wtorek, 30 kwietnia 2013

Czerwone maki na Monte Cassino

Z makiem mam co najmniej cztery skojarzenia. Pierwsze to oczywiście polny wiecheć. Drugie to patriotyczna piosenka z tytułu posta. Trzecie podejście do maku to czarne kuleczki w świątecznym cieście. O czwarte skojarzenie lepiej nie pytajcie - nie jest przeznaczone dla dzieci...
W Rossmannie natknęłam się na nową limitkę kąpielową. Tym razem jest to żel pod prysznic Isana kwiat maku. Wydaje mi się, że wąchałam go wcześniej i wtedy nie wzbudził we mnie zainteresowania. Stojąc, dla zasady, przy regale z żelami pod prysznic i wykonując, dla zasady, swoją rytualną czynność niuchania nieznanych mi dotąd zapachów, ponownie (?) sięgnęłam po limitowany mak. "Ooo nieee, nie ma bata, muszę go mieć!" - pomyślałam, mając na względzie kilkanaście sztuk żeli czekających na mnie w mieszkaniu. I tym sposobem potowarzyszył mi w drodze powrotnej do domu, aby od razu zająć honorowe miejsce w łazience.


Od producenta: 
Opakowanie: Standardowe, niczym nie wyróżniające się od innych opakowań żeli z Isany, czyli plastikowe, przezroczyste, z zakrętką "na klik".

Zapach: Kurde, czy ja kiedykolwiek wąchałam kwiat maku? Nie przypominam sobie... Niemniej jednak, żel pachnie bardzo przyjemnie, świeżo, kwiatowo, tak wiosennie.. czyli spełnił prawdopodobny cel edycji limitowanej, bo mnie skusił wyłącznie swoim zapachem (żele Isany nie należą do moich ulubieńców, chyba, że mówimy o cenie :P). Ów zapach nie jest intensywny, nie utrzymuje się na skórze ani chwili. Para wodna unosząca się nad wanną pachnie dłużej:]
(Heh... dopiero po czasie zorientowałam się, że tak samo jak producent określiłam swoje odczucia względem zapachu :D Wklejając fotkę etykietki, nie czytałam jej ponownie :P Oznacza to tylko jedno - producent nie kłamał! Bynajmniej w tym względzie...;)).

Kolor: Jasna czerwień. Kolor maku :P

Konsystencja: "Wodnista". Nie lubię takich :/

Działanie: Jak na Isanę przystało - średniaczek. Ładnie pachnie podczas aplikacji i dobrze się pieni. Bałam się, że wysuszy moją skórę (jak żurawinowa limitka), ale na szczęście, nic takiego nie miało miejsca. Moja skóra faktycznie "sprawia wrażenie miękkiej i sprężystej w dotyku" (patrz etykieta), ale po zastosowaniu balsamu z innej firmy :] Swoją drogą, zawsze śmieszą mnie takie "spostrzeżenia", jeśli zaraz po nich czytam radę, aby wysmarować się jakimś mazidłem od tego samego producenta;) W każdym razie, z kwiatem maku nie ma szału. Zresztą, powiedzmy sobie szczerze, nawet na niego nie liczyłam. Żel mogę polecić tym, którzy lubią świeże, kwiatowe zapachy i często je zmieniają, bo z wydajnością... no właśnie - spójrz poniżej;)  

Wydajność: Choć poprzedni żel z Isany starczył mi na miesiąc, ten kończy się po 2 tygodniach od rozpoczęcia jego użytkowania (gorzej jak OS'y)! Owszem, jedną aplikacją spokojnie można zmyć z siebie "brud i smród", ale dla mnie prysznic bez porządnej piany nie nazywa się prysznicem. Żele z Isany mają to do siebie, że w porównaniu do innych żeli wytwarzają dużo piany, która jest błyskawicznie wchłaniana przez gąbkę. Mnie taka ilość nie wystarcza, stąd kwiat maku aplikowałam potrójnie :/ Zatem, dla ubóstwiaczy piany - wydajność marna, a dla posiadających obojętny stosunek wobec niej - wydajność będzie za pewne dobra.

