałam, że może trafiłam na felerny egzemplarz, ale wyczytałam w necie, że dwóm blogerkom też się to przydarzyło, a twierdziły one, iż wynika to ze złego połączenia składników. Wydaje mi się to całkiem wiarygodnym argumentem, zwłaszcza, że produkt został wycofany z Rossmanna! Czuję wielki smuteczek, bo moje usta są teraz suche jak wiór i nie mogę doprowadzić ich do normalnego stanu:( Co ciekawe, ten sam balsam, tylko że w formie sztyftu, nadal można zakupić w Rossie, co oczywiście uczyniłam, ale póki co, ma się on nijak do swojego brata w puszce:/

środa, 2 lipca 2014

[Zakończone!] Zjedz arbuza z Neonową - ROZDANIE! :D

Nadejszła wiekopomna chwila! Neonowa organizuje rozdanie! :D Niedawno rozpoczęło się lato i choć pogoda bywa zróżnicowana, to tak czy siak kojarzone jest ono z upałami. A co jest najlepsze na upały? ARBUZ :D Jeśli tak jak ja, jesteście fankami tego soczystego owocu i chętnie wypróbowałybyście arbuzowe kosmetyki, to zapraszam do wzięcia udziału w rozdaniu „Zjedz arbuza z Neonową”! :D Czy znajdą się jacyś chętni? :D


W skład nagrody wchodzą:

1. Żel pod prysznic Melon Tango Balea
2. Masło do ciała Arbuz Bielenda
3. Pomadka do ust Fruity Shine Watermelon Nivea

Są to kosmetyki nowe i nieużywane, zakupione z myślą o rozdaniu (jeśli widziałyście je wcześniej w postach z zakupami, to informuję jedynie, że każdy kosmetyk kupowałam podwójnie, ale nie chciałam tego pokazywać, żebyście miały niespodziankę;)).

Dla chętnych dorzucę jeszcze bonus w postaci używanej wody toaletowej Star Nature watermelon, która na co dzień znajduje się w zakładce Sprzedam/wymienię ze względu na to, że zapach nie przypadł mi do gustu. Użyłam jej dosłownie kilka razy. Woda jest ważna jeszcze przez okres 2 lat. Jestem świadoma, że nie każdemu spodoba się fakt, iż do rozdania dorzucam coś używanego, ale pomyślałam, że skoro organizuję arbuzowe rozdanie, to czemu by nie dodać czwartego kosmetyku o zapachu tego owocu, zwłaszcza, że zużycie jest naprawdę minimalne.

 Co należy zrobić, aby wziąć udział w rozdaniu?

Jedynymi warunkami obowiązkowymi są: publiczna obserwacja mojego bloga, podanie swojego adresu e-mail (w celu skontaktowania się ze zwycięzcą) i oczywiście poprawne wypełnienie formularza zgłoszeniowego:) (1 los)

Dodatkowe losy będą przyznawane za:
- zamieszczenie na swoim blogu informacji o rozdaniu w postaci baneru (2 losy)
- zamieszczenie na swoim blogu informacji o rozdaniu w postaci osobnego postu (3 losy)
- dodanie mojego bloga do blogrolla (2 losy)

Jeśli moja „Szczęśliwa siódemka” (:D) czyli Top komentatorki z dnia dzisiejszego (2.07.2014) zechcą wziąć udział w rozdaniu, to otrzymają dodatkowo 3 losy:)

 W sumie można zdobyć aż 11 losów!

