wtorek, 10 lutego 2015

Ananasowe żelki czyli karnawał w Rio :D

Jesteście miłośnikami egzotyki, lasów tropikalnych albo chociaż gadających papug? Jeśli tak - to świetnie! Jeśli nie - nie szkodzi! Obstawiam, że do większości z Was przemówią te niesamowite kolory żelu pod prysznic Fruit Kiss Exotic Passion bez względu na upodobania klimatyczne. W każdym razie, ja myślami jestem już w Ameryce Południowej, chociażby na karnawale w Rio... :D
Od producenta: Żel pod prysznic Fruit Kiss o urzekającym owocowym zapachu to moc przyjemności podczas kąpieli. Żel wzbogacony został w witaminę E, która znana jest ze swoich właściwości antyutleniających. delikatna formuła żelu z cennymi perełkami łagodnie myje i pielęgnuje Twoje ciało, a odpowiednio dobrany, fascynujący zapach sprawia, że kąpiel dostarcza niezapomnianych doznań.   

Opakowanie: Przezroczysta buteleczka wykonana z twardego plastiku, posiadająca zakrętkę na zatrzask z wgłębieniem na kciuka. Na etykiecie widnieją barwni przedstawiciele egzotyki w postaci papugi, motyla i jaskrawej roślinności. 

Konsystencja
: Żelowa, gęsta, z zatopionymi drobinkami. 
Kolor: Żel - żółty, drobinki - czerwone.

Zapach: Ananasowy.

Skład:
Moja opinia: Miałam opory przed zakupem tego żelu ze względu na niemiłe doświadczenia zapachowe z jedną z poprzednich wersji Fruit Kiss, o której pisałam w tym poście. Jednak ze względu na to, że wszystkie inne właściwości pozytywnie mnie zaskoczyły, postanowiłam dać drugą szansę tej serii i nie zawiodłam się! No ale zacznijmy po kolei :D
Opakowanie przypadło mi do gustu przede wszystkim ze względu na przezroczystość. W kwestii genialnej etykiety uważam, że Biedro tym razem mocno dała radę i chyba zaczęła się wzorować na żelach z Balei;)
Zapachowo nie jest to do końca moja bajka, ale i tak jestem w stanie zrelaksować się pod prysznicem (a to dopiero :D). Zapach jest owocowy, słodki i przypomina mi ananasowe żelki :D Utrzymuje się dość długo na skórze i w łazience :D Przyznam, że pod względem zapachowym bardziej spodobała mi się wersja zielona z limonką, ale decydując się tylko na jeden egzemplarz, rozsądek postawił na konsystencję. A jest ona naprawdę gęsta i przyjemna w dotyku. Jak widzicie na zdjęciu, zawiera w sobie małe czerwone drobinki (wg producenta perełki), które przez moment dają wrażenie bardzo delikatnego peelingu. Zanim zaczniecie zastanawiać się nad tym, czy jest to peeling czy też nie, to drobinki zdążą się już rozpuścić (dla mnie jest to akurat idealna opcja, bo ja nie lubię "drapaków" pod prysznicem). Wydaje mi się, że w wersji żelu sprzed 2 lat, o której przed chwilą wspomniałam, tamte drobinki szybciej się rozpuszczały i były delikatniejsze, ale mogę się mylić, bo pamięć już nie ta :P
Gęsta konsystencja nie daje zbyt dużej piany, ale bardzo dobrze pielęgnuje ciało. Skóra jest mocno nawilżona, wygładzona i właściwie nie ma potrzeby używania balsamu. Do tego żel nie wywołuje podrażnień (co jeszcze bardziej mnie ucieszyło po ostatniej wpadce z Baleą). 
Cóż więcej można rzec? Żel jest świetny i kosztuje śmieszne pieniądze! W zeszłym tygodniu widziałam go u siebie jeszcze taniej, bo za 3,49 zł :D Nie sądziłam, że żel z Biedronki jest w stanie pobić Baleę, ale w tym przypadku tak właśnie jest! Biedro, oby tak dalej! I mimo mojego postanowienia o tegorocznym uszczupleniu żelowych zapasów, chyba dokupię jeszcze jedną buteleczkę (czy zakup pozostałych wersji w moim wykonaniu byłby już przesadą? ;>) tego żelu, bo boję się, że ten produkt okaże się jednak sezonowy...