Skład:
Dostępność: Rossmann
Pojemność: 300 ml
Cena: 3,99 zł

Podobają Wam się kwiatowe zapachy w żelach pod prysznic? Polujecie na edycje limitowane żeli Isany?

niedziela, 28 kwietnia 2013

Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki

Na krótkie wyjazdy, głównie weekendowe, pakuję do torby podróżnej m.in. małą kosmetyczkę. Nie lubię wozić ze sobą pełnowymiarowych kosmetyków ze względu na zwiększoną wagę swojego bagażu i niekomfortowe warunki podróży polskim PeKaPe, podczas której pokonuję zazwyczaj kilkaset kilometrów. Z tego też względu zrezygnowałam z dużej kosmetyczki na rzecz mniejszej, do której wkładam tylko kilka miniaturowych opakowań. Swego czasu znalazła się w niej nawilżająca odżywka do włosów Alterra (granat & aloes). Pamiętam, że po pierwszym użyciu byłam nią zachwycona, głównie dlatego, że nie sprawiała problemów z rozczesaniem włosów, a dodatkowo przyjemnie pachniała. Szkoda było mi jej zużywać, dlatego zawartość miniaturki zachowałam do dzisiaj. Cena pełnowymiarowej odżywki nie kusiła mnie na tyle, żeby ją kupić, dlatego zaopatrzyłam się w nią dopiero przy okazji niedawnej promocji w Rossmannie. Byłam bardzo ciekawa czy po użyciu pełnej wersji będę miała podobne odczucia.


Od producenta: Każde włosy zasługują na indywidualną pielęgnację. Do produkcji odżywki nawilżającej Alterra zastosowaliśmy specjalnie dobrane składniki najwyższej jakości: wartościowa kompozycja pielęgnacyjna z wyciągami z aloesu*, granatu* i kwiatów akacji* pielęgnuje włosy, nawilża je i dostarcza włosom zniszczonym nowej energii. *z kontrolowanej biologicznie uprawy

Opakowanie: Odżywka znajduje się w małym, białym, plastikowym opakowaniu, stojącym "na głowie" (za co ma ode mnie wielki plus). Zakrętka jest stabilnie zamocowana, z zamknięciem na "klik". Na przedniej etykiecie znajduje się obrazek aloesu i granatu, a z tyłu jest przyklejona biała kartka (jak w większości produktów z Alterry czy Isany, za czym w zupełności nie przepadam ze względu na szybkie niszczenie) z przetłumaczonymi informacjami w języku polskim.

Zapach: Bardzo długo utrzymuje się na włosach. Jest taki sam jak w małej wersji, aczkolwiek tym razem wcale nie przypadł mi do gustu! Jest zbyt intensywny, przez co staje się uciążliwy i nieprzyjemny. Z opisu producenta wynikałoby, że jest to mieszanka zapachowa aloesu, granatu i akacji.

Kolor: Biały.

Konsystencja: Bardzo gęsta. Ciężko rozprowadzało się ją na włosach. 
Wydobycie resztek zawartości graniczyło niemalże z cudem. Po nalaniu wody do opakowania odżywka bardzo szybko uległa rozpuszczeniu :/ 

Działanie: Jedyną zaletą, jaka pozostała z mojego uprzedniego zachwytu nad tą odżywką, był brak problemu z rozczesywaniem moich niesfornych kłaków. Włosy nie plątały się i wystarczyło przeczesać je grzebieniem tylko jeden raz. Przez bardzo gęstą konsystencję nie potrafiłam dobrze ocenić ilości wydobytej zawartości do długości moich włosów. Ciągle wydawało mi się, że daję jej za dużo, przez co miałam wrażenie, że moje włosy były strasznie obciążone. Oczywiście taki efekt utrzymywał się jedynie do momentu spłukania włosów.

Wydajność: Słaba.

Podsumowując:

+ opakowanie stojące "na głowie"
+ dobre rozczesywanie włosów
- mdły, intensywny zapach
- zbyt gęsta konsystencja
- obciążanie włosów
- mała pojemność
- wysoka cena
- słaba wydajność
















Dostępność: Rossmann
Pojemność: 200 ml
Cena: 6,99 zł (w promocji)


Należycie do zwolenniczek czy przeciwniczek tej słynnej odżywki?

piątek, 19 kwietnia 2013

Szampon do włosów brązowych, ale niekoniecznie farbowanych

Od kilku miesięcy staram się farbować swoje włosy szamponetką. Nie lubię swojego naturalnego ciemnego blondu, a jego rozjaśniona wersja (pasemka) przestała mi się podobać, dlatego co jakiś czas moje włosy zmieniają się w brązowe. Utrzymywanie się koloru jest krótkotrwałe, dlatego chciałam sprawdzić czy szampon przeznaczony do naturalnych brązowych włosów, mający za zadanie wydobycie z nich głębi koloru i blasku, będzie przydatny również dla tych farbowanych. Poniekąd, przewidywałam porażkę, ale ładne opakowanie i cena promocyjna szamponu Timotei with Jericho Rose Głęboki Brąz sprawiły, że zdecydowałam się zaryzykować i przekonać się o tym na własnej skórze (jak się potem okazało, dosłownie...). 