Czas na regulamin rozdania (czy ktoś to w ogóle czyta?:P):
1. Organizatorem i sponsorem rozdania jest autorka bloga http://keepitinmyblackbox.blogspot.com/ - Neonowa.
2. Rozdanie nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).
3. Rozdanie skierowane jest jedynie dla osób posiadających bloga (blogi typowo rozdaniowe nie będą brane pod uwagę).
4. Osoby niepełnoletnie, które zechcą wziąć udział w rozdaniu, muszą uzyskać zgodę rodziców.
5. W rozdaniu można wygrać: żel pod prysznic Melon Tango Balea, masło do ciała Arbuz Bielenda oraz pomadkę do ust Fruity Shine Watermelon Nivea. Zwycięzca rozdania otrzyma dodatkowo używaną wodę toaletową Star Nature watermelon po uprzednim wyrażeniu zgody.
6. Warunkami obowiązkowymi wzięcia udziału w rozdaniu są: publiczna obserwacja bloga http://keepitinmyblackbox.blogspot.com/, podanie adresu e-mail oraz poprawne wypełnienie formularza zgłoszeniowego. Dodatkowe losy można zdobyć za dodanie baneru lub osobnego posta o rozdaniu, dodanie bloga http://keepitinmyblackbox.blogspot.com/ do blogrolla oraz za bycie Top komentatorką z dnia 2.07.2014.
7. Niespełnienie warunków obowiązkowych będzie równoważne z dyskwalifikacją uczestnika w rozdaniu.
8. Rozdanie trwa od 2.07.2014 godz. 22:10 do 20.07.2014 godz. 23:59.
9. Wyniki rozdania zostaną podane w ciągu 7 dni od zakończenia rozdania.
10. Nagrody zostaną wysłane w ciągu 7 dni roboczych od dnia uzyskania adresu zwycięzcy wysłanego z e-maila podanego w zgłoszeniu (w celu uniknięcia wyłudzenia nagrody przez osobę, która nie zostanie zwycięzcą).
11. Nagrody zostaną wysłane jedynie na terenie Polski. Osoby, które mieszkają za granicą mogą wziąć udział w rozdaniu, ale zobowiązane są do podania polskiego adresu do wysyłki nagrody.
12. Osoby, które zostaną obserwatorami jedynie na czas rozdania, nie będą brane pod uwagę przy ewentualnych następnych rozdaniach/konkursach.
13. Autorka bloga http://keepitinmyblackbox.blogspot.com/ zastrzega sobie prawo do zmiany regulaminu.

Na koniec podaję Wam wzór formularza zgłoszeniowego (proszę, żeby go nie zmieniać, bo wtedy łatwiej i szybciej będzie mi zliczać Wasze głosy):

Akceptuję regulamin rozdania.
Obserwuję jako:
E-mail:
Baner: TAK/NIE (+ link)
Post: TAK/NIE (+ link)
Blogroll: TAK/NIE (+ link)
Top komentatorka: TAK/NIE
Chcę otrzymać używany bonus: TAK/NIE


Baner do pobrania:


  Wszystkim uczestnikom rozdania życzę powodzenia!!! :)

Ps. Elmo zostaje ze mną i nie wchodzi w skład nagrody :P

wtorek, 1 lipca 2014

Dla fanów nagietka lub posiadaczy problemów dermatologicznych

W moich zapasach kosmetycznych bardzo rzadko pojawiają się zielarskie lub lecznicze produkty do pielęgnacji ciała. Jakimś trafem jednak znalazł się u mnie tłuszcz mleczny z nagietkiem Natko, który miał mieć wielofunkcyjne zastosowanie przy problemach dermatologicznych (stricte przy łuszczycy). Czy rzeczywiście okazał się być produktem wszechstronnym?


Od producenta: 
Opakowanie: Produkt znajduje się w białym, plastikowym pojemniczku z płaską, okrągłą zakrętką, pod którą było zabezpieczenie przed natrętami w postaci sreberka. Białe napisy na żółtym tle miały chyba w zamiarze dopomóc minimalistycznej etykiecie, ale co z tego, jak podczas bliskiego kontaktu literki mienią się w oczach. Dobrze, że zamieszczono do tego polskie biało-czarne tłumaczenie.

Konsystencja: Według producenta jest to maść o wdzięcznej nazwie „tłuszcz”. Dla mnie był to raczej maślany balsam :P
Kolor: Jasnopomarańczowy.

Zapach: Nagietkowy. Okropny! :/ Bardzo długo utrzymujący się na skórze.

Wydajność: W moim przypadku duża :P Przy codziennym stosowaniu na większe partie ciała mogłaby okazać się średnia.