Dostępność: Biedronka
Pojemność: 300 ml
Cena: 4,99 zł

Poznałyście już ten żel? Czy ta seria pojawiła się już w Waszych Biedro?

piątek, 6 lutego 2015

Zakupy 1/2015 + wygrana

Na dobrą sprawę w pierwszym miesiącu nowego roku nie planowałam żadnych zakupów kosmetycznych. Było tak do czasu, gdy produkty, zarówno do włosów, jak i do twarzy, nagle i hurtowo zaczęły sięgać dna. Siłą rzeczy trzeba było błyskawicznie uzupełnić powstałe braki. Dodatkowo moje zapasy zasiliły dwa nowe nabytki, na które nie wydałam ani grosza. No takie prezenciki to ja rozumiem :D

Będąc w Niemczech, wybrałam się do DM-u. Kupiłam tylko to, co zamierzałam (po raz pierwszy :D). Dobrze, że wtedy nie wprowadzili jeszcze nowej edycji limitowanej, bo pewnie wyszłabym dodatkowo z żelami pod prysznic :P Zdecydowałam się na (1) szampon i (2) odżywkę do włosów Balea Oil Repair z linii profesjonalnej (1,45 €/sztuka). Czytałam o tym zestawie w większości dobre opinie, więc mam nadzieję, że i u mnie się sprawdzi. Kupiłam też (3) odżywkę do włosów Balea z figą i perłą (0,65 €), bo potrzebowałam jakiejś zwykłej odżywki. Na koniec wrzuciłam do koszyka  (4) pomadkę ochronną do ust Balea Queen Candy (0,85 €) tylko dlatego, że ma pachnieć karmelem i pochodzi z edycji limitowanej :D To właściwie jedyna styczniowa zachciewajka, więc jest dobrze :D
Za kolejny produkt wcale nie należą mi się baty :P Mój Ukochany kupił mi w Biedronce (5) żel pod prysznic Fruit Kiss Exotic Passion (4,99 zł), bo przystanęłam przy regale z kosmetykami i zaczęłam obczajać nową serię. Były jeszcze dwa inne zapachy, ale wybrałam sobie wersję z drobinkami i powiem Wam, że nie żałuję, bo prawdopodobnie żel ten trafi na listę moich Kosmetycznych Hitów obecnego roku :D Na dniach pojawi się jego recenzja, bo jak widzicie już zużyłam połowę:( Dalej mamy zimowy (6) krem do twarzy Cien MED (11,99 zł). Potrzebowałam czegoś odżywczego, bo moja ulubiona Ziaja (25+) nie daje rady podczas mrozów. Jak na razie jestem z tego kremu zadowolona, ale stosuję go tylko na noc. Szukałam jeszcze jakiegoś kremu na dzień (Ziaja się niestety skończyła), więc kupiłam w Naturze ten, który już dawno mnie kusił, czyli (7) nawilżający krem matujący Bielenda ogórek i limonka (16,99 zł). Świetnie pachnie, ale zobaczymy, jaki okaże się w działaniu;)
Na koniec przedstawiam moją wygraną w rozdaniu u Narji. Właściwie to dostałam ją w spadku, bo trzy poprzednie osoby, które zostały wylosowane, nie zgłosiły się po odbiór nagrody. Z przekory napisałam, że jak znowu nikt się nie zgłosi po wygraną, to ja chętnie ją przygarnę, no i tak się stało, bo Narja postanowiła mnie nagrodzić (swoją drogą, po tej sytuacji coraz więcej osób wykorzystuje mój spontaniczny patent :P) :D Ich pech, moje szczęście :D Oprócz tuszu z Rimmela Wonder’full z olejkiem arganowym dostałam jeszcze próbkę mleczka z Le Petit Coś Tam Coś Tam (:D), ale zużyłam ją przed obfoceniem nowości :D

A Wy co zakupiłyście w styczniu?:)

Ps. Kupiłam jeszcze trójpak płatków kosmetycznych z Biedry (5,99 zł), ale zdecydowałam, że chyba już nie będę ich pokazywać w poście zakupowym, bo to standardowa pozycja;)

wtorek, 3 lutego 2015

Nie ma jak pompa!

