wtorek, 1 lipca 2014

Dla fanów nagietka lub posiadaczy problemów dermatologicznych

W moich zapasach kosmetycznych bardzo rzadko pojawiają się zielarskie lub lecznicze produkty do pielęgnacji ciała. Jakimś trafem jednak znalazł się u mnie tłuszcz mleczny z nagietkiem Natko, który miał mieć wielofunkcyjne zastosowanie przy problemach dermatologicznych (stricte przy łuszczycy). Czy rzeczywiście okazał się być produktem wszechstronnym?


Od producenta: 
Opakowanie: Produkt znajduje się w białym, plastikowym pojemniczku z płaską, okrągłą zakrętką, pod którą było zabezpieczenie przed natrętami w postaci sreberka. Białe napisy na żółtym tle miały chyba w zamiarze dopomóc minimalistycznej etykiecie, ale co z tego, jak podczas bliskiego kontaktu literki mienią się w oczach. Dobrze, że zamieszczono do tego polskie biało-czarne tłumaczenie.

Konsystencja: Według producenta jest to maść o wdzięcznej nazwie „tłuszcz”. Dla mnie był to raczej maślany balsam :P
Kolor: Jasnopomarańczowy.

Zapach: Nagietkowy. Okropny! :/ Bardzo długo utrzymujący się na skórze.

Wydajność: W moim przypadku duża :P Przy codziennym stosowaniu na większe partie ciała mogłaby okazać się średnia.

Skład: 
Moja opinia: Nie choruję na łuszczycę, ale moja skóra często bywa sucha lub podrażniona, zwłaszcza podczas chłodnych miesięcy. Tłuszcz mleczny okazał się całkiem pomocnym produktem w walce z dolegliwościami dermatologicznymi na całym ciele. Dobrze i długotrwale natłuszczał skórę w okresie „grzewczym”, a także łagodził podrażnienia po depilacji. Najczęściej stosowałam go punktowo, gdy pojawiały się u mnie mniejsze lub większe suche i czerwone „placki” na skórze. Wystarczyło na noc posmarować to miejsce tłuszczem, żeby rano zaczerwienienie się zmniejszyło, a na następny dzień zniknęło całkowicie. Niestety, produkt nie zdał u mnie egzaminu przy popękanej lub skaleczonej skórze, więc nie uważam go za idealnego w zakresie regeneracji. Nie zauważyłam też poprawy ukrwienia czy działania antybakteryjnego, jakie opisuje producent.
Opakowanie było funkcjonalne, bo bez problemu można było zużyć zawartość do końca. Jeśli chodzi o konsystencję to łatwo rozprowadzało się ją na ciele, ale jej wielkim minusem było wchłanianie, a raczej brak wchłaniania, więc określenie „tłuszcz” jest w tym momencie adekwatne. Żeby nie było niejasności – konsystencja w dotyku nie jest jakimś smalcem, raczej takim maślanym balsamem, ale tłusta warstwa pozostaje na skórze do momentu umycia się, także ja polecam wieczorną aplikację tłuszczu i poranny prysznic, jeśli ktoś chciałby stosować go na całe ciało.
Najgorszy w tym produkcie jest jednak zapach, którego ja nie mogłam znieść od samego początku. Nigdy nie lubiłam zapachu nagietka, a stosowanie tłuszczu mlecznego tylko to spotęgowało. Zapach jest naprawdę nieprzyjemny, a wręcz odrzucający (no chyba, że ktoś lubuje się w tym kwiatku :P), więc używanie tego produktu było dla mnie zapachową katorgą. Tym bardziej, że zapach był bardzo intensywny i długo utrzymywał się na ciele, a co gorsza, na ubraniach.
Podsumowując, polecam wypróbowanie tego tłuszczu osobom z problemami skórnymi, ale uprzedzam o okropnym zapachu i długotrwałej tłustej warstwie.


Dostępność: Apteka
Pojemność: 250 ml
Cena: 12,90 zł


piątek, 27 czerwca 2014

Prostowanie włosów z Marion

Już dawno temu zrezygnowałam z używania suszarki do włosów, dzięki czemu mam mniejszego szopena na głowie. Nie potrafię obejść się jednak bez prostownicy. No nie i już! Tylko ona jako tako pozwala mi na wyjście do ludzi z domu :D Staram się regularnie stosować jakiś produkt do ochrony włosów przed wysoką temperaturą. 1,5 roku temu dostałam w prezencie pod choinkę płyn prostujący włosy Marion i jeszcze trochę mi go zostało. Bywa z nim różnie, a ostateczną ocenę poznacie w poniższej recenzji.

Od producenta:
Opakowanie: Plastikowa, przezroczysta buteleczka z dobrze trzymającą się zakrętką. Atomizer czasami się zacinał.
Zawartość wydobywała się z niego na wprost, nie rozpylała się na boki (jak mgiełka).

Konsystencja: Spray.

Kolor: Brak.

Zapach: Początkowo delikatny, przyjemny, utrzymujący się przez jakiś czas na włosach.

Wydajność: Duża.