Od producenta: Szampon Timotei Głęboki Brąz, zawiera naturalny wyciąg z henny do wszystkich odcieni brązowych włosów, by podkreślać ich naturalny blask i pozwolić na wydobycie głębi koloru brązowych włosów 

Opakowanie: NOWA przyjazna środowisku butelka! To opakowanie może być w pełni recyklingowane i jest wykonane z 6% mniej plastiku (w porównaniu do poprzedniej butelki szamponu 250 ml).
Szampon znajduje się w wysokim i wąskim, plastikowym opakowaniu. Od początku podejrzewałam, że nie będę zadowolona z typu zakrętki. Przy każdym użyciu mam dość udziwnień, jakie posiada. Za każdym razem z zakrętki wydobywa się zdecydowanie zbyt duża ilość szamponu, a jej regulacja jest prawie niemożliwa, bo otwiera się zazwyczaj na taką samą wysokość.
Jedynie co spodobało mi się w nowym opakowaniu, to jego biały kolor, ogólna przejrzystość i kontur Róży Jerychońskiej.  

Zapach: Być może jest to zapach henny, nie wiem. Co tu dużo mówić, szampon śmierdzi! :/ "Aromat" ten utrzymuje się dość długo na włosach i jest wyczuwalny nawet pomimo użycia odżywki z innej firmy, o innym zapachu:/ 

Kolor: Przyznam, że byłam bardzo zdziwiona, kiedy okazało się, że szampon jest mocno brązowy, bo tej pory używałam raczej białych lub przezroczystych. Wytworzona piana również ma brązowy odcień. W szamponie dostrzegalne są złote drobinki.
1. Fota bez lampy. 2. Fota z lampą.
Konsystencja: Średniogęsta, dobrze się pieni. 

Działanie: Nie zauważyłam pogłębienia koloru moich farbowanych włosów. Czasem mam wrażenie, że prędzej pozbawia ich koloru i blasku. Wiadomo, że szamponetka zmywa się po kilku myciach głowy, ale moim zdaniem szampon Timotei tylko przyspiesza ten proces :/ Jakby jeszcze było tego mało, przyprawił mnie o spore ilości łupieżu i swędzącą skórę głowy! Mimo, iż nie spodziewałam się cudów ze względu na swój nienaturalny brąz, to jestem rozczarowana "nową" formułą szamponu. Co ciekawe, porównałam opis i skład produktu ze starą wersją produktu (własność współlokatorki :P). Z ulepszeniem opisu jakoś specjalnie się nie wysilili, a skład w obu przypadkach jest niemalże taki sam! Konsystencja i kolor szamponu są identyczne. Co prawda, nie używałam starej wersji szamponu, ale moim zdaniem nowość opiera się wyłącznie na zmianie opakowania, które zdecydowanie jest ładniejsze i wzbudza zainteresowanie produktem.
Wydajność: Szampon starcza mi na długo z tego względu, że myję nim głowę (2 x tydzień) tylko wtedy, gdy mam zafarbowane włosy.

Dostępność: Real
Pojemność: 250 ml
Cena: 4,99 zł (w promocji)

Jaki macie stosunek do tego szamponu w porównaniu do starej wersji? Odczułyście jakieś różnice?