Powiedzenie „Do trzech razy sztuka” idealnie wpasowuje się w dzisiejszą recenzję, bowiem po raz czwarty nie dam się już nabić w butelkę (z pompką)! Trzy zużyte sztuki zmywacza do paznokci BeBeauty z lanoliną i gliceryną upewniły mnie w posiadaniu krytycznego stosunku do tego produktu. Wybaczcie, że nie zamieszczam zdjęcia opakowania o pełnej zawartości, ale za każdym razem znikała ona tak szybko, że nie zdążyłam jej obfocić. A wszystko rozchodzi się o opakowanie…
Od producenta: Nawilżająco-zmiękczający: Bezacetonowy zmywacz do paznokci naturalnych i sztucznych. Łatwo i skutecznie usuwa lakier nie rozmazując go. Nie wysusza i nie odbarwia płytki paznokciowej. Natłuszcza i chroni skórę wokół paznokcia przed wysuszeniem. Pozostawia płytkę paznokciową lekko odtłuszczoną, przygotowując ją pod zabieg manicure. Innowacyjna i poręczna pompka umożliwia precyzyjne odmierzenie dozy zmywacza.

Opakowanie: Plastikowa buteleczka z pompką.
Konsystencja: Płynna.

Kolor: Różowy.

Zapach: Delikatny.

Sposób użycia: Nasączony zmywaczem wacik przyłożyć na kilka sekund do paznokcia w celu rozpuszczenia lakieru, co pozwoli na jego szybkie i łatwe usunięcie. Następnie umyć ręce.

Skład: Lanolina – naturalny olej o silnym działaniu nawilżającym i zmiękczającym. Pobudza regenerację naskórka, dzięki czemu zapobiega uszkodzeniom skry wokół paznokci. Gliceryna – składnik pochodzenia roślinnego o długotrwałym działaniu nawilżającym. Skutecznie przenika do głębszych warstw naskórka i płytki paznokciowej zapobiegając utracie wody.

Moja opinia: Zaczynając od właściwości zmywacza, nie mam do niego większych zastrzeżeń. Dobrze i nawet sprawnie zmywa wszystkie lakiery (także brokaty). Troszkę rozmazuje te ciemniejsze, ale być może jest to kwestia samych lakierów. Nie natłuszcza płytki paznokciowej, ale nie powoduje też spustoszenia w postaci wysuszenia, co zdarza się przy zmywaczach z innych firm. Posiada delikatny i całkiem przyjemny zapach (co jest ewenementem wśród tego typu produktów), który po aplikacji utrzymuje się jeszcze przez chwilę na paznokciach.
W kwestii opakowania, krótko mówiąc, jest ono tragiczne! Owszem, jest innowacyjne, bo stosunkowo niewiele firm wprowadziło zmywacze z pompką, ale no ludzie (jakby to powiedział Kryszak), jak już coś robimy, to róbmy to porządnie! Przyznam się Wam, że po drugiej sztuce miałam darować sobie kolejny zakup tego zmywacza, ale jakiś czas temu zmieniono plastikową część w zakrętce (na czarną), więc miałam nadzieję, że producent wreszcie zrobił z tym porządek. O, ja naiwna… Za każdym razem trzeba się trochę napompować, aby mechanizm w końcu zaskoczył i aby wydobyć zawartość. Pompka początkowo działa (o dziwo) normalnie, by po kilkunastu razach „nadejszła apukalipsa”. Wszystko zaczyna przeciekać! Zarówno na środku pompki, jak i pod nią, a dodatkowo na dole samej zakrętki (jak się dobrze przyjrzycie, to zobaczycie to na zdjęciach pompki). Zmywacz dosłownie rozbryzguje się na wszystkie strony świata! Nie muszę chyba pisać, że całe opakowanie jest uwalone… Czasami już wkurzałam się do tego stopnia, że odkręcałam zakrętkę z pompką i normalnie lałam zmywacz na wacik, czyli używałam tej „innowacji” jak każdego poprzedniego zmywacza bez pompki. Apogeum krytyki osiągnął ten gagatek po przyjeździe do domu z pewnej podróży, kiedy to zauważyłam, że połowa (!) zawartości zmywacza wylała się w kosmetyczce, a kolejna 1/2 z tej połowy wyciekała sobie na legalu w trakcie ratowania sytuacji i wyciągania zmywacza z kosmetyczki. Co najśmieszniejsze, zmywacz cały czas przebywał w pozycji pionowej, więc jak to się do diaska stało???
  
Dostępność: Biedronka
Pojemność: 150 ml
Cena: 5,99 zł


W wielu recenzjach spotykam się z podobną sytuacją, jednak zdarzają się też pojedyncze wyjątki, gdzie osoby są zadowolone z działania tej pompki, gdyż nic im nie przecieka. A jak to jest u Was? Używacie takich zmywaczy? 

wtorek, 27 stycznia 2015

Kremowy strzał w dziewiątkę!