Skład: Aqua, Glycerin, Cetrimonium Chloride, Trimethylsilylamodimethicone (and) C11-15 Pareth-5 (and) C11-15 Pareth-9, Propylene Glycol, Acrylates/Steareth-20 Methacrylate Crosspolymer, Cocamidopropyl Betaine, PEG-40 Castor Oil, Panthenol, Parfum, Polyquaternium-59 (and) Butylene Glycol, Benzyl Alcohol (and) Methylchloroisothiazolinone (and) Methylisothiazolinone, Citric Acid.

Moja opinia: Od razu zaznaczam, że do stylizacji (czyt. ujarzmienia :D) włosów używam wyłącznie prostownicy, więc nie wiem, jakie efekty uzyskuje się w połączeniu płynu i suszarki.
Design opakowania jest tandetny. Na plus była przezroczystość plastiku, bo można kontrolować zużycie płynu. Atomizer był kiepski, bo tak jak pisałam, płyn wydobywał się jedynie na wprost psikanych włosów, co mogło przyspieszyć ich sklejanie. Uważam, że spray’e z firmy Marion mają o wiele lepsze pompki, dzięki czemu zawartość rozpylana jest jak mgiełka na wszystkie strony.
Mam zastrzeżenia również do zapachu. O ile początkowo bardzo mi się podobał, bo przypominał perfumy, to po zużyciu 3/4 płynu (mimo zachowanej daty ważności), zaczął śmierdzieć jakąś rybą :| Takie „niepachnące kwiatki” zdarzały się, o dziwo, tylko raz na jakiś czas, więc produkt nie wylądował jeszcze w śmietniku tylko z powodu aromatu.
Na etykiecie zabrakło mi jedynie informacji, z jakiej dokładnie odległości należy aplikować płyn. Starałam się nie robić tego przy samej głowie, ale miałam wrażenie, że z odległości 20-30 cm nic nie dolatywało. Przy zbyt bliskiej aplikacji włosy oczywiście stawały się w mig poklejone, ale po użyciu prostownicy efekt ten nie był aż tak widoczny.  
Nie zauważyłam pogorszenia stanu moich włosów po stosowaniu tego produktu, więc myślę, że jakąś tam termoochronę zapewnia, a przynajmniej ja czułam się pewniej, psikając go na włosy przed prostowaniem :P Sam w sobie nie wyprostuje naszych włosów (chyba nikt w to wcześniej nie uwierzył?;>), ale muszę przyznać, że tandem spray+prostownica daje faktycznie dłuższy efekt wyprostowanych włosów niż przy użyciu wyłącznie prostownicy. Płyn nie nadał gładkości ani połysku moim włosom. Nie zapobiegał też puszeniu się włosów – wystarczyło wyjść na deszcz i od nowa trzeba było walczyć z szopą na głowie. Oceniając działanie płynu, uważam je za średnie.


Dostępność: Natura
Pojemność: 150 ml
Cena: 6,90 zł 

Co polecacie do termoochrony przy używaniu prostownicy? Macie coś sprawdzonego?;)

wtorek, 24 czerwca 2014

Biedronkowy odpowiednik żelu pod prysznic z Nivea

Stonka słynie z najtańszych produktów, obejmujących również dział „urodowy”. Kremowy żel pod prysznic BeBeauty Happy Moments jest stałym bywalcem regału kosmetycznego. Już dawno był na mojej „żelowej liście”, ale nie spieszyło mi się z jego zakupem, bo wiedziałam, że nie będzie żadnego problemu z jego dostępnością. Mimo tego, nie mogłam przejść obok niego obojętnie, kiedy kilka miesięcy temu obniżyli jego standardową cenę o całe 30% :P Takie promocje nie wymagają w moim przypadku długiej manipulacji, no bo jak tu nie wziąć prawie pół litra żelu pod prysznic w zawrotnej cenie 2,65 zł? :D
Od producenta:
Opakowanie: Podłużne, plastikowe, z zakrętką na „klik”. Plastik jest dość twardy, przez co trudno wydobyć resztki żelu, dlatego trzeba sobie dopomóc, dolewając do środka wody – polecam zdjąć całą zakrętkę, gdyż wtedy ukazuje się naszym oczom o wiele większy otwór (uważajcie przy tym na swoje palce, bo ja sobie złamałam paznokcia!:/).
Szata graficzna utrzymana w kolorystyce biało-pomarańczowej jest skromna, ale mnie się podoba.

Konsystencja: Kremowa.
Kolor: Biały.

Zapach: Pobudzający, przyjemny. Utrzymuje się na skórze i jest wyczuwalny również w całej łazience.

Wydajność: Duża.