sobota, 13 kwietnia 2013

Musująca limonka i kawa w wannie

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze posiadałam wannę, mogłam leżeć w niej godzinami, puszczać bańki mydlane, nurkować (wstrzymywać oddech pod wodą) oraz przekomarzać się zza kotary z innymi towarzyszami, czekającymi niecierpliwie, aż wynurzę się i opuszczę Krainę Relaksu, zwaną powszechnie "łazienką". Wrrróć! To było w dzieciństwie, którego czasy już niestety nigdy nie powrócą. Mam wrażenie, że wanna również... 
W późniejszym okresie następowały przeprowadzki to tu, to tam. Podczas mojego pięcioletniego studiowania, zmieniałam mieszkanie co roku. Tylko w dwóch z nich łazienka była wyposażona w wannę, ale... No i tu się zaczyna cała bolączka, bo: a) wanna przeciekała i zalewała łazienkę, b) reszta współlokatorów dostawała sraczki (dosłownie i w przenośni), więc o dłuższym przebywaniu sam na sam nie było mowy, c) po wyprowadzce trzeba było rozliczyć się z niedopłaty za wodę. Do obecnego mieszkania mogłabym przypisać te same punkty łazienkowe, gdyby nie fakt, że w zeszłym tygodniu przyszły majstry i naprawiły wannę. "Oł yeah!" - skakałam z radości na myśl o prawdziwej kąpieli, zamiast odwiecznego prysznica na stojąco lub, co gorsza, na kucaka. Miałam przed oczami ogrom różnorodnych, kolorowych i pięknie pachnących olejków, płynów i kul do kąpieli do momentu, gdy oprzytomniałam, że w dalszym ciągu punkty b i c nie ulegną zmianie.
Jeżdżąc czasem na weekendy do Mojego Ukochanego, mam możliwość skorzystania z wanny. Zazwyczaj i tak wykorzystuję ją w formie szybkiego prysznica, bo sama nie chcę nadużywać ani wody, ani cierpliwości pozostałych mieszkańców, wiecie jak to jest... Ostatnio jednak dałam się namówić na dłuższą kąpiel i w dodatku na użycie musującej kuli. Nigdy wcześniej nie miałam do czynienia z takim specyfikiem kąpielowym (pomimo, że już jakiś czas temu zakupiłam zestaw trzech kul - promocja to promocja, brać trzeba :D), toteż bardzo byłam ciekawa jego efektu. Postanowiłam umilić sobie wieczór musującą kulą do kąpieli Body Club limonka & kawa.


Od producenta: Musująca kula do kąpieli Body Club. Wrzuć kulę do wanny z ciepłą wodą, a Twoja kąpiel stanie się niesamowitą przygodą.

Opakowanie: Kula zapakowana jest w dwie folie. Pierwsza z nich stanowi etykietę koloru limonkowego, zawierającą najpotrzebniejsze informacje, jak chociażby powyżej opisany sposób użycia. Podoba mi się również zdjęcie limonek (za którymi przepadam) oraz ziarenek kawy (której nie pijam). Etykietę najlepiej jest przeciąć nożyczkami. Gdy ją zdejmiemy, naszym oczom ukazuje się kula zapakowana w drugą, tym razem przezroczystą folię.

Rozmiar: Kula jest wielkości piłki tenisowej.
Kolor: Jasnopomarańczowy. 

Zapach: Jest intensywny, bardzo chemiczny i wyczuwalny również przez opakowanie. Zarówno przed, jak i po rozpuszczeniu, czułam wyłącznie zapach limonki. Nie wiem, gdzie zapodziała się kawa...

Konsystencja: Jakby ją tu określić... Właściwie jest to połączenie ziarenek proszku zbitych w formie kuli, które rozpuszczają się podczas kontaktu z wodą. 

Sposób użycia: Tak, jak możemy wyczytać z informacji od producenta, kulę należy wrzucić do wanny z ciepłą wodą. Wiem, że niektórzy dzielą kulę na części, aby nie była ona jednorazowa, ale ja wrzuciłam ją w całości. Nie nalewałam też zbyt dużo wody, bo wiedziałam, że nie będę zbyt długo leżakować. Chciałam zrobić zdjęcia, ale Mój Chłopak wpadł na pomysł, żeby nakręcić filmik. Ciężko było nam powstrzymać się od śmiechu, ale na szczęście udało się!;) Oto filmowy debiut bloga w reżyserii Mojego Chłopaka, który pełnił również funkcję operatora. W rolach głównych wystąpiły: Kula i Moja Dłoń :D No tak, nie zapominajmy o Wannie :D
video

Czas musowania: Ok. 1 minuty (operator miewa czasem ADHD i nie dokręcił końcówki :P).