Nadal szukam ideału wśród kremów do pielęgnacji problematycznych dłoni, które swoje apogeum przeżywają w okresie jesienno-zimowym. Z początkiem września dostałam od mojej Mamy glicerynowo-aloesowy krem do rąk do skóry podrażnionej Anida, który dość przypadkowo zakupiła w aptece. I to był strzał w dziewiątkę (tak, nie dziesiątkę)!
Od producenta:
Opakowanie: Wąska, podłużna tubka z zakrętką. Etykieta w kolorystyce biało-zielonej zawiera same najpotrzebniejsze informacje.

Konsystencja: Lekka, łatwo się rozprowadza.

Kolor: Biały.

Zapach: Delikatny, przyjemny.

Skład:
Moja opinia: Produkt znalazł się w gronie moich Kosmetycznych Hitów ubiegłego roku. Ze wszystkich właściwości najbardziej przypadła mi do gustu jego lekka, niemalże śmietankowa, formuła, która bez najmniejszych problemów rozprowadza się po skórze oraz wchłania się na tyle szybko, że już po ok. 30 sek możemy śmiało przechodzić do wykonywania wszelkich manualnych czynności. Zapach kremu jest delikatny i przyjemny. Chociaż produkt zawiera wyciąg z aloesu i nagietka, to ja nie wyczuwam w nim żadnego z tych aromatów, co dla mojego nosa oznacza akurat bardzo komfortowe warunki.
Krem spełnia obietnice producenta. Po aplikacji produktu skóra dłoni jest rzeczywiście bardzo dobrze nawilżona i elastyczna, dzięki czemu zdążyłam zapomnieć, jak wyglądają tzw. suche skórki. Zgodzę się również z zapewnieniem co do łagodzenia podrażnień – czerwone plamy na dłoniach, wynikające z niskich temperatur czy działania detergentów, stają się różowe, a z czasem mocno bledną. Dlaczego więc oceniam go na 9-tkę a nie 10-tkę? Jeśli regeneracja skóry jest dla producenta równoznaczna ze złagodzeniem podrażnień, to faktycznie wywiązał się on ze wszystkich obietnic na opakowaniu. Dla mnie jednak nie jest to tym samym. W moim przypadku krem jedynie łagodzi podrażniony naskórek, ale nie naprawia go w stu procentach. Wiem, że nie jest to produkt leczniczy, dlatego też nie wymagam od niego cudów.
Regularne stosowanie tego produktu stało się dla mnie wielką przyjemnością, ponieważ widzę jego dużą skuteczność. Inne kremy wymagały ode mnie kilkunastu aplikacji w ciągu dnia, a teraz liczba ta została zmniejszona do kilku użyć. Dzięki temu krem jest jeszcze bardziej wydajny, a do tego jest śmiesznie tani! I choć całkowicie nie regeneruje moich dłoni, to na chwilę obecną nie szukam jego zamiennika. Stał się moim numerem jeden i to na cały rok, a nie tylko na okres jesienno-zimowy! Jego jedynym minusem jest niestety słaba dostępność, ponieważ tę wersję możemy kupić wyłącznie w aptekach (i to nie w każdej) lub online.

Dostępność: niektóre apteki
Pojemność: 100 ml + 25 ml gratis
Cena: 4,30 zł


Znacie ten krem? Polecacie jakieś inne produkty z firmy Anida?


piątek, 16 stycznia 2015

Swędzący sekret od Balei

Kiedy zobaczyłam ten produkt na jednym z dolnych regałów w niemieckim DM-ie, byłam przekonana, że jest on przeznaczony dla mężczyzn. To nie powstrzymało mnie jednak, żeby powąchać jego zawartość i… przeżyć miłe zaskoczenie, że nie kojarzy się wcale a wcale z typowymi męskimi żelami pod prysznic. Najzwyczajniej w świecie zmyliła mnie etykieta (czarny design). Okazało się, że żel pod prysznic Balea Black Secret wanilia & pomarańcza wchodzi w skład zimowej edycji limitowanej i, wg mnie, wyróżnia się najprzyjemniejszym zapachem z trzech dostępnych wersji, dlatego na dwie pozostałe tym razem się nie skusiłam.
Od producenta:
Der frische Duft der Balea Black Secret Dusche nach Vanille und Orange verführt Ihre Sinne und sorgt für ein einmaliges Duscherlebnis. Die feuchtigkeitsspendende Pflegeformel bewahrt die Feuchtigkeitsbalance der Haut und schützt vor dem Austrocknen. Tauchen Sie in den Zauber von Früchten und Blüten ein!