Skład:

Moja opinia: Niestety mam mieszane uczucia co do tego żelu. Największą zaletą, zaraz obok dużej pojemności i niskiej ceny, jest bardzo przyjemny i pobudzający zapach kwiatu pomarańczy, który długo utrzymuje się, zarówno na skórze, jak i w łazience. Przy takim aromacie naprawdę można się zrelaksować. Kremowa konsystencja jest przyjemna w dotyku, łatwo rozprowadza się na ciele i dobrze się pieni. W życiu nie pomyślałabym, że kremowy żel może wysuszać moją skórę, a jednak!:( Jakoś bym to zniosła, bo po prysznicu i tak staram się regularnie aplikować na ciało jakieś mazidło, jednak następna właściwość tego produktu przekreśliła go na całego. Mianowicie, po użyciu tego żelu na mojej skórze zaczęły pojawiać się czerwone plamy i krostki, głównie na ramionach i dekolcie, więc ewidentnie podrażnia mnie jakiś składnik:( Wielka szkoda, bo polubiłam się z tym produktem i na początku byłam pewna, że zakupię go ponownie. Chciałabym wypróbować innych wersji kremowego żelu z BeBeauty, ale nie chcę się rozczarować… Zastanawiałam się jeszcze nad zakupem żelu Happy Time z Nivea (jest pierwowzorem żelu biedronkowego), ale po porównaniu składów obu żeli (są bardzo zbliżone), nie zdecyduję się na niego.


Dostępność: Biedronka
Pojemność: 400 ml
Cena: 3,99 zł

Znacie ten żel? Porównywałyście go z pierwowzorem z Nivea?

środa, 18 czerwca 2014

Łagodne mydełko do rąk dla wrażliwców

Jeszcze do niedawna nie zwracałam szczególnej uwagi na właściwości mydeł do rąk. Przy zakupie zawsze kierowałam się wyłącznie zapachem i ceną, a potem dziwiłam się, że moja skóra jest przesuszona, podrażniona czy, co gorsza, niedomyta. Wszystko się zmieniło, od kiedy nasiliły się u mnie problemy dermatologiczne dłoni, zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. Każdorazowy kontakt z „ładnie pachnącym” mydełkiem nasilał objawy uczuleniowe. Zainteresowałam się wtedy łagodniejszymi produktami myjącymi i zaczęłam szukać swojego wybawcy. I tak oto doszło do spotkania z lekarskim mydłem w kostce Isana Sensitive.


Od producenta:

Opakowanie: Mydło zapakowane jest w prostokątny, papierowy kartonik z niezbędnymi informacjami od producenta.

Konsystencja: Kostka. Przez prawie cały okres stosowania nie łamie się i nie rozwarstwia, jest zbita.
Kolor: Biały.

Zapach: Brak.

Wydajność: 1-1,5 miesiąca.

Skład: Sodium Palmate, Sodium Cocoate, Aqua, Glycerin, Sine Adipe Lac, Glyceryl Stearate SE, Cera Alba, Lauryl Methyl Gluceth-10 Hydroxypropyldimonium Chloride, Sodium Chloride, Tetrasodium Etidronate.

Moja opinia: Właśnie takiego mydła szukałam! Niby najzwyklejsze mydełko pod słońcem a spełniło (prawie) wszystkie moje oczekiwania. Przede wszystkim, w żadnym stopniu nie podrażniało skóry moich dłoni ani dodatkowo jej nie przesuszyło. Nie powtórzyłabym za producentem, że mydło intensywnie przywraca skórze właściwą strukturę, bo od tego są dermatologiczne maści i inne specyfiki, więc myślę, że „lekarskie” jest tylko z nazwy. Mydło cały czas miało zbitą konsystencję, nie rozleciało się na kawałki ani nie zamieniło się w jedną wielką papkę, jak to zazwyczaj bywa pod koniec żywota zwykłych mydełek w kostce. Pieniło się średnio. Jedyny minus tego produktu to brak zapachu, ale jestem w stanie to wybaczyć, bo albo chcemy mieć pachnące dłonie, albo zdrowe dłonie. Wiem, że na wielu konsumentach to mydełko może nie zrobić żadnego wrażenia, ale jeśli ktoś ma problematyczną skórę dłoni, niezależnie od pory roku, to na pewno je doceni, bo może okazać się ostatnią deską ratunku, tak jak to było w moim przypadku.
 

Dostępność: Rossmann
Pojemność: 100 g
Cena: 1,79 zł


Używacie łagodnych mydełek do rąk? Polecacie któreś szczególnie?:)

niedziela, 15 czerwca 2014

Zakupy 5/2014 (+ prezenty i wygrana)

Jest połowa czerwca, a ja jeszcze nie pokazałam Wam swoich nabytków z poprzedniego miesiąca. Co najlepsze, kupiłam tylko cztery kosmetyki, a pozostałość jest wynikiem przymusu, imienin i konkursu blogowego :D

W jednym czasie pokończyły mi się produkty do pielęgnacji twarzy, co, o dziwo, bardzo mnie ucieszyło, bo w końcu mogłam kupić sobie te kosmetyki, które już od dawna chciałam przetestować.
Ale zanim o pielęgnacji, to powinnam dostać lanie na gołe dupsko za kupienie kolejnego (1) żelu pod prysznic, tym razem limonki i mięty z Isany (2,49 zł*). Usprawiedliwienie mam tylko jedno – kocham Mojito <3 Do twarzy zakupiłam w Rossmanie zachwalany przez wiele blogerek (2) płyn micelarny Garnier 3w1 (12,99 zł*), w Biedrze (3) delikatny żel-krem łagodzący BeBeauty (4,99 zł*), a w Hebe (4) krem nawilżający matujący Ziaja 25+ (7,99 zł*). Wstępne opinie już sobie o nich wyrobiłam, ale poczekam jeszcze do zużycia co najmniej połowy zawartości.