Skład: 
Moja opinia: Nie choruję na łuszczycę, ale moja skóra często bywa sucha lub podrażniona, zwłaszcza podczas chłodnych miesięcy. Tłuszcz mleczny okazał się całkiem pomocnym produktem w walce z dolegliwościami dermatologicznymi na całym ciele. Dobrze i długotrwale natłuszczał skórę w okresie „grzewczym”, a także łagodził podrażnienia po depilacji. Najczęściej stosowałam go punktowo, gdy pojawiały się u mnie mniejsze lub większe suche i czerwone „placki” na skórze. Wystarczyło na noc posmarować to miejsce tłuszczem, żeby rano zaczerwienienie się zmniejszyło, a na następny dzień zniknęło całkowicie. Niestety, produkt nie zdał u mnie egzaminu przy popękanej lub skaleczonej skórze, więc nie uważam go za idealnego w zakresie regeneracji. Nie zauważyłam też poprawy ukrwienia czy działania antybakteryjnego, jakie opisuje producent.
Opakowanie było funkcjonalne, bo bez problemu można było zużyć zawartość do końca. Jeśli chodzi o konsystencję to łatwo rozprowadzało się ją na ciele, ale jej wielkim minusem było wchłanianie, a raczej brak wchłaniania, więc określenie „tłuszcz” jest w tym momencie adekwatne. Żeby nie było niejasności – konsystencja w dotyku nie jest jakimś smalcem, raczej takim maślanym balsamem, ale tłusta warstwa pozostaje na skórze do momentu umycia się, także ja polecam wieczorną aplikację tłuszczu i poranny prysznic, jeśli ktoś chciałby stosować go na całe ciało.
Najgorszy w tym produkcie jest jednak zapach, którego ja nie mogłam znieść od samego początku. Nigdy nie lubiłam zapachu nagietka, a stosowanie tłuszczu mlecznego tylko to spotęgowało. Zapach jest naprawdę nieprzyjemny, a wręcz odrzucający (no chyba, że ktoś lubuje się w tym kwiatku :P), więc używanie tego produktu było dla mnie zapachową katorgą. Tym bardziej, że zapach był bardzo intensywny i długo utrzymywał się na ciele, a co gorsza, na ubraniach.
Podsumowując, polecam wypróbowanie tego tłuszczu osobom z problemami skórnymi, ale uprzedzam o okropnym zapachu i długotrwałej tłustej warstwie.


Dostępność: Apteka
Pojemność: 250 ml
Cena: 12,90 zł


piątek, 27 czerwca 2014

Prostowanie włosów z Marion

Już dawno temu zrezygnowałam z używania suszarki do włosów, dzięki czemu mam mniejszego szopena na głowie. Nie potrafię obejść się jednak bez prostownicy. No nie i już! Tylko ona jako tako pozwala mi na wyjście do ludzi z domu :D Staram się regularnie stosować jakiś produkt do ochrony włosów przed wysoką temperaturą. 1,5 roku temu dostałam w prezencie pod choinkę płyn prostujący włosy Marion i jeszcze trochę mi go zostało. Bywa z nim różnie, a ostateczną ocenę poznacie w poniższej recenzji.

Od producenta:
Opakowanie: Plastikowa, przezroczysta buteleczka z dobrze trzymającą się zakrętką. Atomizer czasami się zacinał.
Zawartość wydobywała się z niego na wprost, nie rozpylała się na boki (jak mgiełka).

Konsystencja: Spray.

Kolor: Brak.

Zapach: Początkowo delikatny, przyjemny, utrzymujący się przez jakiś czas na włosach.

Wydajność: Duża.

Skład: Aqua, Glycerin, Cetrimonium Chloride, Trimethylsilylamodimethicone (and) C11-15 Pareth-5 (and) C11-15 Pareth-9, Propylene Glycol, Acrylates/Steareth-20 Methacrylate Crosspolymer, Cocamidopropyl Betaine, PEG-40 Castor Oil, Panthenol, Parfum, Polyquaternium-59 (and) Butylene Glycol, Benzyl Alcohol (and) Methylchloroisothiazolinone (and) Methylisothiazolinone, Citric Acid.