[Moje i wujka Gugla tłumaczenie:] Świeży zapach Balea Czarny Sekret wanilii i pomarańczy uwodzi zmysły i pozwala na unikalne doświadczenie pod prysznicem. Formuła pielęgnacyjna zachowuje równowagę nawilżenia skóry i chroni ją przed wysychaniem. Zanurz się w magii owoców i kwiatów!

Opakowanie: Standardowe dla żeli z Balea: wąska plastikowa butelka z zakrętką na zatrzask. Etykieta zachowana w kolorystyce czarno-pomarańczowej. Na obrazku widzimy kwiat wanilii oraz pasek obranej pomarańczy.

Konsystencja: Kremowa, rzadka.
Kolor: Pomarańczowy.

Zapach: Waniliowo-pomarańczowy.

Skład:

Moja opinia: Pierwsze, co rzuca się w oczy, to jak już wspominałam czarny design opakowania. Jest to taki niestandardowy wygląd dla etykiet Balei, dlatego od razu przykuwa uwagę. Buteleczka jest taka sama jak przy każdym żelu z tej firmy, więc nawet nie będę się o niej rozpisywać.
Jeśli chodzi o sam zapach, to jest odurzający… Tak, aromat pomarańczy i wanilii całkowicie mnie odurza, czy to biorąc prysznic, czy tylko wąchając zawartość opakowania. Właściwie, to bardziej przebija się nuta pomarańczy (która od razu skojarzyła mi się z zimową wersją żelu Original Source), ale jeśli się skoncentrujemy, to wyczujemy również wanilię (ta sama sytuacja, co przy wersji z kokosem i nektarynką od Balea).
I wszystko byłoby super, gdyby nie fakt, że strasznie swędziała mnie po nim skóra! Za każdym razem, gdy myłam się tym żelem, efekt był taki sam. Specjalnie zrobiłam sobie od niego kilkanaście dni przerwy, żeby rozwiać swoje wątpliwości i niestety świąd powracał po nim jak bumerang :( Pierwszy raz zdarzyło mi się coś takiego po stosowaniu żelu z tej firmy i zupełnie nie wiem dlaczego, ponieważ składy są zazwyczaj podobne. W każdym razie, cieszę się, że żel dobija już dna, bo wraz z nim skończy się moja męczarnia. Jeśli macie wrażliwą skórę, to uważajcie, proszę, na niego!

Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,55 €


Znacie ten żel? Jakie są Wasze wrażenia? Czy tylko mnie tak urządził? :(

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Źródła ruchu sieciowego czyli... jak trafiacie na mojego bloga? #1

Ten post miał się pojawić ponad rok temu przy okazji pierwszych urodzin bloga, ale termin „niedługo” znacznie się wydłużył. Z racji tegorocznego postanowienia odnośnie regularności na blogu i nadrobienia wszystkich zaległości, zdecydowałam się przedstawić Wam dzisiaj to, co gromadziłam od początku istnienia mojego bloga w folderze pt. „śmieszne wyszukiwania”. Ścieżki prowadzące do tego miejsca były zazwyczaj kręte i mam wrażenie, że poszukujący jednak nie zaspokoili swojej ciekawości. Niektóre hasła udokumentowane za pomocą klawisza Print Screen śmieszą/przerażają mnie do dzisiaj i wciąż zastanawiam się, co autor miał na myśli. Nie przedłużając, zobaczcie, jak trafialiście na mojego bloga od listopada 2012 do grudnia 2014 roku;) 


Kategoria nr 1: Wstydliwe wyznania.
Meme Adventoor created by GModDude
Źródło

Jeśli inaczej pachniemy, to "wiedz, że coś się dzieje"...
Uwierz mi, kąpiel raz w miesiącu nie wystarczy!
"Dzieci, umyjcie rączki! Trzy, cztery, raz, dwa!"
Nie , dziękuję.
Polecam wizytę u dermatologa.
Polecam wizytę u terapeuty d/s uzależnień.
Przykro mi, moje mieszkanie to nie "Big Brother".