Mój Ukochany wie, że nie mam dostępu do Natury, dlatego gdy tylko jestem u niego w mieście, zaciąga mnie siłą do owej drogerii. Naprawdę :P Nie pomagają nawet tłumaczenia, że moja szafa nie mieści już moich kosmetycznych zapasów… 
Jako pierwszą rzecz wybrał dla mnie (5) perfumy Essence like a first day in spring (17,99 zł*). Pamiętam, że kiedyś mi się podobały, a że akurat zrobili wyprzedaż, to oczywiście Mój Ukochany wpakował mi je do koszyka. Na początku maja, jak pamiętacie, była w Naturze promocja -40% na kolorówkę, więc dostałam „nakaz” (powtarzam, wbrew własnej woli :P) wybrania sobie dwóch rzeczy. Po wielu marudzeniach, że nie potrzebuję, że nie chcę, że to, że tamto, zdecydowałam się na (6) tusz do rzęs Essence I <3 Extreme (7,19 zł*) i (8) szminkę Catrice 310 (10,19 zł*) w odcieniu pięknej, soczystej i mega kobiecej czerwieni, w której wyglądam jak Joker z Batmana :D Na ostatnią rzecz z kolorówki, czyli (7) szminkę Rimmel 070 Airy Fairy (11,99 zł*) naciągnęłam Mojego Ukochanego już sama :D Wstyd mi, no ale jak to mówią: „daj mu palec, a weźmie całą rękę” :P

W maju obchodziłam też imieniny, więc tutaj już bez pardonu zażyczyłam sobie od Mojego Ukochanego dwa urodowe gadżety. Ba, nawet podpowiedziałam mu gdzie i za ile może je kupić :P 
Tutaj macie dowód, że blogi to ZUO, bo kiedyś pukałam się w czoło na myśl, że ktoś może sobie kupić kawałek plastiku do włosów za kilkadziesiąt złotych, a teraz Wy możecie zrobić to samo wobec mnie i mojej nowej (9) szczotki Tangle Teezer (ok. 28 zł* w drogerii Kosmyk). Oj, coś czuje, że na jednej się nie skończy i będę się rozglądać za wersją kompaktową :P Tak w ogóle, to mój model jest pomarańczowo-żółty i w rzeczywistości jest ociekający zaje…neonowością, jak autorka tego bloga (dobra, wiem, kiepski żart :D), ale mój aparat wie swoje :/ W prezencie dostałam też (10) atomizer do perfum Travalo (ok. 7 zł na Allegro bez przesyłki), który jest dla mnie wybawieniem przy częstych wyjazdach, bo nie muszę wozić ze sobą całego flakonu z perfumami, który zazwyczaj jest dosyć ciężki. Niestety, mój egzemplarz przecieka przy napełnianiu, ale przy psikaniu działa już prawidłowo.

W zeszłym miesiącu udało mi się wygrać fotograficzny konkurs u Strawberry pt. „Wiosna w obiektywie”. Moje zwycięskie foto, jak i fotki pozostałych, możecie obejrzeć sobie tutaj. I w tym momencie poproszę o wielkie brawa dla Mojego Ukochanego, który dzielnie znosił moje humorki (łagodnie to nazywając) i pomagał mi w ustawieniu najlepszego kadru. Biedactwo nabawiło się przy tym ataku alergii (zresztą ja też – dobraliśmy się idealnie, nie ma co :D), ale „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło” (co ja tak dzisiaj sypię przysłowiami? :D), bo udało się mi (nam) wygrać (11) otulające masło do ciała i (12) orzeźwiający balsam do rąk Pat&Rub. Masełko zostawię sobie na okres jesienno-zimowy, ale balsam już zaczęłam stosować i powiem Wam, że pachnie cuuuudnie! :D

A co Wy nabyłyście w maju? Panował ban kosmetyczny czy istna rozpusta? :D

środa, 11 czerwca 2014

Biegiem do Lidla! W podskokach! :P

Pamiętam, że nawilżający krem do rąk Cien znajdował się kiedyś na półeczce pod lustrem w łazience mojego rodzinnego domu. Za pewne kupiła go moja Mama. Na wakacjach (czy kiedy to tam mogło być) użyłam go parę razy i nie zrobił na mnie spektakularnego wrażenia. Pomyślałam sobie wtedy: „No i czegóż więcej mogłam się spodziewać po kremie z Lidla?”
Po kilku miesiącach, ku mojemu zdziwieniu, natknęłam się na kilka bardzo pozytywnych recenzji na jego temat i zaczęłam się zastanawiać, co takiego „świetnego” w sobie posiada, że jest aż tak zachwalany. Po jakimś czasie zdążyłam już zapomnieć o tym kremie, ale sam postanowił dać o sobie znać, kiedy stojąc któregoś dnia w kolejce do kasy w Lidlu, przykuł moją uwagę :D Postanowiłam dać mu szansę i ostatnim rzutem na taśmę znalazł się wśród moich zakupów :P


Od producenta: 
Opakowanie: Krem znajduje się w plastikowej, podłużnej tubce z zakrętką na „klik”. Swoją biało-fioletową (aparat twierdzi jednak, że biało-niebieską :P) szatą graficzną, z widocznymi migdałami kojarzy mi się z jednym z wariantów kremu do rąk Nivea (możecie porównać sobie tutaj).