Moja opinia: Od razu zaznaczam, że do stylizacji (czyt. ujarzmienia :D) włosów używam wyłącznie prostownicy, więc nie wiem, jakie efekty uzyskuje się w połączeniu płynu i suszarki.
Design opakowania jest tandetny. Na plus była przezroczystość plastiku, bo można kontrolować zużycie płynu. Atomizer był kiepski, bo tak jak pisałam, płyn wydobywał się jedynie na wprost psikanych włosów, co mogło przyspieszyć ich sklejanie. Uważam, że spray’e z firmy Marion mają o wiele lepsze pompki, dzięki czemu zawartość rozpylana jest jak mgiełka na wszystkie strony.
Mam zastrzeżenia również do zapachu. O ile początkowo bardzo mi się podobał, bo przypominał perfumy, to po zużyciu 3/4 płynu (mimo zachowanej daty ważności), zaczął śmierdzieć jakąś rybą :| Takie „niepachnące kwiatki” zdarzały się, o dziwo, tylko raz na jakiś czas, więc produkt nie wylądował jeszcze w śmietniku tylko z powodu aromatu.
Na etykiecie zabrakło mi jedynie informacji, z jakiej dokładnie odległości należy aplikować płyn. Starałam się nie robić tego przy samej głowie, ale miałam wrażenie, że z odległości 20-30 cm nic nie dolatywało. Przy zbyt bliskiej aplikacji włosy oczywiście stawały się w mig poklejone, ale po użyciu prostownicy efekt ten nie był aż tak widoczny.  
Nie zauważyłam pogorszenia stanu moich włosów po stosowaniu tego produktu, więc myślę, że jakąś tam termoochronę zapewnia, a przynajmniej ja czułam się pewniej, psikając go na włosy przed prostowaniem :P Sam w sobie nie wyprostuje naszych włosów (chyba nikt w to wcześniej nie uwierzył?;>), ale muszę przyznać, że tandem spray+prostownica daje faktycznie dłuższy efekt wyprostowanych włosów niż przy użyciu wyłącznie prostownicy. Płyn nie nadał gładkości ani połysku moim włosom. Nie zapobiegał też puszeniu się włosów – wystarczyło wyjść na deszcz i od nowa trzeba było walczyć z szopą na głowie. Oceniając działanie płynu, uważam je za średnie.


Dostępność: Natura
Pojemność: 150 ml
Cena: 6,90 zł 

Co polecacie do termoochrony przy używaniu prostownicy? Macie coś sprawdzonego?;)

wtorek, 24 czerwca 2014

Biedronkowy odpowiednik żelu pod prysznic z Nivea

Stonka słynie z najtańszych produktów, obejmujących również dział „urodowy”. Kremowy żel pod prysznic BeBeauty Happy Moments jest stałym bywalcem regału kosmetycznego. Już dawno był na mojej „żelowej liście”, ale nie spieszyło mi się z jego zakupem, bo wiedziałam, że nie będzie żadnego problemu z jego dostępnością. Mimo tego, nie mogłam przejść obok niego obojętnie, kiedy kilka miesięcy temu obniżyli jego standardową cenę o całe 30% :P Takie promocje nie wymagają w moim przypadku długiej manipulacji, no bo jak tu nie wziąć prawie pół litra żelu pod prysznic w zawrotnej cenie 2,65 zł? :D
Od producenta:
Opakowanie: Podłużne, plastikowe, z zakrętką na „klik”. Plastik jest dość twardy, przez co trudno wydobyć resztki żelu, dlatego trzeba sobie dopomóc, dolewając do środka wody – polecam zdjąć całą zakrętkę, gdyż wtedy ukazuje się naszym oczom o wiele większy otwór (uważajcie przy tym na swoje palce, bo ja sobie złamałam paznokcia!:/).
Szata graficzna utrzymana w kolorystyce biało-pomarańczowej jest skromna, ale mnie się podoba.