Kategoria nr 2: Challenge.
Źródło
Tylko nie zapomnij go najpierw obrać.
Jeśli już ją opatentują, to zamawiam Latte.
Domowy botox gwarantowany.
Męczą tych maturzystów...
Ciekawe, co na to Twój sąsiad z dołu...
Kozak! Ja wino z Biedry dorwałam  najtaniej za 9,99 zł.



Kategoria nr 3: „Ja mieszkać w Afryka, przyjechać do Polski”.


Źródło
WTF???
Rozumiem, że chrzcili Cię w Chinach?
Spacja istnieje. Naprawdę.
Ałaa! Nie po oczach!
"Kto nie ryzykuje, ten nie ma!"
Zmień "język programisty" z US na PL.

Kategoria nr 4: Odwieczne zagadki ludzkości.
Źródło
Tym, że udziela nam kredytu na 30 lat.
Tyle, ile napotkała promocji.
Żaden! Wywalić mnie to paskudztwo!
Tego nawet najstarsi górale nie wiedzą.
Nie wiem, ale nas zawsze straszyli, że jak nasikamy do basenu, to woda będzie czerwona. 
Jak mnie tam zatrudnią, to się dowiem i dam Ci cynk!

Kategoria nr 5: Honor uratowany.
Źródło

Kochanie, nie prościej było wpisać adres 175 razy od razu w przeglądarkę?;>
A myślałam, że napisanie tej recenzji było bez sensu...
<dumny> :D:D:D

No cóż... Wyszło na to, że się nie myję, a do tego jestem narodową wróżbitką :D Za to ludzi z Internetów można podzielić na hardcorów i analfabetów... Przyznać się, kto mnie znalazł pod którymś z powyższych haseł?;>

Moim hitem jest "biedronka katalog wino 4.99 zł" i "kułka boz denkowe", cokolwiek to jest. 
A co Was najbardziej rozśmieszyło? :D

czwartek, 8 stycznia 2015

Kosmetyczne Hity 2014

Pierwszy post w nowym roku to idealny czas na przedstawienie swoich kosmetycznych ulubieńców, których poznałam w przeciągu ostatnich 365 dni. Rodzaje odkrytych i wychwalanych przeze mnie produktów pozwoliły na wyodrębnienie 8 kategorii. Niektóre kosmetyki zostały zrecenzowane, a pozostałe na pewno doczekają się osobnych wpisów (o ile nie pochodziły z edycji limitowanych), dlatego teraz ograniczę się jedynie do stworzenia listy. Jeśli jesteście ciekawi moich Kosmetycznych Hitów 2014, to zapraszam poniżej!:)
 
Własny kolaż na podstawie zdjęć z Internetu-grafika Google


WŁOSY:
1. Szampon Schwarzkopf Gliss Kurr Ultimata Repair. Recenzja.
2. Odżywka Garnier Ultra Doux olejek z awokado i masło karite. Recenzja.
3. Maska Kallos Silk.
4. Szczotka Tangle Teezer The Original orange.

PRYSZNIC:
1. Żel Balea kokos & nektarynka. Recenzja.
2. Żel Isana limonka & mięta.
3. Żel Avon Senses Peaceful Reflection.

PIELĘGNACJA CIAŁA I TWARZY:
1. Balsam do ciała Balea Mango Mambo.
2. Krem do twarzy nawilżający matujący Ziaja 25+.
3. Natural Lip Stick Lovely aloes & mentol.

PIELĘGNACJA I HIGIENA DŁONI:
1. Nawilżający krem do rąk Cien z olejkiem migdałowym i masłem shea. Recenzja.
2. Krem do rąk do skóry podrażnionej Anida aloes z nagietkiem.
3. Lekarskie mydło w kostce Isana Sensitive. Recenzja.

OCHRONA:
1. Antyperspirant w spray’u Fa Sport Invisible Power 72 h. Recenzja.
2. Antyperspirant w spray’u Fa Sport Double Power 72 h.
3. Antyperspirant w sztyfcie Rexona Invisible Aqua.

HIGIENA INTYMNA:
1. Płyn Ziaja Intima macierzanka. Recenzja.

KOLORÓWKA I AKCESORIA DO MAKIJAŻU:
1.Podkład do twarzy Rimmel Wake Me Up 100 Ivory.
2.Czarny eyeliner Wibo w kałamarzu.
3.Pędzel do nakładania podkładu Hakuro h50s.