Konsystencja: Lekka, nawilżająca.
Kolor: Biały.

Zapach: Przyjemny i bardzo charakterystyczny.

Wydajność: Bardzo duża. Mnie wystarczył na pół roku prawie codziennego stosowania!

Skład: 

Moja opinia: Początkowo podeszłam do tego kremu sceptycznie (jak i do wielu innych kosmetyków z marketów), ale szybko wyrobiłam sobie o nim pozytywną opinię. Ten krem jest świetny! Nie poradzi sobie oczywiście z bardzo suchą skórą dłoni, ale nie taki jest jego cel, bo ma jedynie nawilżać i to właśnie robi. Moje dłonie są już w lepszej kondycji (w porównaniu z jesienią i zimą), więc taka lekka formuła jest dla mnie wystarczająca. Co prawda, pozostawia po sobie dziwną powłoczkę, ale nie jest ona na tyle przeszkadzająca, żeby uniemożliwiała robienie czegokolwiek po chwili od aplikacji kremu. Nie potrafię dokładnie określić zapachu tego produktu, bo nie wiem jak pachnie masło Shea, ale jestem przekonana, że gdyby ktoś zasłonił mi oczy i podstawił kilka kremów pod nos, to bez problemu rozpoznałabym ten lidlowski. Krem jest baaardzo wydajny i choć po jakimś czasie poczułam się nim znudzona, to teraz żałuję, że powoli zaczyna dobijać dna… Co tu dużo pisać – jeśli szukacie lekkiego, przyjemnego i taniego kremu do rąk, to lećcie po niego do Lidla! Ostatnio zauważyłam, że pojawiły się też inne wersje tego kremu, więc każdy powinien znaleźć coś dla siebie;)


Dostępność: Lidl
Pojemność: 125 ml
Cena: 3,99 zł

Znacie ten krem? Próbowałyście już innych wersji? Polecacie je?

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Miało być fajnie, naturalnie, hipoalergicznie...

Czytałam wiele pozytywnych recenzji o tym produkcie, dlatego wiedziałam, że prędzej czy później trafi do moich kosmetycznych zbiorów. W tym gąszczu pozytywów natknęłam się również na jedną czy dwie negatywne opinie, dlatego miałam pewne obawy co do efektów ubocznych stosowania owego kosmetyku. Z tego względu hipoalergiczny żel do mycia twarzy z aloesem i ogórkiem zajmował drugie miejsce w kolejności chęci wypróbowania, ale ostatecznie promocyjna cena spowodowała, że poszedł na pierwszy ogień. 

Od producenta:

Opakowanie: Małe, poręczne, wykonane z twardego plastiku. Plus za nierzucającą się w oczy etykietę i przezroczystość plastiku. Największy minus za tragiczną, przeciekającą zakrętkę, przez którą spora ilość zawartości ulega zmarnowaniu.

Konsystencja: Żelowa, bardzo rzadka, tzw. „lejąca się”.

Kolor: Zielony.

Zapach: Delikatny, nie przeszkadza w użytkowaniu.

Wydajność: Bardzo duża. Żel (niestety) starczył mi na 3 miesiące!

Skład:

Moja opinia: Miało być fajnie, naturalnie, hipoalergicznie, a było średnio/źle. Zaletami żelu są na pewno: zapach, wydajność i cena. Tak, jak wspomniałam, z powodu zakrętki stosowanie tego żelu za każdym razem doprowadzało mnie do irytacji - opakowanie było wiecznie ubabrane, bo żel powoli spływał sobie po jego zewnętrznych ściankach. Nie muszę chyba pisać, w jakim stanie była moja kosmetyczka, gdy zabierałam żel na wyjazdy… Konsystencja również nie przypadła mi do gustu, była za rzadka i przelewała mi się przez palce do wanny (aktualnie nie mam zlewu:]).
Jeśli chodzi o usuwanie makijażu, to z eyelinerem i tuszem do rzęs radził sobie poprawnie, a z podkładem – dostatecznie, dlatego polecam uprzednie wykonanie demakijażu np. płynem micelarnym. Wydawałoby się, że żel będzie odpowiedni dla mojej alergicznej i mieszanej cery. Cóż, nie podrażnił jej ani nie wysuszył, a mimo to nie zakupię tego produktu ponownie. Głównym zarzutem w działaniu tego żelu jest pojawienie się dużej ilości wykwitów podskórnych na mojej twarzy przez cały okres jego stosowania! Mam pewność, że żaden inny kosmetyk nie mógł spowodować takiego wysypu, dlatego ja odradzam zakup tego żelu wrażliwcom.