Działanie: Kula zabarwiła wodę na pomarańczowo-brunatny kolor (zdjęcie zostało troszkę rozjaśnione ze względu na ciemne światło w łazience), niezbyt przyjazny dla oczu.
Na szczęście, nie zabarwiła wanny. W swoim składzie kula zawierała naturalne oleje z pestek winogron i awokado, co było wyczuwalne w zmianie konsystencji wody. Nie wytworzyła się żadna piana, czego uprzednio miałam świadomość. Kula dobrze nawilżyła, a właściwie naoliwiła skórę. Po kąpieli nie czułam potrzeby smarowania się balsamem. Zapach utrzymywał się przez całą kąpiel, na ciele pozostawał przez ok. 15 minut, natomiast ręcznik pachniał najdłużej :P Ogólnie byłam zadowolona z użycia kuli, pomimo bardzo chemicznego aromatu. Wiem, że niektórzy nie przepadają za takim "umilaczem", bo spodziewają się wielce fajerwerek. Dla mnie była to zupełna nowość i choć uwielbiam pianę w czasie kąpania, to jej brak w tym przypadku mi nie przeszkadzał. Kule polecam tym, którzy lubią intensywne zapachy oraz oleistą wodę podczas długiej kąpieli.

Dostępność: Kaufland, Natura
Pojemność: 165 g
Cena: 3,99 zł (w Naturze były za 7,99! :O)

Lubicie długą kąpiel w wannie (o ile macie taką możliwość)? Używacie kul do kąpieli? Polecacie którąś szczególnie?:)

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Gruszkowy peeling dotrze do Ciebie, nawet jeśli tego nie chcesz!

Do tej pory nie miałam okazji używać biedronkowych żeli pod prysznic. Nie zachwycały mnie ani wyglądem, ani kolorem, przez co nawet nie myślałam o sprawdzeniu ich zapachu. Zmieniło się to w momencie zauważenia nowej wersji żelu z serii BeBeauty. Żółty kolor przyciągnął moją uwagę, a powąchanie zawartości sprawiło, że żel pod prysznic BeBeauty Spa Bali ekstrakt z owoców egzotycznych wylądował od razu w moim koszyku. Dlaczego jednak po jego pierwszym użyciu, zastąpiłam go innym żelem i wróciłam do niego dopiero po trzech tygodniach? Odpowiedź uzyskacie poniżej.


Od producenta: Poczuj niezwykłą przyjemność domowego SPA i korzystaj z dobrodziejstw wyjątkowych składników zawartych w naszym żelu pod prysznic. Ekstrakt z awokado doskonale regeneruje skórę, a nasiona moreli mają właściwości peelingujące. Poczuj, jak minerały z wód termalnych oraz ekstrakt z owoców egzotycznych odżywiają i nawilżają Twoją skórę każdego dnia, pozostawiając ją w doskonałej kondycji. 

Opakowanie: Plastikowy, przezroczysty pojemnik, czyli jak dla mnie oczywiście na plus. Lekko wyprofilowane brzegi opakowania powodują, że dopasowuje się on idealnie do kształtu dłoni, dlatego nie ma problemów z jego trzymaniem. Pojemnik posiada dosyć dużą zakrętkę na "klik", działającą sprawnie.
Na etykiecie przedstawione są kamienie, które mnie kojarzą się z masażem tajskim. Jednakże sam ich widok nie sprawia, że czuję się jak w SPA :P Największym minusem etykiety jest to, że nie zamieszczono na jej przodzie słowa "peelingujący" lub "peeling"! Co prawda, z tyłu etykiety producent krótko wspomniał o "właściwościach peelingujących", no ale sorry, jeśli takie właściwości przeważają w całej zawartości żelu, to taka informacja powinna być zaakcentowana w bardziej widoczny sposób dla klienta! W końcu chciałam kupić żel a nie zdzierak! 

Kolor: Kolor żelu jest żółty, natomiast drobinek - brązowy.

Zapach: Albo nie umiem odróżniać zapachów, albo mój nos płata mi figle po raz kolejny. Zamiast awokado czy moreli ja ewidentnie czuję zapach gruszki! Od kiedy gruszka, której nie cierpię pod każdą postacią, jest owocem egzotycznym? :P Z powodu aromatu mycie się tym żelem zdecydowanie nie należy do czynności umilających wieczory.