Konsystencja: Kremowa.
Kolor: Biały.

Zapach: Pobudzający, przyjemny. Utrzymuje się na skórze i jest wyczuwalny również w całej łazience.

Wydajność: Duża.

Skład:

Moja opinia: Niestety mam mieszane uczucia co do tego żelu. Największą zaletą, zaraz obok dużej pojemności i niskiej ceny, jest bardzo przyjemny i pobudzający zapach kwiatu pomarańczy, który długo utrzymuje się, zarówno na skórze, jak i w łazience. Przy takim aromacie naprawdę można się zrelaksować. Kremowa konsystencja jest przyjemna w dotyku, łatwo rozprowadza się na ciele i dobrze się pieni. W życiu nie pomyślałabym, że kremowy żel może wysuszać moją skórę, a jednak!:( Jakoś bym to zniosła, bo po prysznicu i tak staram się regularnie aplikować na ciało jakieś mazidło, jednak następna właściwość tego produktu przekreśliła go na całego. Mianowicie, po użyciu tego żelu na mojej skórze zaczęły pojawiać się czerwone plamy i krostki, głównie na ramionach i dekolcie, więc ewidentnie podrażnia mnie jakiś składnik:( Wielka szkoda, bo polubiłam się z tym produktem i na początku byłam pewna, że zakupię go ponownie. Chciałabym wypróbować innych wersji kremowego żelu z BeBeauty, ale nie chcę się rozczarować… Zastanawiałam się jeszcze nad zakupem żelu Happy Time z Nivea (jest pierwowzorem żelu biedronkowego), ale po porównaniu składów obu żeli (są bardzo zbliżone), nie zdecyduję się na niego.


Dostępność: Biedronka
Pojemność: 400 ml
Cena: 3,99 zł

Znacie ten żel? Porównywałyście go z pierwowzorem z Nivea?

środa, 18 czerwca 2014

Łagodne mydełko do rąk dla wrażliwców

Jeszcze do niedawna nie zwracałam szczególnej uwagi na właściwości mydeł do rąk. Przy zakupie zawsze kierowałam się wyłącznie zapachem i ceną, a potem dziwiłam się, że moja skóra jest przesuszona, podrażniona czy, co gorsza, niedomyta. Wszystko się zmieniło, od kiedy nasiliły się u mnie problemy dermatologiczne dłoni, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. Każdorazowy kontakt z „ładnie pachnącym” mydełkiem nasilał objawy uczuleniowe. Zainteresowałam się wtedy łagodniejszymi produktami myjącymi i zaczęłam szukać swojego wybawcy. I tak oto doszło do spotkania z lekarskim mydłem w kostce Isana Sensitive.


Od producenta:

Opakowanie: Mydło zapakowane jest w prostokątny, papierowy kartonik z niezbędnymi informacjami od producenta.

Konsystencja: Kostka. Przez prawie cały okres stosowania nie łamie się i nie rozwarstwia, jest zbita.
Kolor: Biały.

Zapach: Brak.

Wydajność: 1-1,5 miesiąca.

Skład: Sodium Palmate, Sodium Cocoate, Aqua, Glycerin, Sine Adipe Lac, Glyceryl Stearate SE, Cera Alba, Lauryl Methyl Gluceth-10 Hydroxypropyldimonium Chloride, Sodium Chloride, Tetrasodium Etidronate.

Moja opinia: Właśnie takiego mydła szukałam! Niby najzwyklejsze mydełko pod słońcem a spełniło (prawie) wszystkie moje oczekiwania. Przede wszystkim, w żadnym stopniu nie podrażniało skóry moich dłoni ani dodatkowo jej nie przesuszyło. Nie powtórzyłabym za producentem, że mydło intensywnie przywraca skórze właściwą strukturę, bo od tego są dermatologiczne maści i inne specyfiki, więc myślę, że „lekarskie” jest tylko z nazwy. Mydło cały czas miało zbitą konsystencję, nie rozleciało się na kawałki ani nie zamieniło się w jedną wielką papkę, jak to zazwyczaj bywa pod koniec żywota zwykłych mydełek w kostce. Pieniło się średnio. Jedyny minus tego produktu to brak zapachu, ale jestem w stanie to wybaczyć, bo albo chcemy mieć pachnące dłonie, albo zdrowe dłonie. Wiem, że na wielu konsumentach to mydełko może nie zrobić żadnego wrażenia, ale jeśli ktoś ma problematyczną skórę dłoni, niezależnie od pory roku, to na pewno je doceni, bo może okazać się ostatnią deską ratunku, tak jak to było w moim przypadku.
 