Dostępność: Hebe, Drogerie Polskie
Pojemność: 200 ml
Cena: 5,09 zł (w promocji)


Miałyście tę lub inną wersję żelu z Białego Jelenia? Co o niej sądzicie?


sobota, 31 maja 2014

Zakupy 4/2014

Kwiecień, jak wiadomo, był miesiącem sporych i częstych obniżek cen na kosmetyki w wielu drogeriach. Z kolorówką nie poszalałam, bo pozostało mi wiele produktów jeszcze z zeszłorocznej promocji w Rossie. Nieplanowane "małe" (pojęcie względne :P) szaleństwo wkradło się natomiast przy okazji wizyty w DM-ie (:D), więc moje oszczędzanie i minimalizm poszły się… wiadomo co :P

Prezentację nabytków zaczynamy od DM-u:
Oczywiście nie mogłam się powstrzymać i „musiałam” powiększyć swoją kolekcję żeli pod prysznic (tak, wiem, jestem uzależniona^^). Od razu zgarnęłam z półki całą letnią limitowankę: (1) Melon Tango, (2) Mango Mambo i (3) Carambola Lambada, za zawrotną cenę 0,65 €/szt.. Powiem Wam, że jestem trochę zawiedziona zapachami - myślałam, że będą słodsze… no ale... u mnie się nic nie zmarnuje :P Jak już miałabym wybrać, to z tych trzech wersji zapachowych znowu najbardziej spodobało mi się mango, dlatego zdecydowałam się również na (4) balsam do ciała z tej samej serii (1,25 €). W porównaniu do Balea, o wiele mniej słychać w blogosferze o żelach z Alverde. Postanowiłam zatem przekonać się na własnej skórze o ich właściwościach i kupiłam na próbę (5) żel pod prysznic Alverde mięta & bergamotka (1,45 €). Pachnie bardzo chemicznie, ale orzeźwiająco. Poczekam z jego użyciem do upałów. Na koniec kupiłam jeszcze dwa żele do golenia Balea (6) Buttermilk Lemon i limitowany (7) Summer Garden (oba w cenie 1,35 €/szt.). Ten pierwszy pachnie jak babka cytrynowa (om nom nom :D), natomiast drugi, póki co, wcale nie przypomina mi zapachu mango:/ 

Acha! Nie kupujcie męskiego żelu do golenia SKINO z Biedry (5,79 zł), bo zapach jest nie do zniesienia – oddałam go Mojemu Ukochanemu. W końcu jak produkt męski, to męski, a ja przecież nie jestem Conchitą Kiełbasą^^


Trochę kasy zostawiłam też w Rossmanie:
Na początku miesiąca kupiłam (8) antyperspirant Garnier mineral Maximum Control 72 h (6,59 zł*). Na promocji -49% kupiłam jedynie (9) korektor 2w1 Eveline art scenic (6,62 zł*) i na zapas (10) maskarę Lovely curling Pump Up (4,58 zł*). Skusiłam się też na (11) pomadkę Nivea Fruity Shine Watermelon (4,99 zł*), bo kocham arbuza, a także (12) pilniczek szafirowy for your Beauty (3,99 zł*), gdyż mój poprzedni jest już zajechany :P


Na koniec trzy różności:

Zrobiłam się sama w jajo, myśląc, że znalazłam niezłą promocję w Realu na (13) podkład Maybelline Affinitone 03 (14,99 zł*), a po kilku dniach wprowadzili w Rossie -49%, gdzie oczywiście można było kupić go jeszcze taniej:] Zaczęłam coraz większą uwagę przywiązywać do łagodnych mydełek do rąk, dlatego z apteki do mojej łazienki trafiło (14) mydełko naturalne z nanosrebrem (7,40 zł). Miałam kiedyś wersję w płynie i jakoś szczególnie mnie nie zachwyciła, ale to było sto lat temu, gdzie jak coś miało brzydki kolor i nieszczególny zapach, to było już na wstępie bleeee :P Ostatnim zakupem (jedynym chyba niezbędnym :P) były (15) płatki kosmetyczne Caterine (2,69 zł) z Kauflandu, które są beznadziejne:]


Znacie/lubicie/polecacie?;)

piątek, 30 maja 2014

Denko 3-4/2014

Zapraszam Was na kolejne dwumiesięczne denko. Faktycznie, jakoś tak lepiej się czuję, jak mam dwa miesiące „zbieractwa”, bo nie muszę aż tak spieszyć się z recenzjami :P Niestety i tym razem nie wyrobiłam się ze wszystkimi, ale „relaaaax, take it easy” – da się to nadrobić :D
 
Aby denko było bardziej czytelne, postanowiłam wprowadzić małą kolorystyczną legendę:

produkt, do którego z chęcią powrócę
produkt, do którego nie wiem czy powrócę
produkt, do którego nie powrócę

1. Odżywczy szampon do włosów DeBa: Bardzo wydajny i tani szampon, który okazał się być średniakiem. Konsystencja była do bani, większość szamponu lądowała w wannie. No i ten zapach Domestosu… :D Recenzja tutaj.

2. Odżywka do włosów Garnier Ultra Doux z olejkiem awokado i masłem karite: Bardzo dobra odżywka, dzięki której przestałam wstydzić się moich włosów. Poprawiła ich kondycję, nadała im miękkości. Należy jednak uważać z ilością i częstotliwością jej stosowania, bo podejrzewam, że mogłaby obciążać włosy. Recenzja tutaj.