Konsystencja: Żel zawiera w sobie małe drobinki peelingujące. 
Dla mnie jest to niewątpliwie peeling, przez co produkt powinien się tak nazywać. Czy są to nasiona moreli? Chyba starte na tarce;] Ogólnie żel ma mętną konsystencję, co doskonale widać na ściankach opakowania po jego użyciu. 
Działanie: Ujmę to tak: jeżeli ktoś lubi peelingi i chce używać żelu do tego celu, to niech aplikuje jego zawartość od razu na skórę. Wielkim zdzierakiem nie jest, ale "efekt piasku" jest wyczuwalny. Natomiast dla antyfanów drażnienia skóry czymkolwiek polecam używanie gąbki, która skutecznie wchłania w siebie owe ziarenka. Ja należę do tej drugiej grupy, stąd gąbka była niezbędnym elementem kąpieli. Czuć delikatne naoliwienie skóry, ale jedynie przed pojawieniem się piany. Z użyciem gąbki wytwarza się jej bardzo duża ilość, natomiast bez gąbki piana jest znikoma. 

Wydajność: I znowu kwestia gąbki. Z gąbką - wydajność marna (po tygodniu ubyła mi połowa pojemności :O), jeżeli ktoś lubi dużo piany. Myślę, że żel używany jako peeling na pewno byłby wydajniejszy. 

Skład:

Dostępność: Biedronka
Pojemność: 300 ml
Cena: 5,19 zł

czwartek, 4 kwietnia 2013

Marcowe Newsy 2013

W marcu wprowadziłam kosmetycznego bana na zakupy. Zrobiłam to dla własnego dobra, chociaż bardziej dla dobra marnej zawartości swojego portfela. Powiem Wam, że na początku szło mi całkiem nieźle. Omijałam wszelkie drogerie, w sklepach regały z kosmetykami, a nawet nie dałam się zwieść centrom handlowym w trzech miastach, w których miałam okazję być. Chociaż nie zrezygnowałam z oglądania promocyjnych gazetek, to na szczęście ich oferty aż tak mnie nie kusiły. Nie sądziłam, że powstrzymywanie się od kupowania zbędnych produktów przyjdzie mi z taką łatwością. Ychy... do czasu :] Po około 15 dniach od zamieszczenia oficjalnej informacji na blogu o kosmetycznym odwyku dopadł mnie kryzys. Zaczęły nachodzić mnie myśli, żeby złamać własny regulamin i najzwyczajniej kupić sobie jakąś zachciewajkę. Niespodziewanie przyczyną kryzysu okazały się być ciastka z Biedronki :P Gdyby owego dnia leżały w miejscu, w którym znajdowały się od samego początku, nie byłoby całego szumu. Nie mogłam ich znaleźć, więc łaziłam po całym sklepie aż dotarłam do kosmetycznego regału. I wtedy z moich ust wydobył się cichy krzyk, który o mało co nie przekształcił się w szloch. Gdy zobaczyłam  żele pod prysznic Mariella Rossi (a gdyby ktoś jeszcze nie wiedział, to uważam się za żelomaniaczkę) i to w promocyjnej cenie, to wyglądałam dokładnie tak:
Źródło
Po przeanalizowaniu wszystkich "za" i "przeciw" wzięłam się w garść i stwierdziłam, że zawsze mogę kupić je sobie w kwietniu :D Ze sklepu wyszłam jedynie z ciastkami;)

Czy udało mi się spełnić jakiekolwiek postanowienia bana? Sprawdźmy poniżej;)
http://keepitinmyblackbox.blogspot.com/2013/03/lutowe-newsy-2013.html
Da się? Da się! :D Na moje (nie)szczęście w Rossie nie było limitowanego żelu, a niewielka obniżka cen perfum nie usatysfakcjonowała mnie w pełni. 

Przechodzę do meritum. Oto moje marcowe zakupy:
1. Rozgrzewająca sól do kąpieli BeBeauty Owoce cytrysowe
2. Ujędrniający balsam do ciała z kofeiną Synergen 
Sporo, prawda? :D Zaopatrzyłam się jedynie w balsam do ciała i sól, którą zakupiłam jeszcze przed wprowadzeniem bana;)


W marcu przywędrowała do mnie wygrana paczuszka-niespodzianka z konkursu, który zorganizowała Rudaa12:
Gdy zobaczyłam lizaka, ucieszyłam się jak dziecko :D Zawsze chciałam dostać takiego w kształcie serca!:* Otrzymałam też krótki liścik, którego treść pozostawię dla siebie;)