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 100 g
Cena: 1,79 zł


Używacie łagodnych mydełek do rąk? Polecacie któreś szczególnie?:)

niedziela, 15 czerwca 2014

Zakupy 5/2014 (+ prezenty i wygrana)

Jest połowa czerwca, a ja jeszcze nie pokazałam Wam swoich nabytków z poprzedniego miesiąca. Co najlepsze, kupiłam tylko cztery kosmetyki, a pozostałość jest wynikiem przymusu, imienin i konkursu blogowego :D

W jednym czasie pokończyły mi się produkty do pielęgnacji twarzy, co, o dziwo, bardzo mnie ucieszyło, bo w końcu mogłam kupić sobie te kosmetyki, które już od dawna chciałam przetestować.
Ale zanim o pielęgnacji, to powinnam dostać lanie na gołe dupsko za kupienie kolejnego (1) żelu pod prysznic, tym razem limonki i mięty z Isany (2,49 zł*). Usprawiedliwienie mam tylko jedno – kocham Mojito <3 Do twarzy zakupiłam w Rossmanie zachwalany przez wiele blogerek (2) płyn micelarny Garnier 3w1 (12,99 zł*), w Biedrze (3) delikatny żel-krem łagodzący BeBeauty (4,99 zł*), a w Hebe (4) krem nawilżający matujący Ziaja 25+ (7,99 zł*). Wstępne opinie już sobie o nich wyrobiłam, ale poczekam jeszcze do zużycia co najmniej połowy zawartości.

Mój Ukochany wie, że nie mam dostępu do Natury, dlatego gdy tylko jestem u niego w mieście, zaciąga mnie siłą do owej drogerii. Naprawdę :P Nie pomagają nawet tłumaczenia, że moja szafa nie mieści już moich kosmetycznych zapasów… 
Jako pierwszą rzecz wybrał dla mnie (5) perfumy Essence like a first day in spring (17,99 zł*). Pamiętam, że kiedyś mi się podobały, a że akurat zrobili wyprzedaż, to oczywiście Mój Ukochany wpakował mi je do koszyka. Na początku maja, jak pamiętacie, była w Naturze promocja -40% na kolorówkę, więc dostałam „nakaz” (powtarzam, wbrew własnej woli :P) wybrania sobie dwóch rzeczy. Po wielu marudzeniach, że nie potrzebuję, że nie chcę, że to, że tamto, zdecydowałam się na (6) tusz do rzęs Essence I <3 Extreme (7,19 zł*) i (8) szminkę Catrice 310 (10,19 zł*) w odcieniu pięknej, soczystej i mega kobiecej czerwieni, w której wyglądam jak Joker z Batmana :D Na ostatnią rzecz z kolorówki, czyli (7) szminkę Rimmel 070 Airy Fairy (11,99 zł*) naciągnęłam Mojego Ukochanego już sama :D Wstyd mi, no ale jak to mówią: „daj mu palec, a weźmie całą rękę” :P