3. Kremowy żel pod prysznic Kult lilia wodna & trawa cytrynowa: Będzie osobna recenzja.

4. Kremowy żel pod prysznic Balea kokos & nektarynka: Kłóciłabym się z tym, że miał kremową konsystencję. Żel jak żel, ale zapach był genialny! Idealne połączenie zapachowe! Jak na razie, jest to mój faworyt (zaraz po zeszłorocznym mango) wśród żeli z Balea. Recenzja tutaj.
5. Perfumy La Rive Spring Lady: edit: Miała być osobna recenzja, ale zapomniałam cyknąć fotki flakonika zanim zużyłam jego zawartość:( Co do samego flakonika, to miał bardzo niefrasobliwą nakrętkę. Perfumy były idealne na wiosnę, pachniały rześko, konkretnie zieloną herbatą. To pierwsze perfumy z La Rive, które przypadły mi do gustu, a nie miały słodkiego zapachu. Tradycyjnie, nie utrzymywały się zbyt długo na skórze. Przypuszczam, patrząc na tekturowe opakowanie, że jest to odpowiednik perfum Elizabeth Arden Green Tea.

6. Antyperspirant Fa Sport Invisible Power: Najlepszy antiperspirant, jaki kiedykolwiek używałam. Serio! Chronił mnie przez cały dzień. Drażniący był jedynie intensywny zapach, ale do przeżycia. Jestem ciekawa czy kolejny egzemplarz okazałby się równie skuteczny. Recenzja tutaj.

7. Antyperspirant Nivea Energy Fresh: Nadszedł czas, aby w końcu przyznać to publicznie, choć ciężko mi o tym pisać (autentycznie :P) – mój ukochany antyperspirant w kulce przestał na mnie działać:( W sumie, to zastanawiam się, czy tak naprawdę kiedykolwiek działał na mnie pozytywnie, oprócz przepięknego zapachu trawy cytrynowej… Był bardzo wydajny, stosowałam go codziennie, ale niestety nie radził sobie z ochroną:( Będę mieć do niego duży sentyment, jednak ciężko spisać mi go na straty… Może dam mu jeszcze kiedyś szansę… Tak na marginesie, zmienili zakrętkę ze szklanej na plastikową. Mogliby przerobić całe opakowanie na plastik, bo ciężka to cholera do noszenia ze sobą :P Bardzo stara recenzja tutaj.

8. Pianka do golenia Isana z aloesem: edit: Zupełnie nie spodziewałam się tak przyjemnego zapachu, nieprzypominającego w żadnym stopniu aloesu (na moje szczęście) :P Pod tym względem zdetronizował piankę brzoskwiniową. Niestety, tak samo jak ona, zawiódł mnie niepraktycznym atomizerem, który od połowy zawartości przerobił piankę na formę płynną.

9.  Krem intensywnie nawilżający Nivea Soft: Będzie osobna recenzja.
10. Oczyszczający płyn micelarny L’Oreal Ideal Soft: To moje drugie zużyte opakowanie. Gdybym napisała po nim recenzję, to posypałyby się same superlatywy. Ba, micel ten znalazł się nawet w gronie kosmetycznych ulubieńców 2013! Teraz kończę trzeci egzemplarz i nie wiem, czy nie będzie ostatnim…

11. Maska anty-stres Ziaja: Kupiona, bo była w promocji:] Twarz staje się po niej gładka i aksamitna, jednak na krótką chwilę. O działaniu antystresowym nie ma mowy, nawet po wyczerpującym dniu… Mam jeszcze jedną saszetkę, więc zobaczymy czy zmienię zdanie o działaniu tej maseczki. 

12. Karmelowe masełko do ust Nivea: Jak dla mnie bubelek! Zamiast nawilżać, wysuszał. Zamiast pachnieć karmelem, pachniał maślanymi ciasteczkami. W dodatku masełko nie chciało się wchłaniać i bieliło usta. A jakby tego było mało, to opakowanie doprowadzało mnie do szału… Recenzja tutaj.

13. Patyczki do uszu Carea: To chyba moje pierwsze patyczki z Biedry. Do uszu były ok, a przy korekcie makijażu sprawdzały się o wiele lepiej niż te z innych firm. Nie ukrywam, że skusiłam się na nie przez pudełeczko z „odskakującym” wieczkiem :D No i przez wizerunek Rzymu… achh :D Wersji z miastami niestety już nie ma, a szkoda, bo chciałam upolować jeszcze New York :D Tak czy siak, kupię jeszcze wersję standardową.
14. Zmywacz do paznokci BeBeauty (różowy): Polubiłam się z nim. Dobrze zmywał ciemne lakiery, z brokatami też sobie radził. Przyjemnie pachniał (jak na zmywacz). Był to mój pierwszy zmywacz z pompką i jak na razie ostatni, bo nie chcę znowu się rozczarować. Na początku pompka sprawdzała się idealnie, jednak podczas podróży opakowanie zaczęło przeciekać i połowa zawartości zalała mi kosmetyczkę:[ [Biedronka/5,95 zł]