PAZNOKCIE:
1.Lakier do paznokci Rimmel Salon Pro 711 Punk Rock.
2.Lakier do paznokci Lemax Brokat srebrny.
3.Metalowy pilniczek For Your Beaty (z Rossmanna).


Znacie te produkty? A jakie są Wasze kosmetyczne hity ubiegłego roku?


Dla przypomnienia:


wtorek, 30 grudnia 2014

Zakupy 11-12/2014 + prezenty

Jestem zadowolona z rezultatów minimalizmu zakupowego, jaki miał miejsce w dwóch ostatnich miesiącach bieżącego roku. Chociaż nie kupiłam wiele, to moje zapasy i tak się rozrosły. A to wszystko za sprawą Świętego Mikołaja, który poniekąd poznał moją kosmetyczną wishlistę :D

Na początku poczyniłam drobne zakupy. W Hebe skusiłam się na (1) mgiełkę do ciała Jacques Batini fresh melon (14,99 zł*). Nie był to produkt niezbędny, ale wiedziałam, że nie będę mieć później dostępu do tej drogerii, więc skorzystałam z okazji. Zapach melona wydał mi się najładniejszy z czterech wersji, jakie mieli. Co ciekawe, mimo obowiązującej ówcześnie promocji w gazetce, mgiełki znajdowały się w magazynie zamiast na sklepowym regale:] Innym razem, będąc w Niemczech, kupiłam sobie przy okazji (2) antyperspirant w spray'u Rexona shower fresh (1,11 €*) oraz (3) pomadkę ochronną Isana Intensiv (0,49 €*), której jakoś nie widziałam w polskim Rossmannie. Natomiast w Biedrze Mój Ukochany kupił mi (4) antyperspirant w sztyfcie Lady Speed Stick (5,29 zł), który ma dodatkowo chronić ubrania przed żółtymi plamami.
Dalej zaczynają się już prezenty. Na Mikołaja dostałam od koleżanki (5) żel pod prysznic Avon senses wanilia & masło shea. Za wanilią nie przepadam, ale poprzedni żel z Avonu pozytywnie mnie zaskoczył, więc mam nadzieję, że i ten mi podpasuje mimo zapachu. Od Ukochanego dostałam (6) zestaw Dove magnolia & pistacja: żel pod prysznic i balsam. Jeszcze nigdy nie miałam nic z Dove, więc już się cieszę na testowanie, bo zapach jest piękny:) Otrzymałam też (7) mydełko naturalne z nanosrebrem, które już kiedyś miałam i mnie rozczarowało... no ale tak to jest, jak Mikołaj nie wczytuje się w szczegóły na blogu ;> Z kolei, pod choinkę dostałam od rodziców (8) zestaw Baylis & Harding. Przyznam, że nie słyszałam o tej firmie, więc nie mam zielonego pojęcia, gdzie go zakupili. Niby nazwa związana jest z Anglią, ale produkcja odbyła się w Chinach :P W skład zestawu wchodzą: 2 x żel pod prysznic oszroniona żurawina, żel pod prysznic przyprawiona pomarańcza oraz balsam do ciała i krem do rąk o zapachu śliwkowego puddingu. Jak widzicie, już zaczęłam używać żurawinowego żelu, ale bycie fanką wszystkiego, co żurawinowe, zobowiązuje :D
Również pod choinkę, ale od Mojego Ukochanego, otrzymałam (9) paletkę cieni do oczu Makeup Revolution Iconic 2 (19,99 zł) oraz (10) pędzle do makijażu oczu Hakuro H76 i H79 (16,40 zł/sztuka). W tym przypadku znam ceny i sklep (Mintishop), bo chciałam coś trafionego, więc podpowiedziałam Mikołajowi co i jak :D Hehe, rok temu uczyłam się nakładać prawidłowo podkład na twarz, to teraz przyszedł czas na podwyższenie levela :D
Na koniec zakupiłam jeszcze 2 produkty, których potrzebowałam już niezwłocznie, czyli mój ulubiony (11) nawilżająco-matujący krem do twarzy Ziaja 25+ (9, 49 zł*), który nabyłam w Hebe oraz (12) delikatny żel-krem łagodzący do twarzy BeBeauty (4,99 zł) z Biedry.

Ciekawa jestem, czy też dostałyście kosmetyczne prezenty od Mikołaja i czy udało mu się trafić w Wasz gust;) Chętnie poczytam:)