W maju obchodziłam też imieniny, więc tutaj już bez pardonu zażyczyłam sobie od Mojego Ukochanego dwa urodowe gadżety. Ba, nawet podpowiedziałam mu gdzie i za ile może je kupić :P 
Tutaj macie dowód, że blogi to ZUO, bo kiedyś pukałam się w czoło na myśl, że ktoś może sobie kupić kawałek plastiku do włosów za kilkadziesiąt złotych, a teraz Wy możecie zrobić to samo wobec mnie i mojej nowej (9) szczotki Tangle Teezer (ok. 28 zł* w drogerii Kosmyk). Oj, coś czuje, że na jednej się nie skończy i będę się rozglądać za wersją kompaktową :P Tak w ogóle, to mój model jest pomarańczowo-żółty i w rzeczywistości jest ociekający zaje…neonowością, jak autorka tego bloga (dobra, wiem, kiepski żart :D), ale mój aparat wie swoje :/ W prezencie dostałam też (10) atomizer do perfum Travalo (ok. 7 zł na Allegro bez przesyłki), który jest dla mnie wybawieniem przy częstych wyjazdach, bo nie muszę wozić ze sobą całego flakonu z perfumami, który zazwyczaj jest dosyć ciężki. Niestety, mój egzemplarz przecieka przy napełnianiu, ale przy psikaniu działa już prawidłowo.

W zeszłym miesiącu udało mi się wygrać fotograficzny konkurs u Strawberry pt. „Wiosna w obiektywie”. Moje zwycięskie foto, jak i fotki pozostałych, możecie obejrzeć sobie tutaj. I w tym momencie poproszę o wielkie brawa dla Mojego Ukochanego, który dzielnie znosił moje humorki (łagodnie to nazywając) i pomagał mi w ustawieniu najlepszego kadru. Biedactwo nabawiło się przy tym ataku alergii (zresztą ja też – dobraliśmy się idealnie, nie ma co :D), ale „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” (co ja tak dzisiaj sypię przysłowiami? :D), bo udało się mi (nam) wygrać (11) otulające masło do ciała i (12) orzeźwiający balsam do rąk Pat&Rub. Masełko zostawię sobie na okres jesienno-zimowy, ale balsam już zaczęłam stosować i powiem Wam, że pachnie cuuuudnie! :D

A co Wy nabyłyście w maju? Panował ban kosmetyczny czy istna rozpusta? :D

środa, 11 czerwca 2014

Biegiem do Lidla! W podskokach! :P

Pamiętam, że nawilżający krem do rąk Cien znajdował się kiedyś na półeczce pod lustrem w łazience mojego rodzinnego domu. Za pewne kupiła go moja Mama. Na wakacjach (czy kiedy to tam mogło być) użyłam go parę razy i nie zrobił na mnie spektakularnego wrażenia. Pomyślałam sobie wtedy: „No i czegóż więcej mogłam się spodziewać po kremie z Lidla?”
Po kilku miesiącach, ku mojemu zdziwieniu, natknęłam się na kilka bardzo pozytywnych recenzji na jego temat i zaczęłam się zastanawiać, co takiego „świetnego” w sobie posiada, że jest aż tak zachwalany. Po jakimś czasie zdążyłam już zapomnieć o tym kremie, ale sam postanowił dać o sobie znać, kiedy stojąc któregoś dnia w kolejce do kasy w Lidlu, przykuł moją uwagę :D Postanowiłam dać mu szansę i ostatnim rzutem na taśmę znalazł się wśród moich zakupów :P


Od producenta: 
Opakowanie: Krem znajduje się w plastikowej, podłużnej tubce z zakrętką na „klik”. Swoją biało-fioletową (aparat twierdzi jednak, że biało-niebieską :P) szatą graficzną, z widocznymi migdałami kojarzy mi się z jednym z wariantów kremu do rąk Nivea (możecie porównać sobie tutaj).

Konsystencja: Lekka, nawilżająca.
Kolor: Biały.

Zapach: Przyjemny i bardzo charakterystyczny.

Wydajność: Bardzo duża. Mnie wystarczył na pół roku prawie codziennego stosowania!