15. Mydełko do rąk Palmolive mięta & eukaliptus: Mydełko było małe i niewydajne. Zawierało w sobie fajne drobinki peelingujące, przez które zdecydowałam się na zakup. Niestety, ta wersja zapachowa zbyt mocno kojarzyła mi się z zapachem szaletu z dworca PKP… [Drogerie Polskie/1,69 zł w promocji]

16. Nawilżające chusteczki pielęgnacyjne babydream aloes & rumianek (80 szt.): Niestety, rzuciłam się na dwupak jak szczerbaty na suchary:/ Pomimo, iż za każdym razem szczelnie zamykałam opakowanie (o ile ta przezroczysta naklejka niczego nie przepuszcza…), chusteczki były suche. Pierwsza połowa opakowania (ta od góry) była średnio nawilżona, ale druga połowa to był już totalny suchy wiór! Chusteczki zużyłam zgodnie z planowanym przeznaczeniem, czyli do demakijażu dłoni, gdy pobrudziłam się podkładem czy korektorem i tutaj dawały radę, ale wkurzało mnie to, że po chwili robiły się suche:/ Nie myślcie nawet o ścieraniu nimi kurzu z mebli :P [Rossmann/2x80 szt. w cenie 6,99 zł w promocji]
  

Znacie coś? Podzielacie moją opinię? ;)

czwartek, 29 maja 2014

Idealne połączenie i rozdzielenie zapachowe od Balea

Istnieje wiele zapachów, których nie toleruję w kosmetykach. Jednym z nich jest kokos. No po prostu nie lubię go i już, a mój nos wykrzywia się już przy pierwszym węchu. Czasami jednak bywa tak, że pewne okoliczności przyćmiewają umysł człowieka i mimo wszystko kupuje on produkt, którego zapach nie do końca mu odpowiada. Tak było ze mną podczas mojej zeszłorocznej wizyty w niemieckim DM-ie, gdzie zaopatrzyłam się w kremowy żel pod prysznic Balea kokos & nektarynka. Nie spieszyło mi się do jego zużywania, ale kiedy trafił już do mojej łazienki, to żałowałam, że nie zabrałam go tam wcześniej…


Od producenta: 
[Moje tłumaczenie:] Rozkoszuj się swoim codziennym rytuałem: Balea Prysznic& Krem rozpieszcza zmysły delikatnym zapachem i nadaje skórze gładkość w dotyku.
Rozpieszcza & pielęgnuje: Balea Prysznic& Krem z pielęgnującym mleczkiem i ekstraktami z kokosa, i nektarynek sprawia, że skóra jest miękka i aksamitna, a egzotycznym zapachem wywołuje rozpieszczenie zmysłów. Innowacyjna formuła nawilżająca Polyfructolu zachowuje głównie wilgoć i chroni skórę przed wysuszeniem. Szczególnie delikatny dla pielęgnacji skóry - idealny do codziennego prysznicu.
PH przyjazne dla skóry. Przetestowany dermatologicznie.

Opakowanie: Plastikowe, podłużne - tradycyjne dla żeli pod prysznic Balea. Wersja z kokosem i nektarynką jest w kolorystyce biało-niebieskiej, z kawałkiem kokosa, nektarynek i listków, spływających po wodzie i mleczku (domniemam: kokosowym) :P

Konsystencja: Miała być kremowa, a dla mnie nie różniła się niczym od innych, żelowych wersji Balea.
Kolor: Można było spodziewać się po zakrętce niebieskiego koloru (zazwyczaj kolor zakrętki odpowiada kolorowi zawartości produktu z Balea), ale żel okazał się być brzoskwiniowy.

Zapach: Kokosowo-nektarynkowy (więcej szczegółów w „mojej opinii”).

Wydajność: Standardowa, choć ja akurat oszczędzałam zawartość :P

Skład:

Moja opinia: Pomimo, iż jego właściwości były akurat zwyczajne (pienił się, mył ciało, nie podrażniając go), to już teraz wiem, że recenzowany żel trafi do moich kosmetycznych ulubieńców 2014 roku! W życiu bym się nie spodziewała, że tak bardzo polubię się z „kokosowym” kosmetykiem. Jego zapach był niezwykły! Po raz pierwszy spotkałam się z czymś takim, że potrafiłam wyczuć w zapachu żelu pod prysznic zarówno jego osobne składniki, jak i ich połączenie. Dużą rolę odgrywa tu pewnie nasza świadomość, bo wystarczy pomyśleć sobie „chcę poczuć tylko kokosa” albo „chcę poczuć tylko nektarynkę” i tak się dzieje (a przynajmniej tak było w moim przypadku :D)! Zapach kokosa w tym żelu był akurat znośny, bo na moje szczęście bardziej wyczuwalna była nektarynka (a może tylko taką selekcję nakazywałam swojej świadomości? :P). Sam zapach utrzymywał się na skórze, a dodatkowo wypełniał całą łazienkę! Serdecznie polecam ten produkt miłośnikom owocowych i słodkich zapachów, zwłaszcza że nie jest to edycja limitowana!:)

Dostępność: DM
Pojemność: 300 ml
Cena: 0,65 €