Wygrałam również rozdanie u Malwiny. Co prawda, paczkę odebrałam z poczty dopiero wczoraj, ale została wysłana jeszcze w marcu, dlatego wspominam o niej teraz, żeby nie odkładać tego do początku maja, kiedy będę przedstawiać nowości z kwietnia. Zakręciliście się? :P
Ku mojemu zaskoczeniu, w paczce znalazłam jeszcze próbki. Malwina trafiła z nimi niemalże w dziesiątkę! Od dawna byłam ciekawa karmelowo-cynamonowego masła do ciała, więc będę miała okazję przekonać się czy warto go kupić:) W paczce również znajdowała się miła karteczka, której treść pozostanie tajna;)


Wczoraj wybrałam się po odbiór jeszcze jednej marcowej nagrody, ale odeszłam z kwitkiem z powodu awarii drzwi :P Dzisiaj powędrowałam tam ponownie i odebrałam, com miała odebrać :P Jeszcze przed świętami udało mi się wygrać błyszczyk L'Oreal Glam Shine w loterii Princessy. Jak to mówią, do trzech razy sztuka! :D

Już teraz nie mogę doczekać się posta o kwietniowych newsach, pomimo że nie zamierzam jakoś zbytnio szaleć. Co prawda, w tym miesiącu nie wprowadzam ponownie kosmetycznego bana, ale zobaczę jak bez niego poradzi sobie mój zdrowy rozsądek!;)

środa, 3 kwietnia 2013

Marcowy Garbage 2013

Balsam, krem, mydło, żel pod prysznic, balsam, krem, mydło, żel pod prysznic... i tak w kółko. Mam wrażenie, że popadam w rutynę, jeśli chodzi o przedmioty recenzji. Nie lubię umieszczać w comiesięcznym Garbagu opakowań produktów, których nie zdążyłam wcześniej opisać. Dlatego na co dzień dodaję posty o kosmetykach, które używam na bieżąco, tak aby pod koniec miesiąca tylko krótko je podsumować. W marcowych zużytkach przeważała (jak zwykle) pielęgnacja. 


Pielęgnacja:
1. Wygładzająco-nawilżający balsam do ciała Piękne Ciało Silk touch Soraya: Przeciętniak o marnej wydajności. Jestem na NIE. Recenzja tutaj.
2. Balsam do ciała Energia i świeżość owoców Cztery Pory Roku: Pięknie pachnący balsam w niefajnej tubce. Lekko podrażniał:( Ze względu na zapach jestem na TAK. Recenzja tutaj
3. Regenerujący zimowy krem do rąk Cztery Pory Roku (żurawina + miód + mleko): Wydajność to jedyna zaleta tego produktu. Nie regenerował skóry, a do tego nieprzyjemnie pachniał. Jestem na NIE. Recenzja tutaj.

Prysznic:
4. Żel pod prysznic Original Source Lime: Mój drugi ulubiony OS. Choć zapach był zbyt intensywny i nie utrzymywał się na skórze w ogóle, to niesamowicie orzeźwiał. Największym zaskoczeniem były właściwości pielęgnujące! Jestem na TAK. Recenzja tutaj.

Makijaż:
5. Tusz do rzęs Essence Multi action: Moja najukochańsza maskara! Nie pamiętam kiedy ją kupiłam, ale używałam jej mimo, że już dawno upłynęło 6 miesięcy od momentu otwarcia opakowania :P Nie mogłam się z nią rozstać, ale w końcu nastał ten przykry moment... tusz zaczął zasychać i sklejać rzęsy. Jestem BARDZO na TAK. Kupię go ponownie, gdy wykorzystam inne tusze, bo inaczej i one wyschną na wiór :P 

Próbki:
6. Szampon do włosów Czysty Blask Garnier Fructis: Mył i przyjemnie pachniał :P Próbka starczyłaby na dwa umycia, ale ja nie chciałam się paćkać i wykorzystałam całą od razu :P MOŻE spróbowałabym ponownie.
7. Krem przeciwzmarszczkowy Gerovital Plant: Nie sądziłam, że powinnam zacząć używać kremu przeciwzmarszczkowego, mając prawie 24 lata :P Cóż, skoro wygrałam próbki, to je wykorzystałam :P Krem o dziwo pozytywnie mnie zaskoczył, bo nie podrażnił mojej skóry (zawsze mam pietra przy nowościach). Miał przyjemną konsystencję i zapach. Jestem na TAK. Z chęcią wypróbowałabym pełnowymiarowy produkt:)
8. Krem ochronny Alantandermoline z witaminą A i E: Bardzo dobry krem, który znam od dawna w pełnym wymiarze. Jestem oczywiście na TAK. Recenzja tutaj.