Skład: 

Moja opinia: Początkowo podeszłam do tego kremu sceptycznie (jak i do wielu innych kosmetyków z marketów), ale szybko wyrobiłam sobie o nim pozytywną opinię. Ten krem jest świetny! Nie poradzi sobie oczywiście z bardzo suchą skórą dłoni, ale nie taki jest jego cel, bo ma jedynie nawilżać i to właśnie robi. Moje dłonie są już w lepszej kondycji (w porównaniu z jesienią i zimą), więc taka lekka formuła jest dla mnie wystarczająca. Co prawda, pozostawia po sobie dziwną powłoczkę, ale nie jest ona na tyle przeszkadzająca, żeby uniemożliwiała robienie czegokolwiek po chwili od aplikacji kremu. Nie potrafię dokładnie określić zapachu tego produktu, bo nie wiem jak pachnie masło Shea, ale jestem przekonana, że gdyby ktoś zasłonił mi oczy i podstawił kilka kremów pod nos, to bez problemu rozpoznałabym ten lidlowski. Krem jest baaardzo wydajny i choć po jakimś czasie poczułam się nim znudzona, to teraz żałuję, że powoli zaczyna dobijać dna… Co tu dużo pisać – jeśli szukacie lekkiego, przyjemnego i taniego kremu do rąk, to lećcie po niego do Lidla! Ostatnio zauważyłam, że pojawiły się też inne wersje tego kremu, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie;)


Dostępność: Lidl
Pojemność: 125 ml
Cena: 3,99 zł

Znacie ten krem? Próbowałyście już innych wersji? Polecacie je?

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Miało być fajnie, naturalnie, hipoalergicznie...

Czytałam wiele pozytywnych recenzji o tym produkcie, dlatego wiedziałam, że prędzej czy później trafi do moich kosmetycznych zbiorów. W tym gąszczu pozytywów natknęłam się również na jedną czy dwie negatywne opinie, dlatego miałam pewne obawy co do efektów ubocznych stosowania owego kosmetyku. Z tego względu hipoalergiczny żel do mycia twarzy z aloesem i ogórkiem zajmował drugie miejsce w kolejności chęci wypróbowania, ale ostatecznie promocyjna cena spowodowała, że poszedł na pierwszy ogień. 

Od producenta:

Opakowanie: Małe, poręczne, wykonane z twardego plastiku. Plus za nierzucającą się w oczy etykietę i przezroczystość plastiku. Największy minus za tragiczną, przeciekającą zakrętkę, przez którą spora ilość zawartości ulega zmarnowaniu.

Konsystencja: Żelowa, bardzo rzadka, tzw. „lejąca się”.

Kolor: Zielony.

Zapach: Delikatny, nie przeszkadza w użytkowaniu.

Wydajność: Bardzo duża. Żel (niestety) starczył mi na 3 miesiące!

Skład:

Moja opinia: Miało być fajnie, naturalnie, hipoalergicznie, a było średnio/źle. Zaletami żelu są na pewno: zapach, wydajność i cena. Tak, jak wspomniałam, z powodu zakrętki stosowanie tego żelu za każdym razem doprowadzało mnie do irytacji - opakowanie było wiecznie ubabrane, bo żel powoli spływał sobie po jego zewnętrznych ściankach. Nie muszę chyba pisać, w jakim stanie była moja kosmetyczka, gdy zabierałam żel na wyjazdy… Konsystencja również nie przypadła mi do gustu, była za rzadka i przelewała mi się przez palce do wanny (aktualnie nie mam zlewu:]).
Jeśli chodzi o usuwanie makijażu, to z eyelinerem i tuszem do rzęs radził sobie poprawnie, a z podkładem – dostatecznie, dlatego polecam uprzednie wykonanie demakijażu np. płynem micelarnym. Wydawałoby się, że żel będzie odpowiedni dla mojej alergicznej i mieszanej cery. Cóż, nie podrażnił jej ani nie wysuszył, a mimo to nie zakupię tego produktu ponownie. Głównym zarzutem w działaniu tego żelu jest pojawienie się dużej ilości wykwitów podskórnych na mojej twarzy przez cały okres jego stosowania! Mam pewność, że żaden inny kosmetyk nie mógł spowodować takiego wysypu, dlatego ja odradzam zakup tego żelu wrażliwcom.


Dostępność: Hebe, Drogerie Polskie
Pojemność: 200 ml
Cena: 5,09 zł (w promocji)


Miałyście tę lub inną wersję żelu z Białego Jelenia? Co o niej sądzicie?